„Wszyscy rodzimy się szaleni.
Niektórzy już tacy pozostają.”
~Samuel Beckett „Czekając na
Godota”
Wcześniej…
Dea narzuciła na siebie koszulkę
z nazwą jakiegoś zespołu rockowego, bodajże „Three Days Grace” i, nie żegnając
się z Ashem, wybiegła z pokoju. Cholerny, wredny, obrzydliwy skurczybyk. Była
tu zaledwie 3 dni (odliczając weekend, w czasie, którego nie wychodziła z
własnej sypialni), a on próbował już DWA razy ją zgwałcić. Zboczony perwers,
cholerny pedobear…
Nagle, przed oczami dziewczyny
przeleciał czarno-biały kot, spojrzał na nią złotymi oczami i miauknął, aby
poszła za nim. Dziewczyna kiwnęła głową i polazła wskazaną przez kocura drogą,
aż znalazła się w mało uczęszczanym pomieszczeniu gospodarczym. Kot podszedł do
ściany, przycisnął łapkę do niewielkiego otworu, a po drugiej stronie pojawiły
się ukryte za miotłami schody. Normalnie
Harry Potter wersja deluxe…
- To nie do pomyślenia, aby
Dyrektor własnej Akademii musiał przełazić tajnymi przejściami – mruknął
rozgoryczony kocur, stając na dwóch łapkach i kiwając łebkiem na Deę. – Chodź,
dziecko, zanim zmienię zdanie.
Dea weszła do wąskiej klatki schodowej, wspinającej się ostro w
górę, a tajemne przejście zamknęło się za nią, pogrążając czarnowłosą i
Mephisto w ciemnościach. – Mephiś, nie jestem kotem, nie widzę bez światła.
- Głupi ludzie – mruknął kot,
jednak wskoczył na ramiona dziewczyny i poprowadził ją, aż doszli do kolejnych
drzwi.
- Dobra, teraz musisz chwilę
wytrzymać sama – miauknął i zeskoczył na ziemię. Ponownie podszedł i przyłożył
łapkę do drzwi, otwierając je. Pomieszczenie zalało delikatne światło świec,
więc Dea już bez przeszkód doszła do gabinetu.
Mephisto siedział przy biurku i przeglądał grube tomiszcze, a jak
tylko podeszła do niego, mruknął nawet nie podnosząc wzroku znad książki –
Rozbieraj się.
- To już wiem, po kim ten
pedobear ma takie zapędy – odparła i założyła ręce na piersiach. – Nie będę
rozbierała się przed takim zboczonym kotem jak ty.
- Głupiaś, ludzka istotko. –
syknął Mephisto i w końcu spojrzał na nią. – Nie interesują mnie niedojrzałe
dziewczynki, po prostu chcę sprawdzić twoją pieczęć. Niepokoi mnie, że ten
awanturnik znalazł Zachariasza tak szybko… – nagle demon zorientował się, że
wygadał za dużo i znowu zwiesił wzrok nad książką, jednak Dea dostrzegła szansę
i nie zamierzała się tak łatwo poddać.
- Wiesz, kto zabił mojego ojca?
- Nie… – odparł szybko kocur,
przez co Dea chwyciła go za skórę na karku i podniosła na wysokość swoich oczu.
– …mogę ci powiedzieć – pospiesznie dokończył, starając się wyrwać z rąk
dziewczyny.
- Mów, albo rzucę cię psom na
pożarcie – warknęła złowrogo.
- Miau! To boli, postaw mnie
głupia niewdzięcznico! – czarnowłosa potrząsnęła kotem na potwierdzenie swoich
słów. – No dobra, dobra. Powiem ci, ale najpierw obiecaj, że kiedy cię
poproszę, zrobisz coś dla mnie.
- Nie denerwuj mnie, cholerny
kocie – odparła Dea ze spokojem.
- Obiecaj, albo nic ci nie powiem
i stracisz jakąkolwiek szansę na odnalezienie zabójcy swojego ojca – odparło
kocisko i uśmiechnęło się chytrze. Dea wiedziała, że demon złapał ją na haczyk,
pozbawiając jakiegokolwiek wyboru. – No dobra, jeżeli nie będę musiała nikogo
zabić, to obiecuję.
- Dobra – odparł Mephistopheles i
uśmiechnął się jeszcze szerzej niż przed chwilą, a Deę przeszedł niepokojący
dreszcz. – Zabójca Zachariasza nazywa się Azazel, ale ty znasz go pewnie pod
pseudonimem Samael, czyli Szatan. Jeden z sześciu głównych generałów Piekieł,
demon gniewu i Książę Ciemności w Terra Rebellem, a także rywal twego
prawdziwego ojca…
- No, no, nie wiedziałem, że
jestem taki sławny, aby plotkowano o mnie z córką samego Władcy Demonów… –
odezwał się lodowaty głos od strony drzwi wejściowych. Dea momentalnie odwróciła
się w tamtą stronę i ujrzała dziwnego mężczyzna w długim, szarym i
podniszczonym prochowcu z ciemnymi okularami na twarzy. Mephisto zaraz, jak
zobaczył demona, wyrwał się dziewczynie i uciekł z podwiniętym ogonem przez
tajne przejście w ścianie, zostawiając czarnowłosą sam na sam z demonem Azazelem.
Demon zdjął ciemne okulary,
ukazując jedno przekrwione oko, które jak tylko padło na nie światło,
eksplodowało i spłynęło krwawą paćką na ziemię, dołączając do drugiego pustego
oczodołu na twarzy mężczyzny. Dea odsunęła się przerażona od demona, jednak za
sobą miała tylko olbrzymie biurko i ścianę. Nie miała dokąd uciec…
- Moja mała, słodka Dea! –
wychrypiał demon i zaczął się powoli zbliżać do dziewczyny. – Jak się cieszę,
że cię widzę. Ostatnim razem jakoś się minęliśmy, więc tak naprawdę minęło już
dziesięć lat, od kiedy spotkałem cię po raz ostatni...
Dea spojrzała w stronę okna, zasłoniętego grubą kotarą.
Zastanawiało ją, czy upadek z trzeciego piętra może okazać się śmiertelny…
- Nie, nie, nie – mruknął demon i
ruchem dłoni sprawił, że kotara ożyła i pochwyciła ciasnymi więzami ciało
dziewczyny. – Nie mogę pozwolić, abyś teraz umarła. Najpierw muszę zdjąć
pieczęć, którą nałożyłem na ciebie 10 lat lemu – powiedział i zbliżył się
jeszcze bardziej do dziewczyny. Ponownie machnął ręką i w jego dłoni pojawił
się długi sztylet, po czym stanął przed Deą i przejechał po jej brzuchu, w
miejscu gdzie znajdował się pentagram. Samo zadrapanie nie było głębokie,
jednak dziewczyna czuła, jak coś rozrywa ją od wewnątrz na kawałki, a ból
nasilał się z każdym oddechem. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła krzyczeć.
- Cicho, cii… – odparł demon i
przejechał zakrzywionym pazurem po jej twarzy. – Nie będzie długo bolało,
poczekaj aż wleje się w ciebie cała moc i wtedy przestanie. A kiedy staniesz
się gotowa, sprowadzisz moją apokalipsę!
- Dlaczego…? – wyszeptała
pomiędzy spazmami przeszywającymi jej ciało.
Azazel przyglądał się jej chwilę pustymi oczodołami, po czym
wygiął wargi w groteskowym uśmiechu, ukazując długie i spiczaste kły.
- To tylko gra, którą prowadzą Lucifer
i Grubas już od zarania dziejów, ale tym razem nie zamierzam stać z boku i
tylko się przyglądać! Pokażę im moją prawdziwą siłę i przewyższę ich. Stanę się
władcą całej Terry Rebellem, świata ludzi i Luminosy! Oto, o co w tym wszystkim
idzie; jesteś pionkiem, który każdy chce mieć po swojej stronie i niczym
więcej. A ja daję ci szansę, abyś zaistniała, jako ta, która obaliła cały
porządek świata. Nie chcesz tego? Aby ludzie byli naprawdę szczęśliwi, bez
zmartwień i trosk? Widzę w tobie ten gniew, palący cię od środka na każdym
kroku, kiedy obserwujesz ludzi zabijających innych dla głupich pieniędzy,
dzieci głodujące na ulicach, kobiety sprzedające się tylko, dlatego, że ktoś
zabrał im wolność… Chcesz im pomóc, ale nie masz jak, to strasznie frustrujące,
nieprawdaż? Moja oferta wygląda następująco, jeżeli staniesz po mojej stronie,
ofiaruję ci miejsce przy moim boku, jako nowy władca całego świata ludzi oraz
moc, która zniszczy każdego, kto sprzeciwi się twoim rozkazom. Czy akceptujesz
moją propozycję? – zapytał i wyciągnął rękę w jej stronę, oczekując
najwyraźniej, że dziewczyna zgodzi się na każdą ofertę.
- Nie zamierzam dłużej patrzeć,
jak ten świat gnije od środka – powiedziała z przerwami na drżący oddech, a
Azazel uśmiechnął się niebezpiecznie. – Ale zrobię to po swojemu… Albo rozwalę
ten świat do końca, albo przyniosę mu zbawienie. Wybór zależy jeszcze od tego,
jaki będę miała humor – odparła, a demon przestał się uśmiechać i opuścił dłoń.
- Cóż, mogło być tak fajnie –
odpowiedział i przekrzywił lekko głowę w stronę drzwi. – Mam nadzieję, że
szybko zmienisz zdanie i nie będę zmuszony skrzywdzić kolejnej osoby, na której
ci zależy, moja droga.
I tak jak się pojawił, tak i
rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając za sobą ostro-gorzki aromat dymu i
chrzanu, natomiast Dea opadła na kolana, wycieńczona do granic możliwości.
Zanim straciła przytomność, ujrzała jeszcze jak drzwi do gabinetu zostają wywarzone
kopniakiem, a do środka wpada wściekły, półnagi chłopak. Jej biedny, zmęczony i
spanikowany Shin…
Teraz…
Shin spojrzał wkurzony na
przyjaciela, a usta zacisnął w wąską linię. Ledwo co powstrzymywał się, aby nie
wybuchnąć, a ten palant jeszcze go na dodatek drażnił.
- Musisz odpocząć – powiedział
Ash po raz któryś z kolei i wskazał na oblicze blondyna. – Czy ty się w ogóle
widziałeś przez te dziewięć dni?
- Nie miałem czasu – mruknął
chłopak i przetarł lekko zarośniętą twarz ręką, przeczesując sterczące we
wszystkie strony włosy.
Demon tylko westchnął przeciągle, jednak nie próbował przekonać
przyjaciela po raz kolejny, bo i tak nic by to nie dało. Czasem Ashowi wydawało
się, że Shinowi bliżej do anioła niż demona, ponieważ szczerość jego uczuć aż
biła po oczach niczym neon nad burdelem. Odwrócił głowę i spojrzał na pogrążoną
we śnie dziewczynę. Jej lśniące, czarne loki leżały rozsypane na poduszce, a
blada skóra wydawała się napięta i krucha, jak za bardzo nadmuchane szkło,
które w każdej chwili mogło pęknąć. Cholera, wyglądała jak ta durna Królewna
Śnieżka z bajek dla dzieci, których wysłuchiwał, gdy miał formę dziecka, a
Asuna wciąż żyła. Piękna, zamknięta w trumnie dziewczyna oczekująca na
pocałunek księcia, ale życie to nie jakaś idiotyczna bajka i, choć książę wciąż
czekał przy niej, ona ciągle pozostawała tylko i wyłącznie uśpioną księżniczką.
- Myślisz, że kiedykolwiek się
obudzi? – zapytał nagle złotooki. Na ustach blondyna pojawił się słaby uśmiech.
Nie porzucił nadziei i nigdy tego nie zrobi.
- Na pewno – odarł i odgarnął
zbłąkany kosmyk czarnych loków przyjaciółki. – Wciąż mi wisi za koszulkę…
Ash parsknął niewesołym śmiechem na to wyznanie. Czasami uważał
ludzi za takich głupców, ponieważ nie potrafili okazać tego, co naprawdę czują,
zagłębiając się w niepotrzebne kłótnie i nieporozumienia, jednak zazdrościł im
tego. Uczucia, kiedy całujesz ukochaną osobę, kiedy razem śmiejecie się z
jakiegoś banalnego żartu, kiedy budzisz się, co rano i widzisz jej smukłe,
nagie ciało obok twojego…
- …Ziemia do Asha! Ash, odbiór! –
zawołał Shin, pstrykając palcami prosto przed oczami szatyna.
- Hm? Co?
- Chyba odleciałeś do ciepłych
krajów… – odparł blondyn, przyglądając się napięciu malującemu się na twarzy
przyjaciela. – Mówiłem, abyś przestał gwałcić mnie wzrokiem z tym durnym
uśmiechem na twarzy, zboczeńcu.
- Ha?! Jestem demonem
lubieżności, to oczywiste, że chcę przelecieć wszystko, co się rusza,
powinieneś się już do tego przyzwyczaić – powiedział, wywołując cichy śmiech u
przyjaciela. – A tak w ogóle, to cieszę się, że zainteresowałeś się jakąś
dziewczyną. Myślałem, że po Asunie wstąpisz do zakonu, jednak widzę, że
znajomość z Deą przywróciła dawnego ciebie.
- To nie tak – odparł Shin i ponownie
spojrzał na dziewczynę. – Dzięki niej narodziłem się na nowo.
Ash zaśmiał się ochrypłym głosem i poklepał przyjaciela po
plecach. – Stary, zdecydowanie potrzebujesz świerszczyka, bo zaczynasz gadać
jak te napalone laski w powieściach młodzieżowych. Dziewczyny ci nie proponuję,
bo i tak żadnej nie wyrwiesz z tą twoją szpetną buźką…
- Przynajmniej nie piszczę i nie
wzdycham na widok Justina Biebera. A od buźki to się odwal, lepiej spójrz w
lustro.
- Jeszcze nie – odparł złotooki
ignorując ripostę, i założył ręce na piersi, niebezpiecznie balansując na
tylnych nogach krzesła. – Jak się obudzi, będę musiał trzymać się z daleka
dopóki nie nauczy się kontrolować swoich mocy. Rany, aż tutaj czuję wibrowanie
jej energii, a przecież wciąż śpi! – spojrzał z ukosa na przyjaciela i przestał
owijać w bawełnę, przechodząc w końcu do sedna sprawy. – Shin, to córka Lucifera,
nie zmienisz tego. Ty również powinieneś jej unikać przez jakiś czas, bo może
cię przypadkowo skrzywdzić…
Blondyn popatrzył na demona i
uniósł jeden kącik ust w niebezpiecznym uśmiechu. – Wiesz jak to jest, kiedy
starasz się czegoś unikać za wszelką cenę? – wyciągnął rękę i popchnął szatyna
delikatnie, jednak wystarczająco, aby krzesło przewróciło się, a demon
przyrżnął głową o podłogę. – Ni w chuja ci to nie wychodzi, khe khe khe.
Ash roześmiał się i wstał, pocierając tył głowy. – Przyznaję, to
ci się udało. Masz! – podał zapakowane w świąteczny papier zawiniątko Shinowi.
– To prezent świąteczny, postanowiłem dać ci go wcześniej.
Shin spojrzał na przyjaciela i wyciągnął rękę z prezentem, oddając
mu go. – To dasz mi go w święta.
Jednak Ash nie uśmiechnął się ponownie i nie powiedział jakiegoś
durnego komentarza, tylko spojrzał w bok ze zbolałą miną. – Muszę wyjechać.
Chwila ciszy, w czasie której w głowie blondyna zakotłowało się od
niezliczonych pytań. Wybrał jednak tylko trzy, najbardziej podstawowe i
wypowiedział je na głos.
- Kiedy? Dokąd? Dlaczego?
- Cóż, za dużo kobiet pozwało
mnie o alimenty, więc muszę zniknąć na pewien czas – odparł, krzywiąc się na
tak marną wymówkę. Obrócił się i podszedł do okna, obserwując padający śnieg. –
Poza tym, Lucifer mnie wezwał do siebie. Ma dla mnie nowe zadanie…
- Kiedy wyjeżdżasz?
- Nie wiem, wkrótce. Zapewne
jeszcze w tym tygodniu…
- Nie poczekasz, aż Dea się
obudzi? – zapytał blondyn, zaciskając pięści ze złości. Ash nie odpowiedział,
jedynie wciąż wpatrywał się w śnieżny krajobraz. – To przynajmniej powiedz,
kiedy wrócisz!
- Shin – powiedział ze spokojem
demon, w końcu spoglądając na przyjaciela. – Jestem demonem podległym Luciferowi.
Nie wiem czy w ogóle wrócę, a jeśli tak, nie mam pojęcia, w którym miejscu na
świecie.
- No to idź! Na co jeszcze
czekasz?! – zawołał nagle wzburzony blondyn.
- Przepraszam, Shin – odparł
demon i spokojnie wyszedł z pokoju, jednak zamykając drzwi, odezwał się cichym
głosem. – Kiedy się obudzi, wesprzyj ją, bo będzie zagubiona, przez co może
stracić coś naprawdę cennego. Wesołych Mikołajek, przyjacielu.
Drzwi zamknęły się z cichym
trzaskiem, a Shin rzucił pakunkiem w ścianę i opadł bezwładnie na krzesło.
Spojrzał smutnymi oczami na dziewczynę i chwycił ją za rękę.
- Dlaczego Deo, nie obudzisz się
i nie powiesz, że skopiesz mi dupę za to, że chcę cię zobaczyć w stroju
śnieżynki? Proszę, obudź się w końcu!
Jednak dziewczyna pozostawała nieubłagana na prośby blondyna,
zamknięta w swoim świecie, wypełnionym sennymi marzeniami, koszmarami czy po
prostu pustką, kto by to wiedział. Shin westchnął głęboko, jakby na jego
barkach spoczął ciężar całego świata i podszedł do spoczywającego pod ścianą
prezentu. Rozerwał papier i parsknął śmiechem.
- A niech cię, ty stara łajzo –
mruknął, wciąż się uśmiechając do trzymanej w ręku koszulki z nazwą i
autografami jego ulubionego zespołu muzycznego „Three Days Grace”.
- Hej, Deo. Co byś chciała na święta?
– zapytał, odwracając głowę i napotykając wystraszone spojrzenie
krwistoczerwonych oczu z pionowymi źrenicami.
- Kim jesteś?
Przed przebudzeniem…
Pływam,
unoszę się w ciemnościach. Zimno tu, nie czuję swego ciała. Kulę się w kłębek.
Chcę się stąd wydostać. Boję się! Nagle w oddali pojawia się pulsujące czarne
światło, które jeszcze bardziej mrozi mi krew w żyłach. Nie chcę iść w jego
stronę, bo wiem, że jeżeli tam pójdę, stanie się coś strasznego. Jednak moje
ciało krępują łańcuchy ciągnące mnie prosto do tego chłodu. Krzyczę! Chce mi
się wymiotować. Nie, błagam nie zabierajcie mnie tam! Nie chcę tego widzieć!
Błagam… Jednak jest już za późno, światło pochłania moje ciało i wsysa w
lodowaty wir powietrza.
Otwieram
oczy i widzę nagie ciało kobiety obok mojego. Leży odwrócona bokiem, przez co
nie mogę zobaczyć jej twarzy. Moja ręka wyciąga się i przejeżdża palcem od
ramion kobiety aż do ud i z powrotem. Nie mogę zmusić mojej ręki, aby
przestała. Nagle kobieta otwiera jadeitowe oczy i uśmiecha się słodko pełnymi
wargami.
-
Witaj, mężu – mówi, zachrypniętym głosem. Czuję, jak moje usta wyginają się w
szerokim uśmiechu.
-
Witaj, żono – odpowiadam, ale z moich ust nie wydobywa się mój głos, tylko
głęboki, seksowny, męski szept, w którym pobrzmiewają ślady rozbawienia.
Kobieta zarzuca delikatne ramiona na moją szyję i całuje mnie namiętnie, a ja
odpowiadam jej tym samym. Czuję się… szczęśliwa.
Kolejna
scena, stoję przed olbrzymim oknem wychodzącym na port obserwując wspaniały
galeon „Miracle”, który należy do mnie. Skąd wiem, że jest mój? Nie mam
pojęcia, po prostu to wiem. Do pokoju wpada mała dziewczynka i zarzuca mi swe
wątłe ramiona wokół pasa, a ja podnoszę ją i podrzucam wysoko. Śmieję się razem
z dzieckiem, a tamta kobieta – moja żona obserwuje nas z uśmiechem i kręci
głową.
-
No dobrze, Miri. Zostaw tatusia, bo idzie pracować, a ty chodź zjedz śniadanie.
-
Ale mamo! – jęczy dziewczynka pomiędzy atakami śmiechu, gdy łaskoczę ją. – Ja
chcę dzisiaj iść z tatą!
-
Zabiorę cię kiedyś, ale nie dzisiaj – odpowiadam i pcham delikatnie dziewczynkę
w stronę stołu. – Słuchaj się mamy, za niedługo wrócę.
Pochylam się i targam delikatne
włoski na głowie córki, po czym całuję żonę i wychodzę.
Jestem
na statku. Wykrzykuję rozkazy, rozmawiam ze sprzedawcami, negocjuję ceny i
obliczam czas następnej wyprawy. Kierujemy się do Nowej Ziemi, i choć
początkowo załoga wolała zrezygnować, jakoś udało mi się ich przekonać. Kończę
wcześniej i wracam do domu. Już planuję, że po tej wyprawie zabiorę żonę oraz
córkę i kupię dom na wsi, aby mała mogła wyzdrowieć. Wchodzę do domu i słyszę
krzyk mojej żony z sypialni. Biegnę i otwieram drzwi szarpnięciem. Szok, ból,
rozpacz. Widzę moją żonę, nagą w ramionach innego, jest cała spocona i zgrzana.
Chce mi się wymiotować, jednak w tym samym momencie dostrzega mnie.
-
Danielu! – krzyczy zrozpaczona. Zalewa mnie furia, chcę go zabić, chcę zabić
ją. – Proszę, pozwól, że ci wytłumaczę!
-
Zamknij się dziwko! – wrzeszczę, opętana przez gniew. Trzęsę się, gdy wyciągam
szablę z pochwy. – Zabiję go!
Podchodzę po mężczyzny, jednak na
drodze staje mi ona, więc odpycham ją na łóżko. Patrzy przerażona, jak
przykładam miecz do szyi nieznajomego jegomościa. Jednak nie mogę go zabić,
jestem na to za słaba. Mężczyzna śmieje się tubalnym śmiechem. – Jesteś nikim!
– szepcze zajadle. – Nie zabiłbyś mnie nawet, jeżeli pieprzyłbym się z twoją
córką. Wyślę po nią straż, aby się zabawili za grożenie mi, śmieciu.
I
to przeważa szalę, podnoszę miecz i uderzam. Ale to nie tego mężczyznę ranię. W
momencie, kiedy moja szabla opada, przede mną pojawia się moje szczęście, mój
skarb, moja córka, moja Miracle.
-
Witaj w domu… tatusiu – szepcze, po czym opada bezwładnie na ziemię, a z jej
delikatnego ciała wydobywa się strumień krwi. Ta dziwka krzyczy, rzuca się w
stronę naszej córki, przytula ją do siebie tymi brudnymi, splugawionymi łapami.
Przestaję myśleć…
Sąd.
Siedzę na ławie, a mężczyzna w białej peruce odczytuje wyrok.
-
…Za zamordowanie z zimną krwią własnej córki, żony oraz hrabiego von den
Troppa, skazujemy Daniela Crossa na pozbawienie życia poprzez powieszenie.
Niech Bóg cię ma w swojej opiece – kończy, odkładając papier na stół i
wychodząc, a ja zostaję wyprowadzona z sali. Następnego dnia prowadzą mnie na
plac, gdzie stoi szubienica. Kat zakłada mi sznur na szyję i podchodzi do
dźwigni.
-
Czy chciałbyś coś jeszcze powiedzieć? – pyta mężczyzna w ozdobnym, urzędniczym
ubraniu.
-
Nie – odpowiadam, a kat pociąga za dźwignię i spadam w czarną nicość pode mną.
Sznur zaciska mi się dookoła szyi, pozbawiając powietrza. Jeszcze chwila,
myślę. Jeszcze tylko parę sekund i znowu będę z moją Miracle. Ale kiedy
umieram, nie widzę jej, tylko spadam jedynie w dół i w dół, aż na samo dno
otchłani.
-
Witaj, Danielu – słyszę grzmiący i władczy głos nade mną. Podnoszę oczy i widzę
dziwnego mężczyznę, którego oczy jarzą się czerwienią. – Jestem Lucifer, Władca
Piekieł, a ty od dziś staniesz się Ashmodeiem, demonem lubieżności i jednym z szóstki
podległych mi generałów.
-
Gdzie jestem? – pytam zwięźle, starając się przyzwyczaić oczy do panujących
ciemności, choć domyślam się, co to za miejsce.
-
Witamy w Terra Rebellem!
Po przebudzeniu…
Czarnowłosa dziewczyna spoglądała
na stojącego w pokoju chłopaka z przestrachem, a jednocześnie fascynacją.
Rozglądała się po pomieszczeniu, nie wiedząc gdzie się znajduje, ani kim jest
dziwny mężczyzna, przyglądający się jej zielonymi oczami.
- Kim jesteś? – ponowiła pytanie
i zmrużyła oczy przed światłem wydobywającym się zza okna.
- Żartujesz, prawda? –
odpowiedział pytaniem na pytanie i przejechał palcami po włosach. – To ja, Shin
Kuroshi, twój przyjaciel.
- Shin… Kuroshi… – powtórzyła jak
papuga, smakując brzmienie głosek. – Nie wyglądasz na Azjatę.
- Bo nie jestem, przynajmniej w
połowie – odparł i podszedł bliżej, a dziewczyna momentalnie odsunęła się na
skraj łóżka. Shin spojrzał tylko na nią smutnym wzrokiem i zatrzymał się.
- Wiesz, kim jesteś?
- Oczywiście – odparła, jakby
uważała go za idiotę. – Nazywam się Armagedon Lucifer Deis. Jestem demonem,
następczynią Władcy Demonów Lucifera oraz przyszłą władczynią Terra Rebellem. –
spojrzała na niego szkarłatnymi oczami i uśmiechnęła się groźnie. – Natomiast
ty jesteś tylko człowiekiem… Czyżbyś był moim sługą?
- Nie! – odparł wkurzony Shin i
podszedł do niej, jednak tym razem nie odsunęła się. – Nazywasz się Dea Leacú i
jestem twoim przyjacielem, nie służącym. Dziewięć dni temu Azazel zerwał twoją
pieczęć, przez co zapadłaś w śpiączkę. Przypomnij to sobie!
- Hahahaha – zaśmiała się
przerażającym lodowatym śmiechem. – Głupi człowieku! Jak śmiesz się tak do mnie
odzywać?! Może za karę powinnam pozbawić cię twej godności?
Nagle dziewczyna poczuła uderzenie w policzek, aż jej głowa
odskoczyła w drugą stronę. Spojrzała zaskoczona na blondyna pochylającego się
nad nią.
- Przypomnij sobie, Dea! –
zawołał, a jego twarz wykrzywił jeszcze większy ból. – Przypomnij to sobie, do
cholery.
Shin zbliżył się do czarnowłosej
i przycisnął wargi do jej ust. Dziewczynie rozszerzyły się oczy, jednak chwilę
później chwyciła go za koszulkę i przyciągnęła do siebie. Opadła na łóżko, nie
przestając całować chłopaka i majstrując przy jego spodniach, jednak Shin
oderwał się od niej i odsunął na bezpieczną odległość.
- Nie wiem, kim jesteś, ale oddaj
mi Deę. – poprosił dziewczynę. Czarnowłosa uśmiechnęła się leniwie do niego i
wstała z łóżka. Przeszła kilka kroków i obróciła się jak baletnica.
- Zawsze chciałam mieć takie
ciało, dorosnąć, pocałować chłopaka, którego lubię i żyć chwilą – powiedziała i
uśmiechnęła się smutno. – Ale umarłam, nim mogłam zrealizować którąkolwiek z
tych rzeczy. Oddam ci ją, ale tylko pod jednym warunkiem, jednak zanim wyjawię
ci ten warunek, dam ci gratisowe ostrzeżenie za pocałunek sprzed chwili. To
nikczemna gra, w którą zostałeś wciągnięty. Możesz się jeszcze wycofać, jednak
to twoja ostatnia szansa. Jeżeli z niej zrezygnujesz, nie będzie już powrotu.
Ta rozgrywka jest inna od pozostałych, bardziej jak ostateczna. Myślę, że On
znudził się tym światem, dlatego chce go zniszczyć, aby móc stworzyć nowy,
lepszy. Coś jak wersja 2.0. I na pewno posunie się do tego, aby wysłać Swych
służących, by zlikwidowali niepotrzebne przeszkody. Więc moje pytanie brzmi:
czy nadal chcesz podążać za tą dziewczyną, wiedząc, że możesz zginąć?
- Chyba jestem masochistycznym
idiotom, ale tak. Chcę ją wspierać – odpowiedział z poważnym wyrazem twarzy.
- Cóż, twój wybór. W takim razie,
mój warunek jest następujący: powiedz moje imię tak jakbyś wymawiał imię osoby,
którą kochasz najbardziej na świecie.
- Ale nawet nie znam twojego
imienia! – odpowiedział Shin niepewnie.
- To wymyśl! Bądź kreatywny! –
powiedziała i roześmiała się, okręcając się ponownie na palcach prawej nogi. –
Jej! To naprawdę niesamowite! Ten świat jest jak jakiś cud…
- Dobrze, chodź tutaj… Miracle –
wyszeptał niskim, uwodzicielskim głosem i spojrzał w stronę czarnowłosej. Ta
natomiast stała tylko i przyglądała mu się z niedowierzaniem, po czym
uśmiechnęła się jeszcze szerzej i skoczyła w jego objęcia, a jej ciało natychmiast
znieruchomiało.
- Shin? – usłyszał cichy głos, wypowiadający
jego imię. Spojrzał w jej piękne oczy, nie rdzawobrunatne jak zaschnięta krew,
ale lśniące niczym rubiny.
- No a któż by inny, głupia? –
odpowiedział z uśmiechem i przyciągnął dziewczynę bliżej piersi, opierając
głowę na jej ramieniu. Spojrzał w bok i zauważył małą, blondwłosą dziewczynkę z
olbrzymimi sarnimi oczami, uśmiechającą się do niego i machającą mu na
pożegnanie. Uśmiechnął się delikatnie i wyszeptał „do zobaczenia”, a dziewczynka
rozpłynęła się w powietrzu w delikatnym błysku łagodnego światła.
- Miałam dziwny sen – odparła
Dea. – Byli tam żeglarz o imieniu Daniel Cross, kobieta zdradzająca męża,
zboczony hrabia, a także mała dziewczynka o imieniu Miracle. Myślisz, że
zwariowałam?
Shin roześmiał się w jej włosy, szczęśliwy, że odzyskał ją. – Jak
ty zwariowałaś, to ja jestem zdrowo popieprzony, więc nie masz się, o co
martwić.
Dea odsunęła się delikatnie od blondyna i spojrzała mu w oczy,
uśmiechając się niepewnie.
- Wydaje mi się, że dzisiaj są
Mikołajki, a ja nie mam dla ciebie prezentu, więc… – przerwała i opuściła oczy
na ręce, nagle zawstydzona. – Możesz poprosić, o co chcesz, a ja to zrobię.
Shin spojrzał na jej minę
rozbawiony, założył ręce na piersi i odezwał się wyćwiczonym głosem całkowitego
dupka. – W takim razie, zostaniesz moją seks-niewolnicą, gotową zrobić
wszystko, o co cię poproszę…
I tak jak oczekiwał, nadleciała poduszka prosto w jego twarz,
jednak tym razem nie uchylił się w porę.
- Ty… zboczeńcu! – zawołała Dea, stojąc
już na nogach i trzymając kolejną poduszkę w ręce, gotową do rzutu. – Myślałam,
że będziesz chciał pocałunku, albo żebym zrobiła z siebie idiotkę, a nie, że…
że…
- Oh! Po co miałbym prosić o te
dwie rzeczy, skoro sama mi je dasz? – zapytał z uśmiechem i jak wygłodniały lew
w dwóch ruchach znalazł się koło biednej dziewczyny, opierając obie ręce po
bokach jej głowy.
- Widzisz? Już zrobiłaś z siebie
idiotkę, więc teraz wezmę drugą rzecz – mruknął, obniżając głowę, aż dotknęli
się czołami.
- Jesteś bardzo pewny siebie –
odparła z ustami zaraz obok jego.
Shin podniósł jeden kącik ust w zadziornym półuśmiechu. – A jakże!
– wymruczał i pocałował ją długo i przeciągle, nie odrywając ust nawet na
oddech.
- Wesołych Mikołajek –
powiedziała Dea pomiędzy pocałunkami.
- Mmm… Na pewno będą wesołe, jak
tylko włożysz na siebie kostium śnieżynki…
- Perwers! – zawołała i uderzyła
go w ramię, śmiejąc się, gdy nagle pojawiła się niebezpieczna myśl w jej
głowie.
Powoli,
powolutku zakochuję się w Shinie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz