poniedziałek, 25 listopada 2013

02. Jak powiedzieć 'żegnaj'?

„Cały świat to scena, a ludzie na nim to tylko aktorzy.
Każdy z nich wchodzi na scenę i znika,
a kiedy na niej jest, gra różne role.”
~ William Shakespeare „Jak wam się podoba?”

Shin wrócił dopiero późnym wieczorem, obolały i wkurwiony na tych dupków, przez których musiał mieć płukanie żołądka. Właśnie zamierzał udać się do swojego pokoju, gdy na korytarzu wpadł na biegnącą dziewczynę. Zaaferowana, spojrzała na niego krwistoczerwonymi oczami i pognała dalej, nie oglądając się za siebie. Shin zaklął pod nosem i mimo, że wszystko, czego teraz chciał, to położyć się spać, pobiegł za Deą. Złapał ją dopiero na przystanku, kiedy co rusz spoglądała na telefon, przeklinając.
- Co ty robisz?! – zawołał poirytowany. Jeżeli nie powinno się kogoś wkurzać, to właśnie jego w tym momencie; zachowywał się zupełnie jak alkoholik na odwyku ubrany w kaftan bezpieczeństwa, któremu postawiono przed nosem flaszkę najlepszej whisky – mała iskra mogła spowodować wybuch.
Obrócił dziewczynę twarzą do siebie i dopiero wtedy zauważył, że jest przerażona i na skraju płaczu.
- Co się stało? – zapytał już o wiele łagodniej.
- Kiedy rozmawiałam z ojcem, w telefonie rozległy się krzyki i coś spadło z wielkim hukiem, a potem… a potem… – nie potrafiła zmusić swoich ust do powiedzenia tego, co tak ją przeraziło. Chłopak bez zastanowienia chwycił czarnowłosą za ramiona i przyciągnął do siebie.
- Ciiii… Uspokój się. Zaraz zadzwonimy na policję…
- Nie! – krzyknęła i wyrwała się z objęć blondyna. – Muszę tam iść! To wszystko moja wina… – szepnęła i pobiegła w dół ulicy.
- A to miał być taki piękny dzień – mruknął Shin i dogonił czarnowłosą.
Dea gnała ulicami miasta, nie zważając na mijających ją ludzi, jednak wydawało się, że wszyscy zmierzają w tym samym kierunku, co ona i Shin. Skręciła w lewo i wypadła na wielki plac, na którym zebrało się mnóstwo ludzi. Dea przepychała się między nimi, zbliżając się coraz bardziej do miejsca gdzie wozy strażackie i policyjne błyskały czerwonymi i niebieskimi światłami. A wszystko to działo się na tle pożeranego przez rozszalały ogień kościoła. Słupy ognia strzelały w górę ku czarnemu niebu, usianemu milionem rozświetlonych punktów, tworząc zapierający dech w piersiach obraz grozy i cierpienia. Jeśli piekło istnieje, pomyślała dziewczyna, to tak właśnie wygląda... Nagle z wnętrza kościoła wybiegło kilku strażaków, niosąc ciała mężczyzn niczym worki z kartoflami przerzucone przez ramię. Dea podeszła bliżej wciąż mając nadzieję, że jej ojciec żyje, jednak od razu zauważyła ciało obleczone w czarny worek nie do końca zasunięty tak, że blada, martwa twarz odcinała się do czarnego wnętrza torby. Kolana ugięły się pod nią i opadła bezwładnie na ziemię. Oczy wypełniły się łzami, które spływały w dół jej twarzy i opadały na zasnuty pyłem chodnik. Powietrze przesiąkło duszącym dymem, który odbierał chęć do kolejnego oddechu. Dziewczyna siedziała tak i płakała bezdźwięcznie za życiem, które straciła, za przyjaciółmi, których nigdy nie miała i za ojcem, któremu sprawiała tylko przykrość i nigdy nie powiedziała mu, jak bardzo go kochała, a teraz było już za późno. Gdyby tylko mogła cofnąć czas, ceniłaby każdą chwilę, każdą rozmowę, każdy uśmiech i kojący dotyk, gdyby tylko mogła cofnąć czas…
Shin przecisnął się przez tłum, a widok, który zastał ogarnął go olbrzymim żalem. Wspaniały, olbrzymi kościół gotycki płonął niczym zapałka; w niebo strzelały krwawe iskry, a ziemię pokrywał pył jak czarny śnieg. Jednak to nie obraz płonącego budynku czy martwych ludzi wynoszonych z tego piekła sprawił, że w jego sercu powstała czarna dziura zasysająca wszelkie dobre wspomnienia uśmiechów ludzi, których kochał i radości, jakiej doznał w życiu, a pozostawiająca tylko wspomnienia tego, co utracił, bólu i cierpienia. Nie, to nie to wszystko sprawiło, że poczuł się taki samotny…
To ona była butelką z jadem, który dostał się do krwioobiegu Shina. Obraz opuszczonej dziewczyny, płaczącej bezgłośnie na chodniku nad ciałem ojca. I choć to potworne, Shin uświadomił sobie, że to zarazem najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek ujrzał. Czerwone oczy Dei, w których odbijały się płomienie i jej łzy, błyszczące niczym diamenty, spływające w dół i w dół, powoli kapiące na brudny chodnik. W jego umyśle zrodziła się myśl tak wątła, jak płomień świecy smagany wiatrem.
- Czy zapłaczesz również nade mną, gdy umrę? – wyszeptał głosem nabrzmiałym od zapomnianych już emocji…
Kilka godzin później, Shin podszedł do dziewczyny i stanął za jej plecami, patrząc na dogasające zgliszcza. Ludzie rozeszli się już dawno temu, ciała zabrano do szpitalnej kostnicy, a policja i straż odjechały, jednak Dea wciąż siedziała na chodniku w krótkich spodenkach i T-shircie, nie mogąc wstać. Łzy już długo nie chciały płynąć, a na twarzy pozostały tylko ślady po słonej rozpaczy. Blondyn nie chciał jej wcześniej przeszkadzać, ale zbliżał się już świt. Ramiona Dei pokrywała gęsia skórka, więc ściągnął czarną, skurzaną kurtkę z ramion i okrył jej wątłe ciało. Schylił się i podniósł dziewczynę bez najmniejszych przeszkód, a ona nie zaprotestowała, tylko ciągle wpatrywała się w przestrzeń pustym wzrokiem. Odwrócił się od czarnych, sterczących w górę, zwęglonych bel i poszedł z powrotem w stronę szkoły. Dea oparła głowę o jego pierś i wsłuchana w rytmiczne bicie serca Shina, powoli zaczęła zasypiać. Obudziła się w środku dnia w swoim pokoju. Pomyślała, że wydarzenia zeszłej nocy to tylko głupi koszmar, gdy z jej ramion zsunęła się czarna, męska kurtka, sprawiając, że wspomnienia ponownie powróciły i zaatakowały. Z gardła dziewczyny wyrwał się niepowstrzymany szloch, narastający z najgłębszych głębi jej duszy. Był to krzyk dziecka pozostawionego samemu sobie na tym szalonym padole łez, bez kogokolwiek, komu mogłoby zaufać.
Przez całą sobotę, Dea siedziała zamknięta w swoim pokoju, nie chciała bowiem, aby ktokolwiek mówił, jak mu przykro i pocieszał ją, kiedy nawet nie zadał sobie trudu, by poczuć to, co ona. Nie życzyła sobie tego całego chłamu z kondolencjami i podobnym gównem. Wszystko, czego pragnęła, to spokój, ciszę i smętną muzykę idealnie dopasowaną do jej odczuć. Włożyła słuchawki do uczy i pozwoliła płynąć dźwiękom przeszywającym jej ciało niczym namacalne kolce.

„Och, gdybym mogła cofnąć się w czasie
Gdy miałeś mnie jedynie w mojej głowie
Tylko tęsknota przepadła bez śladu
Och, chciałabym już nigdy nie ujrzeć Twojej twarzy
Chciałabym, żebyś to był Ty
Chciałabym, żebyś Ty był tym, z którym stracono kontakt

Straciłam z Tobą kontakt
Bowiem każde musi oddychać

Och, gdybym mogła cofnąć się w czasie
Gdy miałeś mnie jedynie w mojej głowie
Tylko tęsknota przepadła bez śladu
Och, chciałabym już nigdy nie ujrzeć Twojej twarzy
Chciałabym, żebyś to był Ty
Chciałabym, żebyś Ty był tym, z którym stracono kontakt”

Następnego dnia…

Pogrzeb miał się odbyć w niedzielę przed południem na lokalnym cmentarzu. Od samego rana do domu pogrzebowego schodzili się ludzie i składali dziewczynie kondolencje. Uśmiechali się przy tym i poklepywali ją po ramieniu, a ona stała i dziękowała każdemu za ciepłe słowa. Aż się jej niedobrze robiło od tego wszystkiego i już miała zamiar pójść do łazienki i zwymiotować wciśnięty wcześniej w siebie posiłek, gdy podszedł do niej ogolony na łyso, krępy mężczyzna w długim, brązowym habicie.
- Bracie Bazyli! – krzyknęła dziewczyna i podbiegła do niego, przytulając się do zakonnika. Nie widziała swojego nauczyciela sztuk walki od czasu, gdy wyjechał z misją w dwa lata temu.
- Moja mała Dea! – szepnął mężczyzna z czułością i mocniej przycisnął czarnowłosą do piersi. Zawsze jej współczuł, że musi wypełnić swoje powołanie, bo wiedział, że wędrówka tej dziewczyny będzie przepełniona bólem, podejmowaniem wielu trudnych decyzji i usiana przeszkodami rzucanymi bezustannie jak kłody pod nogi, a Dea nie zawiniła niczym, by musieć tak cierpieć. Jednak, wiedział również, co musi uczynić, bo tak jak każdy z ludzi na świecie ma swoją misję i on musiał wykonać swe zadanie, które powierzył mu jego zmarły przyjaciel w razie jakichś nieprzewidzianych wydarzeń. – Tak bardzo mi przykro, Deo. Kochałem go równie mocno, co ty.
- Wiem – odparła dziewczyna i po raz pierwszy od tamtej nocy, na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech, przepełniony niemal namacalnym żalem.
Zakonnik wyciągnął z torby cienką książeczkę, oprawioną w brązową skórę i wręczył zaskoczonej dziewczynie.
- Proszę, to należało do twojego ojca. Znajdziesz tam odpowiedź na pytanie „dlaczego”. A kiedy dowiesz się już dlaczego, zrozumiesz również po co i czemu właśnie ty zostałaś wybrana. Nie mogę ci powiedzieć na razie nic więcej, ale kiedy tylko nadarzy się ku temu okazja, opowiem ci wszystko, co wiem… – po czym, mężczyzna oddalił się, a dziewczyna ponownie została sama z książką.
Ludzie stali w małych grupkach, przykładając dłonie do ust i szepcąc między sobą zwodnicze słowa przepełnione kłamliwym współczuciem i żalem. Dziewczynie ponownie zrobiło się od tego niedobrze i zniknęła we wnętrzu budynku, ukrywając się w jednym z górnych pokoi. Usiadła na starym, bujanym fotelu stojącym pod oknem, otworzyła książkę i zaczęła czytać.

„Moja droga Deo! Wiem, że jesteś teraz przepełniona żalem i bólem, oraz masz tysiące pytań, na które nigdy nie odpowiedziałem, jednak jest już za późno, by cokolwiek naprawić. Nie myślałem nigdy, że będę musiał cię tak szybko opuścić, więc nie przygotowałem specjalnej mowy pożegnalnej, jednak wierzę, że poradzisz sobie lepiej ode mnie. Najpierw muszę ci się do czegoś przyznać. Kłamałem odnośnie tego, kim byli twoi rodzice oraz jak trafiłaś do mnie. Kłamałem również w wielu innych sprawach, przez co zostałaś skrzywdzona. I nie potrafię wybaczyć sobie, że nie będę mógł powiedzieć ci tego w oczy. Jesteś inteligentną dziewczyną, więc pewnie domyśliłaś się już kim jesteś, ale twoje domysły to tylko wierzchołek góry lodowej. Aby wyjaśnić ci to wszystko, muszę rozpocząć od samego początku…
W pierwszym okresie powstania rodzaju ludzkiego, jeden z archaniołów imieniem Lucifer zakochał się w śmiertelnej kobiecie, a Bóg, nie mogąc na to pozwolić, strącił go do otchłani, przez co nie mógł wyjść na ziemię do swej ukochanej. Anioły, widząc jego tęsknotę i żal, zdecydowały się poprosić Boga, by Lucifer mógł się związać z kobietą, którą kochał. Po wielu namowach, anioły zdołały Go przekonać, jednak decyzją Boga było, że Anioł może wychodzić na ziemię raz na sto lat. W ten sposób Lucifer został upokorzony, ponieważ po stu latach spędzonych w Otchłani, gdy wreszcie wolno mu było wyjść na ziemię, owa kobieta już dawno zakończyła życie. Lucifer, nie mogąc znieść myśli, że jego ukochana umarła, postanowił, że przewyższy Boga i przywróci ją do życia. Zawładnęła nim chciwość i pycha. Niektóre anioły zaczęły przechodzić na stronę Lucifera, jednak reszta pozostała wierna Bogu. Lucifer był pewien, że wygra tę wojnę, jednak przeliczył się ze swoimi możliwościami, a Bóg wyrzucił ich z Niebios na wieczność. Od tamtego czasu, raz na sto lat Lucifer wychodzi z piekła i błąka się po Ziemi, tęskniąc i szukając tej, która już dawno odeszła.
I raz na sto lat rodzi się dziecko, owoc zakazanego związku między aniołem a śmiertelniczką. A my, Zakon Siedmiu Świętych Archaniołów Wojowników, dostaliśmy misję powierzoną nam przez Pana, abyśmy każdy taki zgniły owoc grzechu zabijali bezlitośnie. 17 lat temu, na ten świat przyszło kolejne dziecko o czerwonych oczach i pięknych, kruczoczarnych włosach. Jak przypuszczasz, tym dzieckiem byłaś ty. Jesteś owocem zakazanego uczucia. Córką Lucifera. To właśnie ty przechylisz szalę w stronę dobra lub zła…”

Nagle ktoś zapukał delikatnie do drzwi, przerywając dziewczynie lekturę. Poderwała się z krzesła, podbiegła do wejścia i otworzyła je. Po drugiej stronie stał Shin ubrany w czarny garnitur. Jego zielone oczy rozbłysły, gdy tylko ujrzał dziewczynę. Nie widział się z nią od czasu tamtej nocy, kiedy zaniósł ją do pokoju, wyczerpaną i wyziębioną. Chciał wiedzieć, jak się trzyma, ale nie potrafił jej teraz o to zapytać, bo wydawało mu się to strasznie głupie.
Zamiast tego mruknął tylko: – Oczekują cię na dole.
- Ah, tak. – odparła dziewczyna. Jej fiołkowe oczy przygasły, a usta ponownie wykrzywiło piętno żalu. – Czas zakończyć tą farsę…
Zeszła na dół, nie oglądając się na chłopaka. Wiedziała, że podąży za nią; czuła, iż są w jakiś dziwny, pokręcony sposób powiązani ze sobą, i czy tego chcą czy nie, siedzą w tym razem. Jednak Dea postanowiła, że nie powie mu tego, co przed chwilą dowiedziała się o sobie. Nie powie o tym nikomu…
Kiedy Dea schodziła powoli na dół, Shin zajrzał do pokoju i podniósł leżącą na ziemi książkę. Schował ją do kieszeni w marynarce i postanowił oddać dziewczynie po pogrzebie. Następnie zamknął za sobą drzwi i dołączył do czarnowłosej u podnóża schodów. Większość ludzi zebrała się już na zewnątrz, więc i oni dołączyli do korowodu odprowadzającego po raz ostatni brata Zachariasza. Pół godziny później, kiedy większość uczestników pogrzebu rozeszła się już do domów, Dea wciąż stała nad grobem i wpatrywała się w wieńce. Za nią stał blondyn i cierpliwie czekał, aż będzie gotowa wrócić do szkoły.
- Jak najlepiej powiedzieć żegnaj? – zwróciła się dziewczyna nie wiadomo do kogo. Może mówiła do Shina, może do siebie albo pytała zmarłych wysłuchujących tego samego pytania od wieków. Jednak to właśnie chłopak odpowiedział na jej pytanie.
- Nie mów „żegnaj”, lepiej powiedz „do zobaczenia”.
- Tak, masz rację – mruknęła dziewczyna i kucnęła nad grobem.
Wyciągnęła rękę i przejechała palcami po ziemi.
- „Powiedz ‚żegnaj’/ Gdy tańczymy tej nocy z diabłem/ Nie odważysz się spojrzeć mu w oczy/ Gdy tańczymy tej nocy z diabłem?” – zanuciła cichuteńko z pustym wzrokiem, wpatrzona w koliste ruchy swej dłoni. – W końcu wszyscy tu skończymy, zapomniani i bezimienni. Pozostanie po nas tylko kamień i kupka kości, a nawet to kiedyś zniknie. Na tym świecie nie ma niczego, co dawałoby nieśmiertelność, wszystko jest ulotne jak wiatr. Więc, po co się starać? Dla tej ziemi?  Dla tych pustych oczu bez życia? Dla tych zimnych ust i zdrętwiałych palców, zakopanych kilka metrów pod ziemią?
- Myślę, że warto starać się dla ludzi, którzy cię kochają i wierzą w ciebie – odpowiedział Shin po chwili wahania.
Dea po raz ostatni spojrzała na kwiaty, po czym wstała i odwróciła się. Chłopak poszedł za nią, nie odzywając się więcej. Kiedy znaleźli się już na terenie internatu, odprowadził ją pod drzwi i właśnie miał się pożegnać, kiedy odezwała się do niego…
- Wiesz, czego najbardziej się boję? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, dodała: – Boję się zapomnienia, że kiedy umrę to nikt nie będzie o mnie pamiętał. Nie chcę zostać sama; samotność to największe przekleństwo naszej egzystencji tutaj. Ktoś powiedział mi kiedyś, że samotność to tylko jedna z dróg, którą wybieramy w życiu, i to wcale nie łatwiejsza od innych, po prostu bardziej szara i nijaka. Od siedemnastu lat idę właśnie tą drogą i jestem już tym zmęczona…
To był impuls, chłopak wyciągnął rękę i przyciągnął dziewczynę do siebie, zamykając ją w szczelnym uścisku. Na początku próbowała się wyrwać, jednak po chwili opadła z sił i po prostu przytulała się do blondyna, ukrywając twarz w jego marynarce.
- Nie jesteś sama – wyszeptał jej do ucha. – Jestem przy tobie i nigdy cię nie opuszczę, zgoda?
Dziewczyna pokiwała tylko głową i odsunęła się od Shina. Stanęła za drzwiami i uśmiechnęła się delikatnie.
- Dobranoc.
- Dobranoc – odpowiedział, wpatrując się Dei w oczy.
- I dziękuję ci… Shin. Za wszystko… – dodała i zamknęła drzwi, odgradzając się od jego zielonego spojrzenia.

***
Blondyn wrócił do swojego pokoju i padł zrypany doszczętnie na łóżko. Nogi już od dawna tak go nie bolały, a w dodatku pogrzeby wykańczały jego psychikę. Pewnie nawet by tam nie poszedł, gdyby nie odgórne polecenie Dyrektora. Ściągnął marynarkę i rzucił ubranie na krzesło. Nagle usłyszał jak coś spada w dół i zauważył tę dziwną książkę, którą wziął rano z domu pogrzebowego. Zupełnie o tym zapomniałem! A teraz było za późno na zwrot jej prawowitej właścicielce. Wstał i stękając, podniósł z podłogi księgę. Jego wzrok bezwiednie powędrował na tekst napisany męskim, pochyłym pismem, a treść akapitu zaciekawiła go na tyle, aby przeczytać to od początku. I w miarę czytania, coraz bardziej pragnął wierzyć, że to tylko prototyp powieści fantasy, ale coś podpowiadało mu, że tak nie jest. I choć wiedział, że zachowuje się nieodpowiednio, czytając czyjś pamiętnik, nie potrafił oderwać wzroku od zapisków brata Zachariasza, opiekuna Dei…

„Jesteś nie tylko córką Lucifera, ale także Początkiem i Końcem, ostatnim owocem zakazanego związku. Zapoczątkujesz koniec świata i, albo go zbawisz, albo pogrążysz w czeluściach Otchłani. Nie ma już odwrotu. Pionki ustawiono na szachownicy i wojna rozpoczęła się. A ty znajdziesz się w samym sercu tego chaosu, na pierwszej linii ognia między armią Boga, a armią demonów. Każdy będzie chciał wykorzystać cię do swoich własnych planów, więc nie możesz nikomu ufać. Musisz pamiętać, aby zawsze podążać za tym, co radzi ci twe serce. Zło tego świata wymierzy w ciebie najstraszniejszą broń i powstaną istoty stworzone tylko po to, by cię zgładzić. W tym całym chaosie zatracisz siebie, zgubisz drogę i pozbędziesz się swojej ludzkiej duszy, jednak pojawi się ktoś, kto zostanie twoją kotwicą i sprowadzi cię ponownie do człowieczeństwa, które utracisz. Będzie on ci oparciem i przystanią, nadzieją i przebaczeniem, polegaj na nim w swoich wyborach i decyzjach. Wierzę, że postąpisz słusznie i, tak jak mówi twoje imię, będziesz dobra, mimo, że nosisz piętno Upadłego.
To wszystko, co mogę ci teraz wyjawić. Na resztę pytań musisz znaleźć odpowiedź sama, bo co to byłoby za życie, gdybym podał ci wszystko na srebrnej tacy? Jednak, gdybyś naprawdę potrzebowała pomocy, zgłoś się do Mephistophelesa, on ci pomoże.”

Shin zamknął księgę dopiero, gdy pierwsze promienie słońca pojawiły się na niebie. Chwilę potem ktoś załomotał do drzwi i, nie czekając na zaproszenie, wparował do środka. Jej długie, czarne włosy powiewały w przeciągu, a czerwone oczy ciskały gromy w stronę blondyna. Gdyby tylko spojrzenie mogło zabić, ukamieniowałoby go i powiesiło na drzewie za jaja.
- Czytałeś to? – spytała ledwo ukrywając furię. Chłopak pomyślał, że jest naprawdę piękna, kiedy nie udaje, że wszystko gra i nie przyobleka tego fałszywego uśmiechu. Wolał ją, gdy marszczyła nos i zaciskała wydatne usta ze złości. Czemu by, pomyślał chłopak, a sadystyczny uśmiech wypłynął na jego twarz, nie powkurzać jej jeszcze troszkę…
- Ale co czytałem? – zapytał z niewinną minką jak u szczeniaczka.
- Dobrze wiesz co! – krzyknęła rozdrażniona i zamknęła za sobą drzwi z hukiem, aż szyby w oknie zaczęły dzwonić.
- Uspokój się słonko, bo złość piękności szkodzi – mruknął słodko w jej stronę.
- Spieprzaj na drzewo! Nie miałeś prawa czytać pamiętnika mojego ojca! – krzyknęła jeszcze głośniej, bo wiedziała, że przegrała, a nienawidziła przegrywać.
Chłopak szybkim ruchem wstał i zasłonił jej usta dłonią. Z zielonymi oczami odbijającymi jej bladą twarz, odezwał się przy samym uchu tak, że dziewczyna poczuła ciepły podmuch jego oddechu na skórze. – Jeżeli się nie uspokoisz, ktoś tu zaraz przyjdzie sprawdzić, co się dzieje.
Dea szarpnęła się, próbując odepchnąć chłopaka, jednak siła grawitacji pociągnęła ich na łóżko. Teraz leżała między nogami Shina z jedną ręką opartą o jego pierś a drugą niebezpiecznie blisko krocza.
- Nie wiedziałem, że tak bardzo mnie lubisz
- Bo nie lubię cię – mruknęła i próbowała wstać, jednak chłopak chwycił ją za ręce i obrócił zręcznie, że nawet nie zauważyła, gdy znalazła się pod nim.
- Wiesz, jakoś bardziej lubię być na górze – szepnął, a jego głos nabrał barwę zmysłowego, kociego mruczenia. Wyciągnął rękę i pogłaskał ją po twarzy, obramował zarys ust i zniżał się dalej i dalej, aż doszedł do wypukłości piersi i przejechał pomiędzy nimi, wciąż nie przestając na nią spoglądać. Dea zarumieniła się, jednak nie wiedziała czy z przyjemności pieszczot czy z wściekłości na blondyna, a ręka Shina znalazła się w okolicach jej bioder i zatrzymała tam. Chwycił koniec jej bluzki i podciągnął ją aż do piersi czarnowłosej. Nie miał zamiaru próbować z nią czegoś dzisiaj, jednak to była kara, za to, że wparowała do pokoju chłopaka tylko w krótkich spodenkach i T-shircie. Musiała sobie uświadomić, jak jej obecność wpływa na każdego faceta w tej szkole, a Shin nie miał ochoty dzielić się swoją zdobyczą z innymi. Wciąż patrząc jej w oczy, przejechał koniuszkami po brzuchu Dei, przyprawiając ją o dreszcze, gdy nagle zatrzymał palce na wysokości lewych żeber. Dziewczyna znieruchomiała i ponownie próbowała się wyrwać.
- Nie! Proszę, nie patrz! – szepnęła błagalnie, jednak chłopak zdążył już zauważyć olbrzymią bliznę w kształcie pentagramu zaczynającą się na żebrach i kończącą pod materiałem stanika. Blizna była krwistoczerwona i poszarpana, raziła obecnością na mlecznobiałej skórze brzucha. Jednak to nie był koniec. Pentagram został wpisany w dwa koła, pomiędzy którymi wypalono dziwne napisy. Shin przejechał palcem po jednym z nich i spojrzał na Deę.
- Co to znaczy?
- „Paeniteat pro peccátis, filia Cecidit. Sanguinis haeres Lucifer esset stymied cum cruce sancta. In nomine aequa Dei.” – wyszeptała głosem pełnym bólu. – „Żałuj za grzechy, córo Upadłego. Dziedzic krwi Lucifera został napiętnowany tym świętym krzyżem. W imię sprawiedliwego Pana.”
Shin podniósł się z dziewczyny i usiadł na fotelu, jednak Dea wciąż wpatrywała się pustym wzrokiem w sufit.
- Przepraszam – szepnął pełen skruchy. – Nie powinienem był zmuszać cię do tego…
- To prawda, nie powinieneś – przerwała mu i podniosła się. Odwróciła się do niego plecami i zaczęła ściągać koszulkę. – Ale skoro już to widziałeś, równie dobrze mogę pokazać ci także to…
Chłopak aż zachłysnął się z przerażenia, a fala lodowatego gniewu zalała go całego. Plecy dziewczyny od samej szyi aż po zaokrąglenie bioder pokrywały wycięte na skórze napisy w każdym języku. Ciągle od nowa i od nowa powtarzało się siedem słów czy to w języku angielskim, hiszpańskim, francuskim, chińskim, hebrajskim, po łacinie czy w starożytnej grece. Siedem słów napisanych szkarłatem na plecach młodej kobiety, na zawsze piętnujące ją.
- Pycha. Chciwość. Nieczystość. Zazdrość. Obżarstwo. Gniew. Lenistwo – wymieniła po kolei Siedem Grzechów Głównych, po czym opuściła koszulkę i odwróciła się do Shina. Krwiste oczy lustrowały każdy ruch chłopaka, jednak ten tylko stał i patrzył się na Deę. Nie potrafił powiedzieć ani słowa, no bo co miał powiedzieć w takim wypadku?! „Przykro mi z powodu tego, co ci zrobili”?! Chyba by go doszczętnie pogięło, gdyby coś takiego powiedział.
- Kto… kto ci to zrobił? – wychrypiał, zaciskając szczęki z wściekłości. – Powiedz mi, a znajdę ich i sprawię, że będą cierpieli bardziej, niż gdyby znaleźli się w piekle.
- Nie musisz. To wszystko wydarzyło się, gdy miałam 7 lat, więc już nawet nie pamiętam ich twarzy – powiedziała beznamiętnym głosem. – To byli jacyś fanatycy religijni. Porwali mnie ze szkoły i wywieźli za miasto, a potem zamknęli w krypcie, gdzie głodzili i codziennie bili, jednak nie to było najgorsze. Po miesiącu postanowili, że zabawią się ze mną. Najpierw powiedzieli, że wypędzą ze mnie demony i puszczą wolno, tylko muszę napić się ich wina oczyszczającego. Zrobili pierwsze cięcie i kiedy nie widziałam, napełnili kielich moją krwią i podali mi ją do picia, a potem zabili kota i również jego krew wlali mi do gardła. A kiedy nie chciałam więcej pić, wlewali mi to siłą. Najpierw zrobili te napisy na plecach, każdego dnia dodawali jedno słowo, aż zabrakło im miejsca, więc uznali, że mogą już mnie „oczyścić”. Wsadzili olbrzymi pręt z jakimś dziwnym symbolem do ognia, a kiedy nagrzał się do czerwoności, przyłożyli mi go do skóry. Krzyczałam i wiłam się z bólu, chciałam nawet umrzeć, aby zakończyć tą agonię, a wtedy powiedzieli, że jestem najgorszym demonem, ponieważ wciąż udaję, że mam uczucia i, że według nich, taki potwór jak ja nie zasłużył na śmierć. Jednak jeden z nich zlitował się nade mną i w nocy wywiózł mnie do lasu i tam porzucił abym umarła z wycieńczenia. Dalej nie pamiętam, co się działo, kolejne wspomnienie mam już ze szpitala, w którym obudziłam się po półrocznej śpiączce. Lekarze i tak uznali to za cud, że przeżyłam i, że mój mózg pozostał sprawny, więc wyszłam po kolejnym miesiącu. Od tamtej pory zaliczyłam kilkanaście różnych placówek edukacyjnych, ale z każdej wylatywałam w przeciągu paru dni, więc ostatecznie uczyłam się w zakonie, a moimi nauczycielami zostali zakonnicy. Lubiłam taką edukację, ale nigdy tak naprawdę nie rozmawiałam z kimś w moim wieku. Nigdy też nie miałam przyjaciół. Wciąż byłam sama i chyba pozostanę samotna na wieczność…
- To nieprawda! – warknął blondyn. – Ja zostanę twoim pierwszym przyjacielem i sprawię, że zaprzyjaźnisz się z jeszcze wieloma osobami. Więc… czy pozwolisz mi na to?
- Będziesz tego żałował – ostrzegła go, na co on wyszczerzył się w dziwnym uśmiechu i podszedł bliżej niej, tak że ich ciała dzieliło zaledwie kilka centymetrów.
- Już się boję, Księżniczko.
- Masz ku temu powody, Rybousty – odparła i uśmiechnęła się do Shina – swojego pierwszego i jak na razie jedynego przyjaciela.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz