„Nasz los jest jeden”
~ William Shakespeare „Burza”
Shin wlókł się na lekcje niczym żywy trup. Oczy miał chyba bardziej czerwone od Dei, a wory pod nimi kończyły się aż nad ustami. Dziewczyna wyszła od niego zaledwie parę godzin wcześniej, uprzedziwszy go dosadnie, żeby przypadkiem nikomu nie mówił, kim jest. Taaa, jakby ktoś mu w ogóle uwierzył! Doprawdy, czasem czuł się jak jakiś pieprzony bohater powieści dla głupiutkich nastolatek, strzelających sobie samojebki z dziubkami i piszczących do plakatu Justina Bobera, szaleńczo oddany ratującej wszystkich bohaterce. I co z tego mieli tacy faceci? Nic! Ani głównej roli, ani wdzięczności kobiet, ani kasy, ani nawet dobrego, porządnego seksu z bohaterką, bo pinda zawsze zajęta była ratowaniem świata… Po cholerę ratować to gówno?! I tak utoniemy we własnych ściekach, z pomocą lub bez niej. I żadna lala w lateksowym wdzianku nic tu nie da.
- Jeżeli kiedyś przyjdzie tej zołzie pomysł, aby wcisnąć mnie w rajstopki i pelerynkę – mruknął pod nosem – przyrzekam ci Boże, że zamorduję i ją i siebie.
- Shinuś!!! – rozległo się wołanie z drugiego końca korytarza. Pomiędzy uczniami przeciskał się wysportowany chłopak ubrany w czarną koszulkę, doskonale opinającą jego potężne mięśnie, oraz w równie ciemne jeansy, wiszące nisko na biodrach, przez co chłopak sprawiał wrażenie gangstera (którym w rzeczywistości był). Shin wyglądał przy nim zupełnie jak dziecko, a jednak to zawsze blondyn wygrywał w pojedynkach.
- Co tam Ash? Wooooaah! – zapytał przyjaciela i ziewnął.
- Stary, wyglądasz jak te pijaczki spod Biedronki! – powiedział na przywitanie, a blondyn rzucił mu tylko spojrzenie pod tytułem „Nie-wkurzaj-mnie-bo-dostaniesz-w-mordę”.
- Do rzeczy – warknął.
- Uaaaaa! Ktoś tu chyba dostał okresu… – Shin ponownie rzucił mu mordercze spojrzenie. – No dobra, dobra! W szkole roi się od dziwacznych plotek! – krzyknął podekscytowany, wymachując łapkami. – Podobno ta laska, co się przeniosła, pobiła w piątek całą bandę Rudiego, zupełnie sama i przy okazji uratowała dupę jakiemuś frajerowi. Trzeba ją zgarnąć do Haremu!
Shin zatrzymał się na korytarzu i spojrzał na chłopaka wkurzony.
- Trzy sprawy, „stary”. Po pierwsze, już jej to proponowałem i nie zgodziła się, po drugie to ja decyduję o składzie gangu i po trzecie tym frajerem, którego uratowała… byłem ja.
Mięśniak zatrząsł się ze śmiechu i zgiął w pół. – Hahaha… Dziewczyna uratowała ci dupę. Wstyd i hańba.
- Przed chwilą chciałeś ją mieć w gangu – przypomniał mu blondyn lekko poirytowany zachowaniem przyjaciela.
- I nadal chcę, teraz nawet bardziej niż na początku. Muszę podziękować tej lasce za to, że sprowadziła Rozszalałego Demona na ziemię, tam gdzie jego prawowite miejsce.
- O! Właśnie masz okazję… – powiedział i uśmiechnął się tajemniczo, a mięśniaka przeszedł lodowaty dreszcz, aż się wzdrygnął. – Dea!
Dziewczyna zauważyła Shina, stojącego niedaleko niej w towarzystwie tajemniczego pakera, który co rusz lustrował wszystkich złotymi oczami. Dziewczyny, a nawet niektórzy chłopcy!, co chwilę spoglądali na tą dwójkę i chichotali jak gimbusy. Czarnowłosa podeszła do nich i mruknęła coś, co można by z braku laku uznać za powitanie.
- Dea, to mój przyjaciel, Ash – przedstawił ją blondyn. – Ash, to jest dziewczyna, którą tak usilnie chciałeś poznać.
Czarnowłosa zlustrowała chłopaka uważnym spojrzeniem, a mięśniak zrobił to samo z nią. Facet był zabójczo przystojny: umięśniony o idealnej twarzy z pięknymi, złotymi oczami i o ciemnych, kręconych włosach związanych z tyłu głowy w kitek. A gdy się uśmiechał, robił to w taki sposób, jakby wyszedł prosto z reklamy pasty do zębów Blend-a-med. Jednak Dei coś nie pasowało w jego postaci. Spojrzała uważniej i zauważyła dziwne falowanie wokół bruneta. Nagle powietrze stanęło w miejscu, ukazując długi, czarny ogon, którym machał rozradowany niczym szczeniak obsikujący nogę swojego właściciela oraz wystające z boków głowy rogi.
- Jesteś…?
- Demonem, tak. Moje pełne imię to Ashmodei Abyss Lechery…
- Lubieżność – przerwała mu.
- Tak, dokładnie! A ty jesteś córeczką mojego ukochanego Lusia. Tą słynną, którą wszyscy chcą wykorzystać, by zniszczyć świat – powiedział podekscytowany i chwycił ją za ramiona, przyciągając do siebie. Nagle jego ręce znalazły się na biuście czarnowłosej, a demon zaczął mruczeć coś do siebie.
- Ash…? – próbował opanować sytuację Shin, jednak było już za późno. Dea podniosła rękę poirytowana i przywaliła z całej siły facetowi w twarz. Ashmodei poleciał do tyłu zaskoczony i wbił się całym ciałem w szafki. Potrząsnął głową, jakby otrzepywał się z wody i wygramolił z rozwalonego doszczętnie metalu.
- Zajebisty cios, 70B! – krzyknął przez cały korytarz, w którym nagle zapanowała cisza. Wszyscy jak jeden mąż, patrzyli to na Deę, to na Asha, który lekkim krokiem zbliżał się do czarnowłosej i blondyna, najwidoczniej czekając na dalszy bieg wydarzeń, a ich głowy latały jak w meczu tenisa od dziewczyny do pakera.
- Mój rozmiar to 70C – odparła na pograniczu wpadnięcia w prawdziwą furię.
- Potwierdzam – odezwał się Shin za plecami czarnowłosej, a dziewczyna odwróciła się i uderzyła go otwartą dłonią u nasady brzucha tak, że chłopak zgiął się wpół i padł na kolana, nie mogąc złapać oddechu. – Nie odzywaj się, zboczeńcu!
- Ja? To ty… wczoraj… wlazłaś mi prawie… do łóżka… – wychrypiał i spojrzał na nią wkurzony. To on tu próbuje załagodzić sytuację, a tak mu się odwdzięcza?! Wolne żarty. Miał dosyć. Niech się pozabijają, przynajmniej będzie miał spokój. Wstał z trudem i odwrócił się od tych pojebów…
- A róbta se, kurwa, co chceta, tylko mnie w to nie mieszajcie – mruknął i zniknął w tłumie uczniów.
Dea patrzyła za nim zaskoczona, podczas gdy podszedł do niej bezszelestnie Ash.
- A tego, co ugryzło? – zapytała.
- Hmm… to prawdopodobnie ma związek z tym wypadkiem sprzed końca wakacji – odpowiedział, również patrząc za znikającym przyjacielem. – Rozejm, laska?
- Rozejm, mięśniaku.
Dea powlekła się do klasy w ślad za Shinem, a towarzyszyły jej wcale nie ukradkowe spojrzenia oraz szepty ludzi na korytarzu. Hm… I to byłoby na tyle z dobrego, pierwszego wrażenia. Zajrzała do klasy i zauważyła puste miejsce Shina.
- Gdzie on polazł do cholery? – mruknęła poirytowana do samej siebie i przeszła dalej. Zauważyła jego plecy znikające w korytarzu prowadzącym na wyższe kondygnacje. Pobiegła za nim i po chwili wpadła do gabinetu pielęgniarki. Shin stał do połowy rozebrany, z koszulką rzuconą na klozetkę, a ostatnie promienie słońca w tym roku oświetlały wspaniały sześciopak chłopaka. Przytrzymywał lewą ręką bandaż upaćkany we krwi, a prawą sięgał po wodę utlenioną i opatrunek. Odwrócił się i zauważył czarnowłosą, przyglądającą mu się ze strachem i jednocześnie z zachwytem w oczach.
- Ah, to ty – mruknął i skrzywił się. – Nie ma co, potrafisz przywalić.
Dea podeszła do niego i chwyciła opatrunek leżący na szafce.
- Daj, pomogę ci – powiedziała i sięgnęła ręką do jego brzucha. Odwinęła ściśle przylegający bandaż i dotknęła krwawiącej rany.
- Co ci się stało?
Chłopak początkowo nie chciał odpowiedzieć, lecz pamiętał, że i ona mu zaufała, więc nie mógł pozostać jej dłużnym.
- Pod koniec wakacji, wracałem razem z moim bratem bliźniakiem, Shunem z imprezy do domu. Szliśmy jakąś ciemną uliczką, śmialiśmy się i przedrzeźnialiśmy. Nie zauważyliśmy, że szedł za nami jakiś mężczyzna, dopóki nie zaatakował Shuna od tyłu. Wbił mu kilkakrotnie nóż w plecy, a kiedy zacząłem się z nim szarpać, ugodził mnie w brzuch i powalił na ziemię. Zanim zgasło mi światło, usłyszałem jeszcze tylko jego śmiech oraz ten obłąkańczy głos, mówiący: „Z prochu w proch. Z ciemności w ciemność. Z ognia w ogień”. A kiedy obudziłem się następnego dnia w szpitalu, powiedzieli mi, że mój brat zmarł w wyniku odniesionych ran i pytali, jak to się stało, więc odpowiadałem, że to ten mężczyzna nas zaatakował. Później przyszła policja i stwierdziła, że kłamię, ponieważ na miejscu nie znaleźli żadnych śladów należących do innej osoby niż do mnie i Shuna. Chciałem wyjaśnić tą sprawę na własną rękę, więc zacząłem węszyć i tak znalazłem informacje o demonach i aniołach, z których najbardziej przydatne pochodziły z Sztuki Goecji. Dlatego też nie byłem zdziwiony, gdy okazało się, że Ash to tak naprawdę Ashmodei ani, że jesteś córką Lucifera… – przerwał i spojrzał w bok.
- Ani, że zabójca mojego brata również jest demonem. – dokończył wciąż wpatrzony w ścianę.
Dea skończyła wiązać bandaż i spojrzała mu w oczy.
- No ten, tego… – mruknęła i chrząknęła. – Prz…prze…przepraszam, że cię wtedy uderzyłam – powiedziała na jednym wdechu.
- Spoko, należało mi się – odparł.
- No to, chyba już pójdę – dodała i odwróciła się w stronę drzwi. Shin założył szybko koszulkę i wyszedł za nią. – Hej, zaczekaj!
Zatrzymała się i spojrzała na niego zaskoczona.
- Ja nie powiedziałem nikomu o tobie, więc i ty nie mów nikomu o mnie, zgoda?
- Taa. Jak chcesz…
Jak tylko weszli do klasy, zauważyli dziwne zachowanie uczniów oraz nauczyciela.
- Co jest? – odezwał się Shin, podenerwowany. Coś się kroiło, i to coś dużego, że aż napięcie zawisło w powietrzu niczym flaki w galaretce, serwowane co tydzień w szkolnej stołówce. Po chwili ujawnili się sprawcy zamieszania. Z tyłu klasy wynurzyła się trójka chłopaków z opaskami w czarnym kolorze z napisem Security, obwiązanymi wokół prawego ramienia.
- Dea Leacú, jesteś proszona do gabinetu dyrektora – odezwał się szatyn z czekoladowymi oczami ukrytymi za czarnymi oprawkami okularów. Pozostała dwójka stała z tyłu i robiła za wsparcie, obserwując obojętnymi oczami całe otoczenie. Nagle szatyn wciągnął powietrze nosem, jakby coś wąchał i skrzywił się, zamykając przy tym oczy. Kiedy otworzył je ponownie, coś się w nich zmieniło, cała jego postawa uległa zmianie o 180 stopni. Wystawił prawą nogę do przodu, ugiął kolana i spiął plecy.
Szykował się do walki.
- Jesteś demonem – wypluł to słowo z siebie niczym przekleństwo.
- Taa, JEST z Rozszalałym Demonem. Pomagam jej zaaklimatyzować się – powiedział Shin ratując sytuację, ponieważ siedzący blisko uczniowie zaczęli spoglądać na dziewczynę z niepokojem. – I nie spinaj się tak Mikaelu, bo rano nie będziesz mógł się wysrać.
Szatyn przeniósł całą swoją uwagę na blondyna i wyprostował się, jednak wciąż obserwował czarnowłosą. Pozostała dwójka w końcu zaczęła wyglądać na zainteresowanych sytuacją. Co rusz spoglądali na swojego towarzysza i przenosili wzrok z powrotem na Deę i Shina.
- Shin, ty również jesteś proszony do gabinetu Dyrektora – powiedział opanowany i przeszedł koło Dei i blondyna, a jego towarzysze spojrzeli na nich znacząco, więc udali się za szatynem, a klony poszły za nimi, zamykając ten dziwaczny pochód.
- Wejdźcie – powiedział szatyn kilka minut później, otwierając drzwi do dziwacznego gabinetu.
Dea rozglądała się po pokoju, zafascynowana niezwykłym wystrojem wnętrza. Wszystko, od podłogi aż po sufit, pokrywały odcienie czerwieni, czerni i brązu. Olbrzymie okno zasłonięto czarną, lejącą się aż do ziemi kotarą, a jedyne źródło światła stanowiły olbrzymie żyrandole zawieszone wysoko pod sufitem z świecami rzucającymi groteskowe cienie na podłogę. Całą lewą i prawą ścianę zajmowały stare tomiszcza, ustawione na półkach, z których ulatniał się zapach trawy, wanilii i stęchlizny, charakterystyczny dla kilkudziesięcioletnich tomów. Szczególną uwagę zwracało olbrzymie, dębowe biurko, ustawione pod oknem, oraz dwa fotele wykonane z czarnej, poprzecieranej w niektórych miejscach skóry. Czuć było w tym miejscu ducha czasu, który jednocześnie postarzał, zabierając naturalne piękno, jak i dodając przedmiotom całkiem innego uroku, który wielu osobom podobał się nawet bardziej niż pierwotny.
Do takowych osób należała właśnie Dea i podczas, gdy Shin rozsiadł się wygodnie w jednym z foteli, dziewczyna przechadzała się po pokoju, podziwiając z bliska niesamowite antyki, które zapełniały pokój po brzegi. Nagle, ktoś chrząknął znacząco, więc dziewczyna odwróciła się w stronę dźwięku i tak jak stała, tak padła na podłogę, zginając się ze śmiechu. Bo oto na krześle, ubrany w marynarkę od garnituru oraz kapelusz jak z XIX wieku, siedział czarno-biały kot. Ba! Jakby tego było mało, gapił się na dziewczynę złotymi oczami i co rusz podwijał łapką futerko na pyszczku wyglądające zupełnie jak kozia bródka.
- No naprawdę! Zero szacunku dla starszych w dzisiejszych czasach – odezwało się kocisko, zamykając tym samym Dei jadaczkę. Czarnowłosa wytrzeszczyła oczy na zwierzaka i zaniemówiła. – No co? Nigdy nie widziałaś gadającego kota?
- To pytanie retoryczne?
- Nie, skądże… – odparł kot sarkastycznie, wskakując na biurko. Ściągnął kapelusz i ukłonił się nisko. – Mephistopheles Havoc Sloth, nazywany również Lenistwem. I jakby to powiedzieć… twój opiekun prawny?
- Hę? – odparli równocześnie Shin i Dea. Kot w odpowiedzi zeskoczył z biurka i podreptał do stojącej w rogu pokoju szafki. Stanął na tylnych łapkach, wyciągnął kluczyk z kieszeni i zaczął skakać próbując dosięgnąć otworu w szufladzie, jednak po chwili poddał się, poprawił marynarkę i miauknął w stronę Dei. – Czy byłaby panienka tak miła i pomogła mi?
- A! Tak, jasne – odparła dziewczyna i chwyciła kota na ręce, podnosząc go wyżej. Mephisto otworzył szufladę i pogrzebał w niej chwilę, po czym wyciągnął kopertę i skoczył na ziemię. Podszedł do biurka i ponownie usadził się na nim, natomiast Dea zajęła miejsce w drugim fotelu. Kocur wyjął pismo i zaczął czytać.
- „Szanowny Panie Mephisto Phelesie! Informuję Pana, że został Pan wyznaczony przez zmarłego 25 listopada Zachariasza van der Coghena na prawnego opiekuna Dei Leacú, uczęszczającej od dnia 25 listopada tego roku do Pańskiej Akademii. Panna Leacú pozostaje spadkobierczynią fortuny van der Coghnenów, jednak na życzenie denata, środki zostały zamrożone, aż do ukończenia przez pannę Leacú 18 lat. Za Pańską pomoc, zmarły Zachariasz van der Coghen przeznaczył również 300.000 na rzecz szkoły. Mniemam, że zapewni Pan młodej panience godziwe warunki życia. Podpisano: Bazyli Scalisi.”
- Czemu nic mi nie powiedział brat Bazyli? – zapytała nagle zasmucona dziewczyna, wpatrując się we własne dłonie.
- Może nie chciał cię denerwować na pogrzebie… – oparł chłopak, starając się ją pocieszyć, a Mephisto, korzystając z chwili nieuwagi obojga, wskoczył dziewczynie na kolana i ulokował się wygodnie.
- Czyli teraz pieczę nade mną sprawuje demon? – mruknęła Dea i zaczęła automatycznie głaskać leżące na jej kolanach zwierzątko.
- To jeszcze nie koniec nowinek – rzekł Shin i odchylił głowę do tyłu. – Nie tylko ty znajdujesz się pod prawną opieką tego wkurzającego kota. Jest jeszcze Ash i ja, bo Mephistopheles to, niestety mój ojciec biologiczny…
Zdenerwowana dziewczyna włożyła więcej siły w głaskanie kociaka.
- Mrrrrry… Tak mi rób… O! O… tak jest dobrze… a teraz trochę po brzuszku – wymruczał zadowolony Mephiś, układając ciałko do pieszczot, dzięki czemu Dea zorientowała się, że przecież to wciąż demon, a nie tylko niewinna kicia.
- Zboczony kocur – warknęła i zrzuciła Mephisto z kolan, a zwierzak wylądował na podłodze z urażonym miauknięciem.
- No doprawdy… Za moich czasów, młodzież była całkiem inna…
- Przestań odzywać się jak moher, Mephisto – wytknął mu Shin. – Wystarczy mi, że całe dnie wylegujesz się i słuchasz tego człeka z radia.
- Nie obrażaj Ojca Dyrektora! – miauknął poirytowany demon. – Dzięki niemu mamy armię oddanych nam moherowych beretów, gotowych pójść w ogień w imię sprawy. Ten człowiek zrobił więcej niż większość pomniejszych demonów w całej ich egzystencji.
- Czekajcie chwilę… Radio Maryja nie zapewnia zbawienia? – zapytała, na co Shin i kot zgodnie kiwnęli głowami.
- A słyszałaś kiedyś, aby w Niebie napadały na młodzież babcie z torebkami? Nie? No to masz odpowiedź – mruknął Mephisto i przekręcił się na plecy. – Piekło, a właściwie Terra Rebellem, nie wygląda tak, jak to sobie wyobrażają ludzie. Większość z was staje się oczekującymi duszami, nazywanymi przez nas Onyksami, którzy najczęściej powracają na ziemię, aby się zabawić – mówił dalej, tarzając się po dywanie. – Tylko nieliczni, ci którzy popełnili niewybaczalny grzech, stają się demonami. A jedynymi opcjami, którymi ludzie mogą popełnić grzech niewybaczalny to: a). morderstwo, b). nieświadome lub świadome doprowadzenie do cudzej śmierci czy c). samobójstwo. W tym wypadku wyróżniamy 3 grupy demonów: Zimne, czyli które własnoręcznie popełniły czyn niewybaczalny; Bezczynne, które zleciły zabójstwo lub doprowadziły do czyjejś śmierci; oraz Gorące, czyli te, które zabiły same siebie. Każda z tych grup dzieli się na kolejne, określające powód grzechu niewybaczalnego takie jak na przykład: pycha, chciwość, lubieżność, gniew, żarłoczność, zazdrość, lenistwo, żal, tęsknota, nienawiść, strach i szaleństwo. Wszystkie te demony (oprócz ostatniej kategorii) odpokutowują, czyniąc to samo, co im się przytrafiło, kolejnym ludziom, przez co umieszczają samych siebie na miejscu kuszonej osoby. Inną kategorię stanowią demony szaleństwa, i ponieważ są zbyt niebezpieczne dla otoczenia, zostają zamienione w potwory, najczęściej Piekielne Ogary, które ścigają dusze kontrahentów. Miau!
Mephisto skończył się tarzać i usadowił na ziemi, oblizując łapki.
- Oczywiście, nie tyczy się to Dziedziców, czyli półludzi-półdemonów, którzy przez wzgląd na swoją krew zostają przypisani do grupy rodzica. No i tu nam wychodzi kruczek, którym jesteś ty. Mianowicie, Dziedzic staje się demonem poprzez nienaturalną śmierć, czyli wypadek, samobójstwo, chorobę lub zabójstwo, lecz przed tym pozostaje wciąż człowiekiem, jednak posiada demoniczne moce. Dlatego też Góra, choć poprawnie politycznie powinienem powiedzieć Civitas Luminosa, chce cię wyeliminować, jednak nie może dopuścić do twojej śmierci, przez co włóczą się tutaj ci trzej. Cholerne archaniołki!
- Tamta trójka to Archanioły? – zapytała Dea zaciekawiona tą informacją.
- Nie domyśliłaś się tego? – odparł kot szczerze zaskoczony. – Musimy popracować nad twoimi mocami – oświadczył z pełnym przekonaniem.
- To Mikael, Gabriel i Rafael – odpowiedział Shin zamiast Mephistophelesa.
- Bawią się w jakąś podróbkę policji, zbawiając mi uczniów! – warknął kot rozdrażniony. – Wiesz ile napracowałem się, aby stworzyć tą placówkę?! Myślisz, że tak łatwo dają kredyt kotom? Nie… Lepiej nie odpowiadaj…
Shin podniósł się z fotela i o mało nie stanął na ogonie Mephisia, którym przesuwał po dywanie.
- Zakończmy na dzisiaj, chyba, że masz coś jeszcze do powiedzenia. – spojrzał na kota, który wpatrywał się w pazurki, mrucząc pod nosem „Przydałby mi się manicure…” i ignorując, pozostałą dwójkę. – Poproszę Asha, żeby ją poduczył, więc odpuść sobie wzywanie nas codziennie. Chodźmy – zwrócił się do dziewczyny, która posłusznie pokiwała głową i skierowała się do drzwi. Shin wyszedł pierwszy, jednak, kiedy dziewczyna sięgała do klamki, odezwało się lodowate mruczenie za jej plecami. – Uważaj na pieczęć, przerwiesz ją, a wszyscy zginiemy.
Dea odwróciła się zaskoczona, jednak kot zdążył już gdzieś uciec. Zamknęła drzwi za sobą i dołączyła do Shina na korytarzu. Po aniołach nie pozostało ani śladu.
- Czyli również jesteś demonem? – zapytała blondyna.
- Nie, jestem w pełni człowiekiem, ponieważ mój brat przejął wszystkie demoniczne moce po ojcu – odparł Shin, po czym zapadła cisza. – Co jest? – zapytał chłopak, ponieważ czarnowłosa wydawała mu się dziwnie przygaszona.
- Nie wiem, czuję jakby nie mówił mi wszystkiego – odparła.
- Pierwsza zasada – powiedział. – Nigdy nie wierz do końca demonom.
- Ja jestem demonem – rzekła. – To znaczy, że nie możesz mi wierzyć...
- Nie – zaprzeczył blondyn ze spokojem. – Ty jesteś Deą Leacú i tylko Deą Leacú – moją nową przyjaciółką. Żadnym demonem czy Absolut wie czym.
Czarnowłosa spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się słodko, aż Shin się zarumienił. Boże! Co się z nim działo, że pozwalał, aby poznana zaledwie trzy dni temu laska mieszała mu w głowie?!
- Dzięki!
Szli ramię w ramię, a świat stał przed nimi otworem. Bo cóż mogłoby ich jeszcze spotkać? Wierzyli, że razem dadzą sobie radę ze wszystkim, nieważne jak trudne i niebezpieczne byłoby to. Wyszli na zewnątrz, a ciepłe promienie słońca przebiły się przez ciężkie chmury, wiszące na niebie i zapowiadające przyszły deszcz. Shin spojrzał w dal i nagle, zatrzymał się jak wryty, a na jego twarzy pojawiło się przerażenie, ulga, żal i tęsknota, wszystko w jednym i tym samym momencie, w którym chłopak rzucił się pędem w kierunku bramy.
- Asuna!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz