czwartek, 6 października 2016

00. Prologue

Witam serdecznie w mojej nowej-starej opowieści. Kiedyś wam obiecałam, że wrócę do tego opowiadania i wróciłam. xD Pisałam to, mając lat piętnaście i będąc mentalnym gimbusem (którym pewnie jestem dalej...), więc proszę nie brać tego opowiadania na serio. Możecie się spodziewać całej masy głupich bohaterów, debilnych sytuacji i bezsensownych zwrotów akcji. Ale! Jeśli spojrzycie na to z przymrużeniem oka (i z zamknięciem drugiego), to może odnajdziecie odrobinę zabawy przy czytaniu tego tworu. Rozdziały będą pojawiać się raz na dziesięć dni (czemu tak — nie wiem xD) do czasu, aż pojawi się ostatni rozdział oraz epilog. Ci, którzy czytali starą Burzę, w większości będą wiedzieć, co się będzie dziać dalej, jednak nie dajcie się oszukać. Troszkę rzeczy się pozmieniało. Zachęcam do wypowiedzenia się czy na lepsze, czy na gorsze. Ach! I jest to fanfiction 5SOS, ale równie dobrze mogłoby nie być (i w sumie na początku nie było), więc nie martwcie się tym na zapas. Jeśli nie lubicie 5SOS, traktujcie bohaterów, jakby nie byli znanym boysbandem. Działa! ;)
Jak widzicie, dużo się pozmieniało. Zniknęły niektóre zakładki, nie ma starych rozdziałów, a publikowane obecnie są znacznie krótsze niż wcześniejsze.  A przede wszystkim zmienił się tytuł tego opowiadania. Od teraz brzmi on: DWA KROKI DO PIEKŁA! (fanfary proszę)
Cóż... zobaczymy, co z tego wyjdzie. xD
Zapraszam do czytania. Buziaki. :*

***
W zniszczonym miasteczku, zapomnianym już dawno temu z nazwy, niespodziewanie na niebie pojawił się świetlisty blask o barwie sączącej się krwi, jakby tysiąc piorunów uderzyło w tym samym czasie w to samo miejsce, rozświetlając okolicę na wiele godzin. Zapewne dla wielu ludzi mógłby być to niezwykły widok, gdyby jacyś mieszali w promieniu pięćdziesięciu kilometrów, ale dla Zachariasa stanowił chleb powszedni. Od wielu lat zdarzały się te wyładowania, które zwiastowały tylko jedno: przyjście na świat dziecka Władcy Demonów. Wszystkie wcześniejsze na szczęście były fałszywymi alarmami i mężczyzna miał nadzieję, że ten także okaże się takim być.
On oraz jego bracia mieli misję: znaleźć i zgładzić ten szatański pomiot, nim zdąży zagrozić ludzkości. W końcu sam archanioł Rafael powierzył im to zadanie już setki lat temu. Byli tajnym członem armii Absolutu działającej na Orbisie — jak obie strony tego odwiecznego konfliktu nazywały Ziemię. Przyjęli nazwę Zakonu Siedmiu Świętych Archaniołów Wojowników na cześć swoich twórców i jednocześnie zwierzchników. Poprzysięgli strzec świat przed odwiecznym złem, które próbowało się odrodzić. I Zacharias nie zamierzał tego zmieniać.
Ubrany w czarny garnitur obserwował całe zdarzenie z daleka, a na jego ogorzałej od słońca twarzy pojawiły się konsternacja zmieszana z niepokojem. Przeszedł już taki szmat drogi tylko po to, by znaleźć kolejne miasteczko na krańcu świata, dawno zapomniane przez ludzkość. Sam nie wiedział czemu, ale zwiastuny uwielbiały wyszukiwać takie opuszczone miejsca. Pewnie dlatego, żeby utrudnić Zakonowi pracę.
Uniósł jasnobłękitne oczy ku niebu, uważnie wsłuchując się w wibracje wyczuwalne w naelektryzowanym powietrzu, a następnie ruszył w dół zbocza po piaszczystej ziemi, by wypełnić powierzoną mu misję. Czekała go długa, piesza wędrówka wyznaczona przez słup czerwonego światła sączącego się z nieba niczym włócznia wbita w ciało. Wyciągnął papierosa z pierśnicy, wkładając go pomiędzy wargi. Następnie sięgnął po zapalniczkę i przystawił płomień do wystającej z jego ust trucizny, a już po chwili ogień liznął papierek i zapalił tytoń.
Zacharias zaciągnął się, po czym ruszył przez spustoszałą, pozbawioną wszelkiej roślinności, rozciągającą się w nieskończoność, kamienistą pustynię, na której środku zbudowano lata temu miasto-widmo.
Wkroczył do opustoszałego miasta, trzymając nad głową czarny parasol, choć od dawna w tym rejonie nie spadła ani jedna kropla deszczu. Był to ich znak rozpoznawczy — czarny garnitur i parasolka, która stanowiła ich broń. Szedł powoli główną ulicą, rozglądając się na wszystkie strony bacznym wzrokiem. Miał wrażenie, że budynki wstrzymały oddech, przysłuchując się krokom rozbrzmiewającym na spękanym asfalcie. W porozbijanych oknach falowały strzępy zszarzałych szmat, a wpółotwarte drzwi do domu po lewej stronie skrzypiały przy każdym podmuchu suchego wiatru. Okolica sprawiała wrażenie nawiedzonej, aż Zachariasowi przeszły ciarki po plecach. Nie należał do osób strachliwych, ponieważ lata życia spędzone na walce z demonami pozbawiły go tchórzliwości, jednak tym razem coś, jakaś siła zawisła w powietrzu, sprawiało, że miał ochotę zawrócić i z krzykiem pobiec do matki.
Bujna wyobraźnia przydawała mu się często, ale w sytuacjach takich jak ta wolał twardo stąpać po ziemi. Wyobraźnia mogłaby go teraz zabić. W końcu tam, gdzie pojawiały się zwiastuny, zjawiały się także demony.
Przemierzył główną ulicę, po czym skręcił w prawo, zauważając kłęby dymu unoszące się nad dachami budynków. Złożył parasolkę, wyciągając ją przed siebie. Na rurce odnalazł guzik zwalniający spust. Dopiero gdy broń była gotowa, ruszył dalej. Szedł powolnym krokiem, trzymając przed sobą strzelbę naładowaną nabojami ze specjalną mieszanką, która wysyłała trafionego demona do dziury, z której wypełzł. Dawało to członkom Zakonu potrzebny czas na wykonanie swojej pracy i bezpieczne oddalenie się, zanim piekielna istota zdążyłaby powrócić.
Zatrzymał się dopiero przy głębokiej na kilka metrów wyrwie w drodze, z której wciąż unosił się dym i zapach palonej siarki. Zbliżył się do krawędzi, starając się nie dotykać gorącej powierzchni ani nie wdychać smrodu zawisłego w powietrzu. Na samym dole dostrzegł nadpalone resztki materiału i czarną plamę jakby sadzy. Zamierzał zejść niżej, jednak w tym momencie usłyszał za sobą skrzypnięcie drzwi.
Odwrócił się, celując bronią w okno drewnianego budynku, skąd przed chwilą dobiegł hałas. Nasłuchiwał.
Kolejne skrzypnięcie utwierdziło go w przekonaniu, że nie jest tu sam. Podszedł do drzwi, zaglądając do środka, jednak nie było tam niczego niepokojącego. Postąpił parę kroków, rozglądając się po wnętrzu i kiedy już miał wychodzić, coś rzuciło się mu na plecy, powalając go.
— Czego tu szukasz, człowieczku? — wysyczał stwór wprost do jego ucha.
Zacharias obrócił się zwinnym ruchem, jednocześnie celując w pierś istoty.
— Twojej zguby, demonku — warknął i wystrzelił, jednak demon przewidział jego ruch.
Zeskoczył z ciała mężczyzny i stanął w kącie pomieszczenia plecami do ustawionej pod ścianą wysokiej szafy. Jego czarne oczy zwęziły się i z paszczy wydobył się syk. Nie wyglądał jak normalny człowiek — skórę miał bladą, papierową pod którą widniał zarys czarnych kości, a głęboko zapadnięte policzki i oczodoły nadawały mu jeszcze większej nierealności. Musiał być to podrzędny demon, niezbyt wysoko postawiony w hierarchii, skoro tak wyglądał. Co prawda Zacharias nigdy nie spotkał wyższych rangą demonów, ale z ksiąg wiedział, że przyjmują bardziej ludzką postać. Zdradzały ich tylko oczy.
Demon zaszarżował na mężczyznę, starając się wyrwać mu broń z rąk, by w następnym momencie skręcić kark przeciwnikowi. Zacharias liczył na to: napiął wszystkie mięśnie, po czym obrócił się dookoła, uciekając przed ramionami piekielnej istoty, wbijając mu czubek parasola w brzuch. Wiedział, że nie zatrzyma to demona na długo, ale zyskał chociaż chwilę przewagi.
Istota zawyła i skoczyła do przodu. Bez opamiętania machała ramionami z zaostrzonymi pazurami na wszystkie strony, starając się zranić zakonnika. W pewnym momencie demon uskoczył w bok tak szybko, że Zacharias nie zdążył zareagować. Obrócił się w stronę okna w tej samej chwili, gdy przeciwnik wskakiwał na jego pierś. Broń wystrzeliła, trafiając demona w klatkę, jednak siła bezwładnego ciała powaliła mężczyznę na ziemię. Głucho jęknął, gdy jego głowa uderzyła w drewniane deski podłogowe. Wygrzebał się spod truchła demona, które zaczęło wysychać, by w ostateczności zamienić się w bezkształtną mumię i rozpaść. Demony przynajmniej zaoszczędziły Zakonowi zabawy z ukrywaniem zwłok, pomyślał, wstając i spoglądając zimnym wzrokiem na znikające ciało. Westchnął ciężko i ruszył w kierunku drzwi z zamiarem zniknięcia z tej rudery raz na zawsze, gdy nagle usłyszał cichy płacz dochodzący z szafy, której wcześniej pilnował demon.
Dopiero teraz Zacharias zrozumiał intencje zabitego demona. Podszedł do szafy i otworzył drzwiczki, spoglądając w dół na leżące zawiniątko. Wyciągnął rękę i drżącymi palcami odgarnął kawałek brudnego i nadpalonego materiału, odsłaniając tym samym najbardziej niezwykłą istotę, jaką jego oczy kiedykolwiek ujrzały.
Zawinięte w kilka warstw łachmanów leżało niemowlę. Po czerwonych policzkach spływały łzy, a z ust dziecka co chwilę wydobywało się kwilenie. W pewnej chwili dzieciątko otworzyło oczy, zawieszając wzrok na twarzy Zachariasa.
O mój słodki Absolucie, pomyślał mężczyzna przerażony, gdy spojrzenie czerwonych tęczówek zawisło na jego oczach. Dziecko uspokoiło się w jednej chwili, rozglądając się po pomieszczeniu jakby z zaciekawieniem zmieszanym z rozbawieniem. Krótkie, ciemne włosy co rusz delikatnie gilgotały Zachariasa w dłoń, która zawisła kilka centymetrów od twarzy dziecka.
Nagle niemowlę wykrzywiło usteczka w czymś na kształt uśmiechu, a Zachariasa od razu ogarnęła litość oraz głębsze, bardziej niespotykane uczucie, którego nie potrafił nazwać. Pochwycił dziecko w ramiona i ruszył z powrotem drogą, pragnąc pozostawić miasteczko jak najszybciej za sobą.
Musiał przemyśleć tę sytuację. Właśnie marnował całe tysiąclecia przygotowań do tej chwili! Jednak, coś w środku jego duszy, jeśli jeszcze ją miał, podpowiadało mu, że nie może zabić tej istotki. Dziecko, przytulone do jego piersi, oddychało spokojnie, zapadając w sen.
Wiedział, że od tej pory nic już nie będzie takie proste. Czekały ich lata ukrywania się przed innymi członkami Zakonu. Tylko gdzie byliby bezpieczni? Nagle do głowy wpadł mu pewien pomysł. Przypomniał mu się klasztor w Salvadorze — mieście położonym nad Zatoką Wszystkich Świętych. W końcu najciemniej pod latarnią. Tam mogliby spędzić kilka lat, ale zapewne musieliby się przenieść, jeśli zostaliby odkryci. A co będzie, jeśli on zginie? Kto zająłby się tym dzieciątkiem? Nie mógł go przecież zostawić tak samemu sobie na pastwę losu. Spojrzał na twarzyczkę śpiącego niemowlęcia, stwierdzając, że zajmie się tym później. Na razie musieli dostać się do Salvadoru, a dalej coś wymyśli. Przecież opieka nad dzieckiem to nie aż tak trudne zajęcie, prawda? Poradzi sobie z tym doskonale.
Oddalając się pośpiesznym krokiem, nie zauważył dwóch osób siedzących na dachu pobliskiego budynku. Mężczyźni przyglądali się całej scenie z uśmiechami, a przed nimi stała niezwykła szachownica. Białe figury jarzyły się delikatnym, jasnobłękitnym blaskiem, natomiast czarne emanowały dziką, niepohamowaną, rubinową poświatą. Chudszy mężczyzna pocierał w zamyśleniu brodę, patrząc na dziecko z oczekiwaniem, podczas gdy drugi z nich spoglądał na szachownicę ze spokojnym racjonalizmem. Jak na razie na polu spotkały się dwie figury, które zaraz po zetknięciu z szachownicą przybrały postać oddalającego się mężczyzny oraz dziewczyny z wyciągniętą przed siebie dłonią.
— Gra rozpoczęta — powiedział ten spokojniejszy, a na jego ustach pojawił się wątły uśmiech.
Jego towarzysz kiwnął jedynie głową, spoglądając za oddalającymi się osobami z tęsknotą, po czym przeniósł wzrok na swojego przeciwnika.
— Gra rozpoczęta… — powtórzył cicho, zawieszając głos na końcu.
Mężczyźni spojrzeli na siebie, po czym rozpłynęli się w powietrzu bez żadnego pozostawionego śladu ich obecności. Dziewczynka natomiast zamknęła oczy i wygodnie ułożyła główkę na ramieniu człowieka w garniturze, odpływając w swój pierwszy sen na tym dziwnym, ale pięknym jednocześnie świecie.