„Cały świat to scena, a ludzie na
nim to tylko aktorzy.
Każdy z nich wchodzi na scenę i
znika,
a kiedy na niej jest, gra różne
role.”
~ William Shakespeare „Jak wam
się podoba?”
Shin wrócił dopiero późnym
wieczorem, obolały i wkurwiony na tych dupków, przez których musiał mieć
płukanie żołądka. Właśnie zamierzał udać się do swojego pokoju, gdy na
korytarzu wpadł na biegnącą dziewczynę. Zaaferowana, spojrzała na niego
krwistoczerwonymi oczami i pognała dalej, nie oglądając się za siebie. Shin
zaklął pod nosem i mimo, że wszystko, czego teraz chciał, to położyć się spać,
pobiegł za Deą. Złapał ją dopiero na przystanku, kiedy co rusz spoglądała na
telefon, przeklinając.
- Co ty robisz?! – zawołał
poirytowany. Jeżeli nie powinno się kogoś wkurzać, to właśnie jego w tym
momencie; zachowywał się zupełnie jak alkoholik na odwyku ubrany w kaftan
bezpieczeństwa, któremu postawiono przed nosem flaszkę najlepszej whisky – mała
iskra mogła spowodować wybuch.
Obrócił dziewczynę twarzą do siebie i dopiero wtedy zauważył, że
jest przerażona i na skraju płaczu.
- Co się stało? – zapytał już o
wiele łagodniej.
- Kiedy rozmawiałam z ojcem, w
telefonie rozległy się krzyki i coś spadło z wielkim hukiem, a potem… a potem…
– nie potrafiła zmusić swoich ust do powiedzenia tego, co tak ją przeraziło.
Chłopak bez zastanowienia chwycił czarnowłosą za ramiona i przyciągnął do
siebie.
- Ciiii… Uspokój się. Zaraz
zadzwonimy na policję…
- Nie! – krzyknęła i wyrwała się
z objęć blondyna. – Muszę tam iść! To wszystko moja wina… – szepnęła i pobiegła
w dół ulicy.
- A to miał być taki piękny dzień
– mruknął Shin i dogonił czarnowłosą.
Dea gnała ulicami miasta, nie
zważając na mijających ją ludzi, jednak wydawało się, że wszyscy zmierzają w
tym samym kierunku, co ona i Shin. Skręciła w lewo i wypadła na wielki plac, na
którym zebrało się mnóstwo ludzi. Dea przepychała się między nimi, zbliżając
się coraz bardziej do miejsca gdzie wozy strażackie i policyjne błyskały
czerwonymi i niebieskimi światłami. A wszystko to działo się na tle pożeranego
przez rozszalały ogień kościoła. Słupy ognia strzelały w górę ku czarnemu
niebu, usianemu milionem rozświetlonych punktów, tworząc zapierający dech w
piersiach obraz grozy i cierpienia. Jeśli
piekło istnieje, pomyślała dziewczyna, to
tak właśnie wygląda... Nagle z wnętrza kościoła wybiegło kilku strażaków,
niosąc ciała mężczyzn niczym worki z kartoflami przerzucone przez ramię. Dea
podeszła bliżej wciąż mając nadzieję, że jej ojciec żyje, jednak od razu
zauważyła ciało obleczone w czarny worek nie do końca zasunięty tak, że blada,
martwa twarz odcinała się do czarnego wnętrza torby. Kolana ugięły się pod nią
i opadła bezwładnie na ziemię. Oczy wypełniły się łzami, które spływały w dół
jej twarzy i opadały na zasnuty pyłem chodnik. Powietrze przesiąkło duszącym
dymem, który odbierał chęć do kolejnego oddechu. Dziewczyna siedziała tak i
płakała bezdźwięcznie za życiem, które straciła, za przyjaciółmi, których nigdy
nie miała i za ojcem, któremu sprawiała tylko przykrość i nigdy nie powiedziała
mu, jak bardzo go kochała, a teraz było już za późno. Gdyby tylko mogła cofnąć
czas, ceniłaby każdą chwilę, każdą rozmowę, każdy uśmiech i kojący dotyk, gdyby
tylko mogła cofnąć czas…
Shin przecisnął się przez tłum, a
widok, który zastał ogarnął go olbrzymim żalem. Wspaniały, olbrzymi kościół
gotycki płonął niczym zapałka; w niebo strzelały krwawe iskry, a ziemię
pokrywał pył jak czarny śnieg. Jednak to nie obraz płonącego budynku czy
martwych ludzi wynoszonych z tego piekła sprawił, że w jego sercu powstała
czarna dziura zasysająca wszelkie dobre wspomnienia uśmiechów ludzi, których
kochał i radości, jakiej doznał w życiu, a pozostawiająca tylko wspomnienia
tego, co utracił, bólu i cierpienia. Nie, to nie to wszystko sprawiło, że
poczuł się taki samotny…
To ona była butelką z jadem, który dostał się do krwioobiegu
Shina. Obraz opuszczonej dziewczyny, płaczącej bezgłośnie na chodniku nad
ciałem ojca. I choć to potworne, Shin uświadomił sobie, że to zarazem
najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek ujrzał. Czerwone oczy Dei, w których
odbijały się płomienie i jej łzy, błyszczące niczym diamenty, spływające w dół
i w dół, powoli kapiące na brudny chodnik. W jego umyśle zrodziła się myśl tak
wątła, jak płomień świecy smagany wiatrem.
- Czy zapłaczesz również nade
mną, gdy umrę? – wyszeptał głosem nabrzmiałym od zapomnianych już emocji…
Kilka godzin później, Shin
podszedł do dziewczyny i stanął za jej plecami, patrząc na dogasające
zgliszcza. Ludzie rozeszli się już dawno temu, ciała zabrano do szpitalnej
kostnicy, a policja i straż odjechały, jednak Dea wciąż siedziała na chodniku w
krótkich spodenkach i T-shircie, nie mogąc wstać. Łzy już długo nie chciały
płynąć, a na twarzy pozostały tylko ślady po słonej rozpaczy. Blondyn nie
chciał jej wcześniej przeszkadzać, ale zbliżał się już świt. Ramiona Dei
pokrywała gęsia skórka, więc ściągnął czarną, skurzaną kurtkę z ramion i okrył
jej wątłe ciało. Schylił się i podniósł dziewczynę bez najmniejszych przeszkód,
a ona nie zaprotestowała, tylko ciągle wpatrywała się w przestrzeń pustym
wzrokiem. Odwrócił się od czarnych, sterczących w górę, zwęglonych bel i
poszedł z powrotem w stronę szkoły. Dea oparła głowę o jego pierś i wsłuchana w
rytmiczne bicie serca Shina, powoli zaczęła zasypiać. Obudziła się w środku
dnia w swoim pokoju. Pomyślała, że wydarzenia zeszłej nocy to tylko głupi
koszmar, gdy z jej ramion zsunęła się czarna, męska kurtka, sprawiając, że
wspomnienia ponownie powróciły i zaatakowały. Z gardła dziewczyny wyrwał się
niepowstrzymany szloch, narastający z najgłębszych głębi jej duszy. Był to
krzyk dziecka pozostawionego samemu sobie na tym szalonym padole łez, bez
kogokolwiek, komu mogłoby zaufać.
Przez całą sobotę, Dea siedziała
zamknięta w swoim pokoju, nie chciała bowiem, aby ktokolwiek mówił, jak mu
przykro i pocieszał ją, kiedy nawet nie zadał sobie trudu, by poczuć to, co
ona. Nie życzyła sobie tego całego chłamu z kondolencjami i podobnym gównem.
Wszystko, czego pragnęła, to spokój, ciszę i smętną muzykę idealnie dopasowaną
do jej odczuć. Włożyła słuchawki do uczy i pozwoliła płynąć dźwiękom
przeszywającym jej ciało niczym namacalne kolce.
„Och, gdybym mogła cofnąć się w
czasie
Gdy miałeś mnie jedynie w mojej
głowie
Tylko tęsknota przepadła bez
śladu
Och, chciałabym już nigdy nie
ujrzeć Twojej twarzy
Chciałabym, żebyś to był Ty
Chciałabym, żebyś Ty był tym, z
którym stracono kontakt
Straciłam z Tobą kontakt
Bowiem każde musi oddychać
Och, gdybym mogła cofnąć się w
czasie
Gdy miałeś mnie jedynie w mojej
głowie
Tylko tęsknota przepadła bez
śladu
Och, chciałabym już nigdy nie
ujrzeć Twojej twarzy
Chciałabym, żebyś to był Ty
Chciałabym, żebyś Ty był tym, z
którym stracono kontakt”
Następnego dnia…
Pogrzeb miał się odbyć w
niedzielę przed południem na lokalnym cmentarzu. Od samego rana do domu
pogrzebowego schodzili się ludzie i składali dziewczynie kondolencje.
Uśmiechali się przy tym i poklepywali ją po ramieniu, a ona stała i dziękowała
każdemu za ciepłe słowa. Aż się jej niedobrze robiło od tego wszystkiego i już
miała zamiar pójść do łazienki i zwymiotować wciśnięty wcześniej w siebie
posiłek, gdy podszedł do niej ogolony na łyso, krępy mężczyzna w długim,
brązowym habicie.
- Bracie Bazyli! – krzyknęła
dziewczyna i podbiegła do niego, przytulając się do zakonnika. Nie widziała
swojego nauczyciela sztuk walki od czasu, gdy wyjechał z misją w dwa lata temu.
- Moja mała Dea! – szepnął mężczyzna
z czułością i mocniej przycisnął czarnowłosą do piersi. Zawsze jej współczuł,
że musi wypełnić swoje powołanie, bo wiedział, że wędrówka tej dziewczyny
będzie przepełniona bólem, podejmowaniem wielu trudnych decyzji i usiana
przeszkodami rzucanymi bezustannie jak kłody pod nogi, a Dea nie zawiniła
niczym, by musieć tak cierpieć. Jednak, wiedział również, co musi uczynić, bo
tak jak każdy z ludzi na świecie ma swoją misję i on musiał wykonać swe
zadanie, które powierzył mu jego zmarły przyjaciel w razie jakichś
nieprzewidzianych wydarzeń. – Tak bardzo mi przykro, Deo. Kochałem go równie
mocno, co ty.
- Wiem – odparła dziewczyna i po
raz pierwszy od tamtej nocy, na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech,
przepełniony niemal namacalnym żalem.
Zakonnik wyciągnął z torby cienką książeczkę, oprawioną w brązową
skórę i wręczył zaskoczonej dziewczynie.
- Proszę, to należało do twojego
ojca. Znajdziesz tam odpowiedź na pytanie „dlaczego”. A kiedy dowiesz się już
dlaczego, zrozumiesz również po co i czemu właśnie ty zostałaś wybrana. Nie
mogę ci powiedzieć na razie nic więcej, ale kiedy tylko nadarzy się ku temu
okazja, opowiem ci wszystko, co wiem… –
po czym, mężczyzna oddalił się, a dziewczyna ponownie została sama z książką.
Ludzie stali w małych grupkach,
przykładając dłonie do ust i szepcąc między sobą zwodnicze słowa przepełnione
kłamliwym współczuciem i żalem. Dziewczynie ponownie zrobiło się od tego
niedobrze i zniknęła we wnętrzu budynku, ukrywając się w jednym z górnych
pokoi. Usiadła na starym, bujanym fotelu stojącym pod oknem, otworzyła książkę
i zaczęła czytać.
„Moja droga Deo! Wiem, że jesteś teraz przepełniona żalem i bólem,
oraz masz tysiące pytań, na które nigdy nie odpowiedziałem, jednak jest już za
późno, by cokolwiek naprawić. Nie myślałem nigdy, że będę musiał cię tak szybko
opuścić, więc nie przygotowałem specjalnej mowy pożegnalnej, jednak wierzę, że
poradzisz sobie lepiej ode mnie. Najpierw muszę ci się do czegoś przyznać.
Kłamałem odnośnie tego, kim byli twoi rodzice oraz jak trafiłaś do mnie.
Kłamałem również w wielu innych sprawach, przez co zostałaś skrzywdzona. I nie
potrafię wybaczyć sobie, że nie będę mógł powiedzieć ci tego w oczy. Jesteś
inteligentną dziewczyną, więc pewnie domyśliłaś się już kim jesteś, ale twoje
domysły to tylko wierzchołek góry lodowej. Aby wyjaśnić ci to wszystko, muszę
rozpocząć od samego początku…
W pierwszym okresie powstania rodzaju ludzkiego, jeden z
archaniołów imieniem Lucifer zakochał się w śmiertelnej kobiecie, a Bóg, nie
mogąc na to pozwolić, strącił go do otchłani, przez co nie mógł wyjść na ziemię
do swej ukochanej. Anioły, widząc jego tęsknotę i żal, zdecydowały się poprosić
Boga, by Lucifer mógł się związać z kobietą, którą kochał. Po wielu namowach,
anioły zdołały Go przekonać, jednak decyzją Boga było, że Anioł może wychodzić
na ziemię raz na sto lat. W ten sposób Lucifer został upokorzony, ponieważ po
stu latach spędzonych w Otchłani, gdy wreszcie wolno mu było wyjść na ziemię,
owa kobieta już dawno zakończyła życie. Lucifer, nie mogąc znieść myśli, że
jego ukochana umarła, postanowił, że przewyższy Boga i przywróci ją do życia.
Zawładnęła nim chciwość i pycha. Niektóre anioły zaczęły przechodzić na stronę
Lucifera, jednak reszta pozostała wierna Bogu. Lucifer był pewien, że wygra tę
wojnę, jednak przeliczył się ze swoimi możliwościami, a Bóg wyrzucił ich z Niebios
na wieczność. Od tamtego czasu, raz na sto lat Lucifer wychodzi z piekła i
błąka się po Ziemi, tęskniąc i szukając tej, która już dawno odeszła.
I raz na sto lat rodzi się dziecko, owoc zakazanego związku między
aniołem a śmiertelniczką. A my, Zakon Siedmiu Świętych Archaniołów Wojowników,
dostaliśmy misję powierzoną nam przez Pana, abyśmy każdy taki zgniły owoc
grzechu zabijali bezlitośnie. 17 lat temu, na ten świat przyszło kolejne
dziecko o czerwonych oczach i pięknych, kruczoczarnych włosach. Jak
przypuszczasz, tym dzieckiem byłaś ty. Jesteś owocem zakazanego uczucia. Córką
Lucifera. To właśnie ty przechylisz szalę w stronę dobra lub zła…”
Nagle ktoś zapukał delikatnie do
drzwi, przerywając dziewczynie lekturę. Poderwała się z krzesła, podbiegła do wejścia
i otworzyła je. Po drugiej stronie stał Shin ubrany w czarny garnitur. Jego
zielone oczy rozbłysły, gdy tylko ujrzał dziewczynę. Nie widział się z nią od
czasu tamtej nocy, kiedy zaniósł ją do pokoju, wyczerpaną i wyziębioną. Chciał
wiedzieć, jak się trzyma, ale nie potrafił jej teraz o to zapytać, bo wydawało
mu się to strasznie głupie.
Zamiast tego mruknął tylko: –
Oczekują cię na dole.
- Ah, tak. – odparła dziewczyna.
Jej fiołkowe oczy przygasły, a usta ponownie wykrzywiło piętno żalu. – Czas
zakończyć tą farsę…
Zeszła na dół, nie oglądając się na chłopaka. Wiedziała, że podąży
za nią; czuła, iż są w jakiś dziwny, pokręcony sposób powiązani ze sobą, i czy
tego chcą czy nie, siedzą w tym razem. Jednak Dea postanowiła, że nie powie mu
tego, co przed chwilą dowiedziała się o sobie. Nie powie o tym nikomu…
Kiedy Dea schodziła powoli na
dół, Shin zajrzał do pokoju i podniósł leżącą na ziemi książkę. Schował ją do
kieszeni w marynarce i postanowił oddać dziewczynie po pogrzebie. Następnie
zamknął za sobą drzwi i dołączył do czarnowłosej u podnóża schodów. Większość
ludzi zebrała się już na zewnątrz, więc i oni dołączyli do korowodu
odprowadzającego po raz ostatni brata Zachariasza. Pół godziny później, kiedy
większość uczestników pogrzebu rozeszła się już do domów, Dea wciąż stała nad
grobem i wpatrywała się w wieńce. Za nią stał blondyn i cierpliwie czekał, aż
będzie gotowa wrócić do szkoły.
- Jak najlepiej powiedzieć
żegnaj? – zwróciła się dziewczyna nie wiadomo do kogo. Może mówiła do Shina,
może do siebie albo pytała zmarłych wysłuchujących tego samego pytania od
wieków. Jednak to właśnie chłopak odpowiedział na jej pytanie.
- Nie mów „żegnaj”, lepiej powiedz „do
zobaczenia”.
- Tak, masz rację – mruknęła
dziewczyna i kucnęła nad grobem.
Wyciągnęła rękę i przejechała
palcami po ziemi.
- „Powiedz ‚żegnaj’/ Gdy tańczymy tej nocy z diabłem/ Nie odważysz się
spojrzeć mu w oczy/ Gdy tańczymy tej nocy z diabłem?” – zanuciła cichuteńko
z pustym wzrokiem, wpatrzona w koliste ruchy swej dłoni. – W końcu wszyscy tu
skończymy, zapomniani i bezimienni. Pozostanie po nas tylko kamień i kupka
kości, a nawet to kiedyś zniknie. Na tym świecie nie ma niczego, co dawałoby
nieśmiertelność, wszystko jest ulotne jak wiatr. Więc, po co się starać? Dla
tej ziemi? Dla tych pustych oczu bez
życia? Dla tych zimnych ust i zdrętwiałych palców, zakopanych kilka metrów pod
ziemią?
- Myślę, że warto starać się dla
ludzi, którzy cię kochają i wierzą w ciebie – odpowiedział Shin po chwili
wahania.
Dea po raz ostatni spojrzała na kwiaty, po czym wstała i odwróciła
się. Chłopak poszedł za nią, nie odzywając się więcej. Kiedy znaleźli się już
na terenie internatu, odprowadził ją pod drzwi i właśnie miał się pożegnać,
kiedy odezwała się do niego…
- Wiesz, czego najbardziej się
boję? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, dodała: – Boję się zapomnienia,
że kiedy umrę to nikt nie będzie o mnie pamiętał. Nie chcę zostać sama;
samotność to największe przekleństwo naszej egzystencji tutaj. Ktoś powiedział
mi kiedyś, że samotność to tylko jedna z dróg, którą wybieramy w życiu, i to
wcale nie łatwiejsza od innych, po prostu bardziej szara i nijaka. Od
siedemnastu lat idę właśnie tą drogą i jestem już tym zmęczona…
To był impuls, chłopak wyciągnął
rękę i przyciągnął dziewczynę do siebie, zamykając ją w szczelnym uścisku. Na
początku próbowała się wyrwać, jednak po chwili opadła z sił i po prostu
przytulała się do blondyna, ukrywając twarz w jego marynarce.
- Nie jesteś sama – wyszeptał jej
do ucha. – Jestem przy tobie i nigdy cię nie opuszczę, zgoda?
Dziewczyna pokiwała tylko głową i odsunęła się od Shina. Stanęła
za drzwiami i uśmiechnęła się delikatnie.
- Dobranoc.
- Dobranoc – odpowiedział, wpatrując
się Dei w oczy.
- I dziękuję ci… Shin. Za wszystko…
– dodała i zamknęła drzwi, odgradzając się od jego zielonego spojrzenia.
***
Blondyn wrócił do swojego pokoju
i padł zrypany doszczętnie na łóżko. Nogi już od dawna tak go nie bolały, a w
dodatku pogrzeby wykańczały jego psychikę. Pewnie nawet by tam nie poszedł,
gdyby nie odgórne polecenie Dyrektora. Ściągnął marynarkę i rzucił ubranie na
krzesło. Nagle usłyszał jak coś spada w dół i zauważył tę dziwną książkę, którą
wziął rano z domu pogrzebowego. Zupełnie
o tym zapomniałem! A teraz było za późno na zwrot jej prawowitej
właścicielce. Wstał i stękając, podniósł z podłogi księgę. Jego wzrok
bezwiednie powędrował na tekst napisany męskim, pochyłym pismem, a treść
akapitu zaciekawiła go na tyle, aby przeczytać to od początku. I w miarę
czytania, coraz bardziej pragnął wierzyć, że to tylko prototyp powieści
fantasy, ale coś podpowiadało mu, że tak nie jest. I choć wiedział, że
zachowuje się nieodpowiednio, czytając czyjś pamiętnik, nie potrafił oderwać wzroku
od zapisków brata Zachariasza, opiekuna Dei…
„Jesteś
nie tylko córką Lucifera, ale także Początkiem i Końcem, ostatnim owocem
zakazanego związku. Zapoczątkujesz koniec świata i, albo go zbawisz, albo
pogrążysz w czeluściach Otchłani. Nie ma już odwrotu. Pionki ustawiono na
szachownicy i wojna rozpoczęła się. A ty znajdziesz się w samym sercu tego
chaosu, na pierwszej linii ognia między armią Boga, a armią demonów. Każdy
będzie chciał wykorzystać cię do swoich własnych planów, więc nie możesz nikomu
ufać. Musisz pamiętać, aby zawsze podążać za tym, co radzi ci twe serce. Zło
tego świata wymierzy w ciebie najstraszniejszą broń i powstaną istoty stworzone
tylko po to, by cię zgładzić. W tym całym chaosie zatracisz siebie, zgubisz
drogę i pozbędziesz się swojej ludzkiej duszy, jednak pojawi się ktoś, kto
zostanie twoją kotwicą i sprowadzi cię ponownie do człowieczeństwa, które
utracisz. Będzie on ci oparciem i przystanią, nadzieją i przebaczeniem, polegaj
na nim w swoich wyborach i decyzjach. Wierzę, że postąpisz słusznie i, tak jak
mówi twoje imię, będziesz dobra, mimo, że nosisz piętno Upadłego.
To wszystko, co mogę ci teraz wyjawić. Na resztę pytań musisz
znaleźć odpowiedź sama, bo co to byłoby za życie, gdybym podał ci wszystko na
srebrnej tacy? Jednak, gdybyś naprawdę potrzebowała pomocy, zgłoś się do
Mephistophelesa, on ci pomoże.”
Shin zamknął księgę dopiero, gdy
pierwsze promienie słońca pojawiły się na niebie. Chwilę potem ktoś załomotał
do drzwi i, nie czekając na zaproszenie, wparował do środka. Jej długie, czarne
włosy powiewały w przeciągu, a czerwone oczy ciskały gromy w stronę blondyna.
Gdyby tylko spojrzenie mogło zabić, ukamieniowałoby go i powiesiło na drzewie
za jaja.
- Czytałeś to? – spytała ledwo
ukrywając furię. Chłopak pomyślał, że jest naprawdę piękna, kiedy nie udaje, że
wszystko gra i nie przyobleka tego fałszywego uśmiechu. Wolał ją, gdy
marszczyła nos i zaciskała wydatne usta ze złości. Czemu by, pomyślał chłopak, a sadystyczny uśmiech wypłynął na jego twarz,
nie powkurzać jej jeszcze troszkę…
- Ale co czytałem? – zapytał z
niewinną minką jak u szczeniaczka.
- Dobrze wiesz co! – krzyknęła
rozdrażniona i zamknęła za sobą drzwi z hukiem, aż szyby w oknie zaczęły
dzwonić.
- Uspokój się słonko, bo złość
piękności szkodzi – mruknął słodko w jej stronę.
- Spieprzaj na drzewo! Nie miałeś
prawa czytać pamiętnika mojego ojca! – krzyknęła jeszcze głośniej, bo
wiedziała, że przegrała, a nienawidziła przegrywać.
Chłopak szybkim ruchem wstał i zasłonił jej usta dłonią. Z
zielonymi oczami odbijającymi jej bladą twarz, odezwał się przy samym uchu tak,
że dziewczyna poczuła ciepły podmuch jego oddechu na skórze. – Jeżeli się nie
uspokoisz, ktoś tu zaraz przyjdzie sprawdzić, co się dzieje.
Dea szarpnęła się, próbując odepchnąć chłopaka, jednak siła
grawitacji pociągnęła ich na łóżko. Teraz leżała między nogami Shina z jedną
ręką opartą o jego pierś a drugą niebezpiecznie blisko krocza.
- Nie wiedziałem, że tak bardzo
mnie lubisz
- Bo nie lubię cię – mruknęła i
próbowała wstać, jednak chłopak chwycił ją za ręce i obrócił zręcznie, że nawet
nie zauważyła, gdy znalazła się pod nim.
- Wiesz, jakoś bardziej lubię być
na górze – szepnął, a jego głos nabrał barwę zmysłowego, kociego mruczenia.
Wyciągnął rękę i pogłaskał ją po twarzy, obramował zarys ust i zniżał się dalej
i dalej, aż doszedł do wypukłości piersi i przejechał pomiędzy nimi, wciąż nie
przestając na nią spoglądać. Dea zarumieniła się, jednak nie wiedziała czy z
przyjemności pieszczot czy z wściekłości na blondyna, a ręka Shina znalazła się
w okolicach jej bioder i zatrzymała tam. Chwycił koniec jej bluzki i podciągnął
ją aż do piersi czarnowłosej. Nie miał zamiaru próbować z nią czegoś dzisiaj,
jednak to była kara, za to, że wparowała do pokoju chłopaka tylko w krótkich
spodenkach i T-shircie. Musiała sobie uświadomić, jak jej obecność wpływa na
każdego faceta w tej szkole, a Shin nie miał ochoty dzielić się swoją zdobyczą
z innymi. Wciąż patrząc jej w oczy, przejechał koniuszkami po brzuchu Dei,
przyprawiając ją o dreszcze, gdy nagle zatrzymał palce na wysokości lewych
żeber. Dziewczyna znieruchomiała i ponownie próbowała się wyrwać.
- Nie! Proszę, nie patrz! –
szepnęła błagalnie, jednak chłopak zdążył już zauważyć olbrzymią bliznę w
kształcie pentagramu zaczynającą się na żebrach i kończącą pod materiałem
stanika. Blizna była krwistoczerwona i poszarpana, raziła obecnością na
mlecznobiałej skórze brzucha. Jednak to nie był koniec. Pentagram został
wpisany w dwa koła, pomiędzy którymi wypalono dziwne napisy. Shin przejechał
palcem po jednym z nich i spojrzał na Deę.
- Co to znaczy?
- „Paeniteat pro peccátis, filia
Cecidit. Sanguinis haeres Lucifer esset stymied cum cruce sancta. In nomine aequa Dei.” –
wyszeptała głosem pełnym bólu. – „Żałuj za grzechy, córo Upadłego. Dziedzic
krwi Lucifera został napiętnowany tym świętym krzyżem. W imię sprawiedliwego Pana.”
Shin podniósł się z dziewczyny i usiadł na fotelu, jednak Dea
wciąż wpatrywała się pustym wzrokiem w sufit.
- Przepraszam – szepnął pełen
skruchy. – Nie powinienem był zmuszać cię do tego…
- To prawda, nie powinieneś –
przerwała mu i podniosła się. Odwróciła się do niego plecami i zaczęła ściągać
koszulkę. – Ale skoro już to widziałeś, równie dobrze mogę pokazać ci także to…
Chłopak aż zachłysnął się z
przerażenia, a fala lodowatego gniewu zalała go całego. Plecy dziewczyny od
samej szyi aż po zaokrąglenie bioder pokrywały wycięte na skórze napisy w
każdym języku. Ciągle od nowa i od nowa powtarzało się siedem słów czy to w
języku angielskim, hiszpańskim, francuskim, chińskim, hebrajskim, po łacinie
czy w starożytnej grece. Siedem słów napisanych szkarłatem na plecach młodej
kobiety, na zawsze piętnujące ją.
- Pycha. Chciwość. Nieczystość.
Zazdrość. Obżarstwo. Gniew. Lenistwo – wymieniła po kolei Siedem Grzechów
Głównych, po czym opuściła koszulkę i odwróciła się do Shina. Krwiste oczy
lustrowały każdy ruch chłopaka, jednak ten tylko stał i patrzył się na Deę. Nie
potrafił powiedzieć ani słowa, no bo co miał powiedzieć w takim wypadku?! „Przykro mi z powodu tego, co ci zrobili”?!
Chyba by go doszczętnie pogięło, gdyby coś takiego powiedział.
- Kto… kto ci to zrobił? –
wychrypiał, zaciskając szczęki z wściekłości. – Powiedz mi, a znajdę ich i
sprawię, że będą cierpieli bardziej, niż gdyby znaleźli się w piekle.
- Nie musisz. To wszystko
wydarzyło się, gdy miałam 7 lat, więc już nawet nie pamiętam ich twarzy –
powiedziała beznamiętnym głosem. – To byli jacyś fanatycy religijni. Porwali
mnie ze szkoły i wywieźli za miasto, a potem zamknęli w krypcie, gdzie głodzili
i codziennie bili, jednak nie to było najgorsze. Po miesiącu postanowili, że
zabawią się ze mną. Najpierw powiedzieli, że wypędzą ze mnie demony i puszczą
wolno, tylko muszę napić się ich wina oczyszczającego. Zrobili pierwsze cięcie
i kiedy nie widziałam, napełnili kielich moją krwią i podali mi ją do picia, a
potem zabili kota i również jego krew wlali mi do gardła. A kiedy nie chciałam
więcej pić, wlewali mi to siłą. Najpierw zrobili te napisy na plecach, każdego
dnia dodawali jedno słowo, aż zabrakło im miejsca, więc uznali, że mogą już
mnie „oczyścić”. Wsadzili olbrzymi pręt z jakimś dziwnym symbolem do ognia, a
kiedy nagrzał się do czerwoności, przyłożyli mi go do skóry. Krzyczałam i wiłam
się z bólu, chciałam nawet umrzeć, aby zakończyć tą agonię, a wtedy
powiedzieli, że jestem najgorszym demonem, ponieważ wciąż udaję, że mam uczucia
i, że według nich, taki potwór jak ja nie zasłużył na śmierć. Jednak jeden z
nich zlitował się nade mną i w nocy wywiózł mnie do lasu i tam porzucił abym
umarła z wycieńczenia. Dalej nie pamiętam, co się działo, kolejne wspomnienie
mam już ze szpitala, w którym obudziłam się po półrocznej śpiączce. Lekarze i
tak uznali to za cud, że przeżyłam i, że mój mózg pozostał sprawny, więc
wyszłam po kolejnym miesiącu. Od tamtej pory zaliczyłam kilkanaście różnych
placówek edukacyjnych, ale z każdej wylatywałam w przeciągu paru dni, więc
ostatecznie uczyłam się w zakonie, a moimi nauczycielami zostali zakonnicy.
Lubiłam taką edukację, ale nigdy tak naprawdę nie rozmawiałam z kimś w moim
wieku. Nigdy też nie miałam przyjaciół. Wciąż byłam sama i chyba pozostanę
samotna na wieczność…
- To nieprawda! – warknął blondyn.
– Ja zostanę twoim pierwszym przyjacielem i sprawię, że zaprzyjaźnisz się z
jeszcze wieloma osobami. Więc… czy pozwolisz mi na to?
- Będziesz tego żałował –
ostrzegła go, na co on wyszczerzył się w dziwnym uśmiechu i podszedł bliżej
niej, tak że ich ciała dzieliło zaledwie kilka centymetrów.
- Już się boję, Księżniczko.
- Masz ku temu powody, Rybousty –
odparła i uśmiechnęła się do Shina – swojego pierwszego i jak na razie jedynego
przyjaciela.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz