Witam serdecznie w mojej nowej-starej opowieści. Kiedyś wam obiecałam, że wrócę do tego opowiadania i wróciłam. xD Pisałam to, mając lat piętnaście i będąc mentalnym gimbusem (którym pewnie jestem dalej...), więc proszę nie brać tego opowiadania na serio. Możecie się spodziewać całej masy głupich bohaterów, debilnych sytuacji i bezsensownych zwrotów akcji. Ale! Jeśli spojrzycie na to z przymrużeniem oka (i z zamknięciem drugiego), to może odnajdziecie odrobinę zabawy przy czytaniu tego tworu. Rozdziały będą pojawiać się raz na dziesięć dni (czemu tak — nie wiem xD) do czasu, aż pojawi się ostatni rozdział oraz epilog. Ci, którzy czytali starą Burzę, w większości będą wiedzieć, co się będzie dziać dalej, jednak nie dajcie się oszukać. Troszkę rzeczy się pozmieniało. Zachęcam do wypowiedzenia się czy na lepsze, czy na gorsze. Ach! I jest to fanfiction 5SOS, ale równie dobrze mogłoby nie być (i w sumie na początku nie było), więc nie martwcie się tym na zapas. Jeśli nie lubicie 5SOS, traktujcie bohaterów, jakby nie byli znanym boysbandem. Działa! ;)
Jak widzicie, dużo się pozmieniało. Zniknęły niektóre zakładki, nie ma starych rozdziałów, a publikowane obecnie są znacznie krótsze niż wcześniejsze. A przede wszystkim zmienił się tytuł tego opowiadania. Od teraz brzmi on: DWA KROKI DO PIEKŁA! (fanfary proszę)
Cóż... zobaczymy, co z tego wyjdzie. xD
Zapraszam do czytania. Buziaki. :*
Jak widzicie, dużo się pozmieniało. Zniknęły niektóre zakładki, nie ma starych rozdziałów, a publikowane obecnie są znacznie krótsze niż wcześniejsze. A przede wszystkim zmienił się tytuł tego opowiadania. Od teraz brzmi on: DWA KROKI DO PIEKŁA! (fanfary proszę)
Cóż... zobaczymy, co z tego wyjdzie. xD
Zapraszam do czytania. Buziaki. :*
***
W
zniszczonym miasteczku, zapomnianym już dawno temu z nazwy, niespodziewanie na
niebie pojawił się świetlisty blask o barwie sączącej się krwi, jakby tysiąc
piorunów uderzyło w tym samym czasie w to samo miejsce, rozświetlając okolicę
na wiele godzin. Zapewne dla wielu ludzi mógłby być to niezwykły widok, gdyby
jacyś mieszali w promieniu pięćdziesięciu kilometrów, ale dla Zachariasa
stanowił chleb powszedni. Od wielu lat zdarzały się te wyładowania, które
zwiastowały tylko jedno: przyjście na świat dziecka Władcy Demonów. Wszystkie
wcześniejsze na szczęście były fałszywymi alarmami i mężczyzna miał nadzieję,
że ten także okaże się takim być.
On oraz jego
bracia mieli misję: znaleźć i zgładzić ten szatański pomiot, nim zdąży zagrozić
ludzkości. W końcu sam archanioł Rafael powierzył im to zadanie już setki lat
temu. Byli tajnym członem armii Absolutu działającej na Orbisie — jak obie
strony tego odwiecznego konfliktu nazywały Ziemię. Przyjęli nazwę Zakonu
Siedmiu Świętych Archaniołów Wojowników na cześć swoich twórców i jednocześnie
zwierzchników. Poprzysięgli strzec świat przed odwiecznym złem, które próbowało
się odrodzić. I Zacharias nie zamierzał tego zmieniać.
Ubrany w
czarny garnitur obserwował całe zdarzenie z daleka, a na jego ogorzałej od
słońca twarzy pojawiły się konsternacja zmieszana z niepokojem. Przeszedł już
taki szmat drogi tylko po to, by znaleźć kolejne miasteczko na krańcu świata,
dawno zapomniane przez ludzkość. Sam nie wiedział czemu, ale zwiastuny
uwielbiały wyszukiwać takie opuszczone miejsca. Pewnie dlatego, żeby utrudnić
Zakonowi pracę.
Uniósł
jasnobłękitne oczy ku niebu, uważnie wsłuchując się w wibracje wyczuwalne w
naelektryzowanym powietrzu, a następnie ruszył w dół zbocza po piaszczystej
ziemi, by wypełnić powierzoną mu misję. Czekała go długa, piesza wędrówka
wyznaczona przez słup czerwonego światła sączącego się z nieba niczym włócznia
wbita w ciało. Wyciągnął papierosa z pierśnicy, wkładając go pomiędzy wargi.
Następnie sięgnął po zapalniczkę i przystawił płomień do wystającej z jego ust
trucizny, a już po chwili ogień liznął papierek i zapalił tytoń.
Zacharias
zaciągnął się, po czym ruszył przez spustoszałą, pozbawioną wszelkiej
roślinności, rozciągającą się w nieskończoność, kamienistą pustynię, na której
środku zbudowano lata temu miasto-widmo.
Wkroczył do
opustoszałego miasta, trzymając nad głową czarny parasol, choć od dawna w tym
rejonie nie spadła ani jedna kropla deszczu. Był to ich znak rozpoznawczy —
czarny garnitur i parasolka, która stanowiła ich broń. Szedł powoli główną
ulicą, rozglądając się na wszystkie strony bacznym wzrokiem. Miał wrażenie, że
budynki wstrzymały oddech, przysłuchując się krokom rozbrzmiewającym na
spękanym asfalcie. W porozbijanych oknach falowały strzępy zszarzałych szmat, a
wpółotwarte drzwi do domu po lewej stronie skrzypiały przy każdym podmuchu
suchego wiatru. Okolica sprawiała wrażenie nawiedzonej, aż Zachariasowi
przeszły ciarki po plecach. Nie należał do osób strachliwych, ponieważ lata
życia spędzone na walce z demonami pozbawiły go tchórzliwości, jednak tym razem
coś, jakaś siła zawisła w powietrzu, sprawiało, że miał ochotę zawrócić i z
krzykiem pobiec do matki.
Bujna
wyobraźnia przydawała mu się często, ale w sytuacjach takich jak ta wolał
twardo stąpać po ziemi. Wyobraźnia mogłaby go teraz zabić. W końcu tam, gdzie
pojawiały się zwiastuny, zjawiały się także demony.
Przemierzył
główną ulicę, po czym skręcił w prawo, zauważając kłęby dymu unoszące się nad
dachami budynków. Złożył parasolkę, wyciągając ją przed siebie. Na rurce
odnalazł guzik zwalniający spust. Dopiero gdy broń była gotowa, ruszył dalej.
Szedł powolnym krokiem, trzymając przed sobą strzelbę naładowaną nabojami ze
specjalną mieszanką, która wysyłała trafionego demona do dziury, z której
wypełzł. Dawało to członkom Zakonu potrzebny czas na wykonanie swojej pracy i
bezpieczne oddalenie się, zanim piekielna istota zdążyłaby powrócić.
Zatrzymał
się dopiero przy głębokiej na kilka metrów wyrwie w drodze, z której wciąż
unosił się dym i zapach palonej siarki. Zbliżył się do krawędzi, starając się
nie dotykać gorącej powierzchni ani nie wdychać smrodu zawisłego w powietrzu.
Na samym dole dostrzegł nadpalone resztki materiału i czarną plamę jakby sadzy.
Zamierzał zejść niżej, jednak w tym momencie usłyszał za sobą skrzypnięcie
drzwi.
Odwrócił
się, celując bronią w okno drewnianego budynku, skąd przed chwilą dobiegł
hałas. Nasłuchiwał.
Kolejne
skrzypnięcie utwierdziło go w przekonaniu, że nie jest tu sam. Podszedł do
drzwi, zaglądając do środka, jednak nie było tam niczego niepokojącego.
Postąpił parę kroków, rozglądając się po wnętrzu i kiedy już miał wychodzić,
coś rzuciło się mu na plecy, powalając go.
— Czego tu
szukasz, człowieczku? — wysyczał stwór wprost do jego ucha.
Zacharias
obrócił się zwinnym ruchem, jednocześnie celując w pierś istoty.
— Twojej
zguby, demonku — warknął i wystrzelił, jednak demon przewidział jego ruch.
Zeskoczył z
ciała mężczyzny i stanął w kącie pomieszczenia plecami do ustawionej pod ścianą
wysokiej szafy. Jego czarne oczy zwęziły się i z paszczy wydobył się syk. Nie
wyglądał jak normalny człowiek — skórę miał bladą, papierową pod którą widniał
zarys czarnych kości, a głęboko zapadnięte policzki i oczodoły nadawały mu
jeszcze większej nierealności. Musiał być to podrzędny demon, niezbyt wysoko
postawiony w hierarchii, skoro tak wyglądał. Co prawda Zacharias nigdy nie
spotkał wyższych rangą demonów, ale z ksiąg wiedział, że przyjmują bardziej
ludzką postać. Zdradzały ich tylko oczy.
Demon
zaszarżował na mężczyznę, starając się wyrwać mu broń z rąk, by w następnym
momencie skręcić kark przeciwnikowi. Zacharias liczył na to: napiął wszystkie
mięśnie, po czym obrócił się dookoła, uciekając przed ramionami piekielnej
istoty, wbijając mu czubek parasola w brzuch. Wiedział, że nie zatrzyma to
demona na długo, ale zyskał chociaż chwilę przewagi.
Istota
zawyła i skoczyła do przodu. Bez opamiętania machała ramionami z zaostrzonymi
pazurami na wszystkie strony, starając się zranić zakonnika. W pewnym momencie
demon uskoczył w bok tak szybko, że Zacharias nie zdążył zareagować. Obrócił
się w stronę okna w tej samej chwili, gdy przeciwnik wskakiwał na jego pierś.
Broń wystrzeliła, trafiając demona w klatkę, jednak siła bezwładnego ciała
powaliła mężczyznę na ziemię. Głucho jęknął, gdy jego głowa uderzyła w drewniane
deski podłogowe. Wygrzebał się spod truchła demona, które zaczęło wysychać, by
w ostateczności zamienić się w bezkształtną mumię i rozpaść. Demony
przynajmniej zaoszczędziły Zakonowi zabawy z ukrywaniem zwłok, pomyślał,
wstając i spoglądając zimnym wzrokiem na znikające ciało. Westchnął ciężko i
ruszył w kierunku drzwi z zamiarem zniknięcia z tej rudery raz na zawsze, gdy
nagle usłyszał cichy płacz dochodzący z szafy, której wcześniej pilnował demon.
Dopiero
teraz Zacharias zrozumiał intencje zabitego demona. Podszedł do szafy i
otworzył drzwiczki, spoglądając w dół na leżące zawiniątko. Wyciągnął rękę i
drżącymi palcami odgarnął kawałek brudnego i nadpalonego materiału, odsłaniając
tym samym najbardziej niezwykłą istotę, jaką jego oczy kiedykolwiek ujrzały.
Zawinięte w
kilka warstw łachmanów leżało niemowlę. Po czerwonych policzkach spływały łzy,
a z ust dziecka co chwilę wydobywało się kwilenie. W pewnej chwili dzieciątko
otworzyło oczy, zawieszając wzrok na twarzy Zachariasa.
O mój słodki
Absolucie, pomyślał mężczyzna przerażony, gdy spojrzenie czerwonych tęczówek
zawisło na jego oczach. Dziecko uspokoiło się w jednej chwili, rozglądając się
po pomieszczeniu jakby z zaciekawieniem zmieszanym z rozbawieniem. Krótkie,
ciemne włosy co rusz delikatnie gilgotały Zachariasa w dłoń, która zawisła
kilka centymetrów od twarzy dziecka.
Nagle
niemowlę wykrzywiło usteczka w czymś na kształt uśmiechu, a Zachariasa od razu
ogarnęła litość oraz głębsze, bardziej niespotykane uczucie, którego nie
potrafił nazwać. Pochwycił dziecko w ramiona i ruszył z powrotem drogą, pragnąc
pozostawić miasteczko jak najszybciej za sobą.
Musiał
przemyśleć tę sytuację. Właśnie marnował całe tysiąclecia przygotowań do tej
chwili! Jednak, coś w środku jego duszy, jeśli jeszcze ją miał, podpowiadało
mu, że nie może zabić tej istotki. Dziecko, przytulone do jego piersi,
oddychało spokojnie, zapadając w sen.
Wiedział, że
od tej pory nic już nie będzie takie proste. Czekały ich lata ukrywania się
przed innymi członkami Zakonu. Tylko gdzie byliby bezpieczni? Nagle do głowy
wpadł mu pewien pomysł. Przypomniał mu się klasztor w Salvadorze — mieście
położonym nad Zatoką Wszystkich Świętych. W końcu najciemniej pod latarnią. Tam
mogliby spędzić kilka lat, ale zapewne musieliby się przenieść, jeśli zostaliby
odkryci. A co będzie, jeśli on zginie? Kto zająłby się tym dzieciątkiem? Nie
mógł go przecież zostawić tak samemu sobie na pastwę losu. Spojrzał na
twarzyczkę śpiącego niemowlęcia, stwierdzając, że zajmie się tym później. Na
razie musieli dostać się do Salvadoru, a dalej coś wymyśli. Przecież opieka nad
dzieckiem to nie aż tak trudne zajęcie, prawda? Poradzi sobie z tym doskonale.
Oddalając
się pośpiesznym krokiem, nie zauważył dwóch osób siedzących na dachu
pobliskiego budynku. Mężczyźni przyglądali się całej scenie z uśmiechami, a
przed nimi stała niezwykła szachownica. Białe figury jarzyły się delikatnym,
jasnobłękitnym blaskiem, natomiast czarne emanowały dziką, niepohamowaną,
rubinową poświatą. Chudszy mężczyzna pocierał w zamyśleniu brodę, patrząc na
dziecko z oczekiwaniem, podczas gdy drugi z nich spoglądał na szachownicę ze
spokojnym racjonalizmem. Jak na razie na polu spotkały się dwie figury, które
zaraz po zetknięciu z szachownicą przybrały postać oddalającego się mężczyzny
oraz dziewczyny z wyciągniętą przed siebie dłonią.
— Gra
rozpoczęta — powiedział ten spokojniejszy, a na jego ustach pojawił się wątły
uśmiech.
Jego
towarzysz kiwnął jedynie głową, spoglądając za oddalającymi się osobami z
tęsknotą, po czym przeniósł wzrok na swojego przeciwnika.
— Gra
rozpoczęta… — powtórzył cicho, zawieszając głos na końcu.
Mężczyźni
spojrzeli na siebie, po czym rozpłynęli się w powietrzu bez żadnego
pozostawionego śladu ich obecności. Dziewczynka natomiast zamknęła oczy i
wygodnie ułożyła główkę na ramieniu człowieka w garniturze, odpływając w swój
pierwszy sen na tym dziwnym, ale pięknym jednocześnie świecie.