sobota, 23 listopada 2013

01. Zmierzając ku przeznaczeniu

„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”
~ Dante Alighieri „Boska komedia”

17 lat później…
Czarnowłosa dziewczyna posłusznie szła korytarzem do nowej klasy. Wciąż była wkurzona po porannej rozmowie z ojcem w drodze do budynku szkoły. W głowie ciągle rozbrzmiewały jej słowa mężczyzny, niczym mantra przypominająca, jak skończyło się jej poprzednie życie i dlaczego znalazła się właśnie tu, na tym wąskim korytarzu, zmierzając ku swojemu przeznaczeniu znajdującemu się za ostatnimi drzwiami po lewej.

- Jeżeli wznów się wpakujesz w kłopoty, nie pomogę ci. To ostatnia szkoła, do której chcieli cię przyjąć, więc nie zniszcz tej szansy. Rozumiesz?
- Tak, tak – odparła dziewczyna beznamiętnie, obserwując przemijający krajobraz za oknem. Listopadowe słońce przebijało się spomiędzy strzelistych budynków skrzących się złotym światłem. Było to tak odmienne od wiejskiego krajobrazu Irlandii, w której spędziła całe swoje dzieciństwo, że w pewnym sensie czuła się tak, jakby trafiła do krainy czarów. – Tylko powiedz mi, czy naprawdę musiałeś zapisać mnie do szkoły z internatem w zupełnie innym kraju? A może chcesz się mnie zwyczajnie pozbyć, co? Ty stary, zrzędliwy pierniku…
Mężczyzna roześmiał się i potargał kruczoczarne włosy dziewczyny, spływające w dół jej pleców połyskującą falą. – Ah! Wciąż ten niewyparzony język. Naprawdę, Dea, jakbym chciał się ciebie pozbyć, nie wkładałbym tyle trudu w twoją przyszłość. W dodatku ty mi wcale tej pracy nie ułatwiasz, moja droga, kończąc edukację w każdej szkole w ciągu trzech dni…
- Nie moja wina, że ci ludzie tak mnie wkurzają - warknęła dziewczyna i strząsnęła rękę ojca, spoglądając na niego spode łba. Znaki czasu żłobiły mu twarz o jasnoniebieskich oczach i pogodnym uśmiechu. Szare włosy zaczynały sięgać kołnierzyka, więc przypuszczała, że poprosi któregoś z braci o strzyżenie, jak zwykł to robić przez te wszystkie lata. Oczy mężczyzny nagle stały się poważne, a uśmiech zniknął z jego spękanych od wiatru ust.
- Proszę cię, Dea. Postaraj się jakoś wpasować. Wiem, że jest to dla ciebie trudne, ale chyba warto spróbować, prawda? Może się z kimś zaprzyjaźnisz i, oczywiście tego nie pochwalam i nadal uważam, że jesteś za młoda, może znajdziesz sobie chłopaka. Więc chyba naprawdę nie zaszkodzi wykrzesać z siebie trochę życzliwości, prawda?
Dziewczyna ponownie spojrzała na mijanych ludzi. Spieszyli się gdzieś, każdy zmierzając w znanym tylko samemu sobie kierunku i zupełnie nieprzejmujących się tym, co ich otacza. Tym pięknem ukrytym w każdej istniejącej rzeczy, w jej barwie, w jej fakturze i w jej istocie. Pomyślała, że nie pasuje do tego pięknego świata, jakby to nie było jej miejsce. Z twarzą wciąż odwróconą do okna wypowiedziała cichą modlitwę do własnego przeznaczenia: – Tak, warto spróbować.
I choć mężczyzna siedzący obok niej nie dosłyszał odpowiedzi, znał swoją córkę wystarczająco, by wiedzieć co powiedziała. Ponownie wyciągnął dłoń i pogłaskał ją delikatnie po włosach. – Moja dziewczynka…

Dea stanęła przed swoją nową klasą, wstrzymała oddech i drżącą dłonią otworzyła drzwi. Przeszła przez próg z wysoko uniesioną głową, a jej fiołkowe oczy spoglądały na uczniów z lekką pogardą i irytacją. Nie ma to jak pierwszy dzień, pomyślała z rozgoryczeniem. Na początku w klasie zapanowała całkowita cisza, po czym nastąpił niesamowity rozgardiasz, aż nauczyciel musiał krzyknąć, aby uspokoić wszystkich.
- Ty jesteś…? – zwrócił się do dziewczyny. Mężczyzna poczerwieniał na twarzy, a jego oddech stał się płytki, zupełnie jakby przed chwilą przebiegł maraton. Dea zarejestrowała kątem oka, że spogląda na jej biust jak zahipnotyzowany. Ugh, ohyda!
- Dea Leacú, nowa uczennica. – odparła z udawanym spokojem, starając się przy okazji nie wzdrygnąć.
Nauczyciel nerwowo poprawił okulary i spojrzał w swoje papiery. – Oh… Uh… tak… Rzeczywiście, miałaś dzisiaj przyjść. No dobrze, zajmij jakieś wolne miejsce, a my wracamy do tematu zajęć! – nauczyciel wstał z fotela, podszedł do tablicy i krzaczkowatym pismem zapisał wzór na objętość sześcianu, choć i tak nikogo to nie interesowało.
Dziewczyna przeszła na tył sali, a jej kruczoczarne włosy poruszały się jak żywa istota przy każdym najdelikatniejszym falowaniu powietrza. Czuła na sobie spojrzenia uczniów i nauczyciela, bacznie przyglądających się każdemu jej ruchowi. Zawsze tak było, że każdy ją obserwował jakby była niezwykłym okazem zwierzątka, które mieli szanse obejrzeć ze wszystkich stron.
Rzuciła torbę na podłogę i usiadła w drugiej ławce od końca klasy, opierając głowę na rękach i zamykając oczy. Ojciec zmusił ją dzisiaj do wstania o 5 rano, aby mogli zdążyć tutaj na 9. Ten cholerny dziad mówił, że to niedaleko, a wywiózł ją ponad kilkadziesiąt kilometrów od cywilizacji, pomijając już lot samolotem... Nawet nie zdążyła związać tych durnych kudłów, więc spływały jej wolne aż do kolan. Na szczęście włożyła kontakty, które nosiła praktycznie odkąd sięgała pamięcią, bo nie wyobrażała sobie iść do nowej szkoły z czerwonymi gałami. A tak to jej oczy miały soczystą barwę fiołków, którą lubiła o wiele bardziej niż tą naturalną, krwistoczerwoną. Nagle usłyszała nad głową głośne chrząknięcie, więc podniosła wzrok i napotkała wkurzone spojrzenie zielonych oczu.
- To moje miejsce. Spadaj stąd – powiedział wysoki blondyn i wykrzywił pogardliwie usta.
Dea spojrzała na niego zaskoczona, nie ruszając się z miejsca. O ja… Gdybym stała, to chyba musiałabym usiąść… Jest przewspaniały…
- Ogłuchłaś czy co? Powiedziałem: spadaj stąd. Czy może myślisz, że jesteś taka ładna, iż ustąpię ci miejsca i padnę przed tobą na kolana, co Księżniczko?
... dopóki się nie odezwie… Wtedy cały czar pryska…
- Oh, przepraszam, ale nie mogłam się skupić przez te twoje wielkie wargi, Rybousty – odparła słodkim głosikiem i uśmiechnęła się wrednie. No pięknie, pomyślała, jestem tu dopiero jeden dzień, a już trafiłam na takiego palanta. Ja i to moje cudowne szczęście…
- Przepraszam, że co? – jego twarz wykrzywiła się w całkowitej irytacji, ale nie chciał się wkurzać na tą laskę, w końcu to jej pierwszy dzień, więc może nie wiedziała, z kim ma do czynienia…
Jednak, jak tylko postanowił zadrzeć z czarnowłosą, wpadł prosto w jej pułapkę na nachalnych ignorantów, ponieważ Dea tylko czekała, aby to powiedział. Teraz był już cały jej. – Dobrze, że widzisz różnicę naszych poziomów, twoje przeprosiny zostały zaakceptowane. Ale tylko tym razem, następnym nie będzie tak łatwo, a teraz usuń się, bo przeszkadzasz w lekcji.
Machnęła ręką, jakby odganiała się od natrętnej muchy i chamsko odwróciła głowę do tablicy, sygnalizując tym samym koniec rozmowy.
- Ty mała… – syknął chłopak, zaciskając zęby z wściekłości, jednak pomimo wielkiej niechęci, przeszedł za dziewczynę i wyrzucił z ławki jakiegoś kujona. Ostentacyjnie usiadł na krześle jak na tronie i przez wszystkie lekcje wbijał mordercze spojrzenie w plecy czarnowłosej dziewczyny, która nie zwracała na niego zupełnie uwagi.
Zaraz jak zadzwonił ostatni dzwonek obwieszczający koniec tortur, jakimi jest aż 9 godzin lekcyjnych w piątek, blondyn zerwał się z krzesła i podszedł do Dei, wyrywając ją z transu po najnudniejszych lekcjach, jakie kiedykolwiek przeżyła. 
- Pozwól ze mną na chwilkę – powiedział słodko, próbując się nawet lekko uśmiechnąć do tej małej cholery, ale wyszedł mu tylko dziwny grymas jakby zjadł cytrynę. Gdy dziewczyna nie zareagowała, chwycił ją za rękę i siłą wyprowadził z sali. Puścił ją dopiero, gdy znaleźli się za szkołą, a dziewczyna zaczęła się cicho śmiać. Spojrzał na nią znowu poirytowany, nie wiedząc, z czego ta idiotka rży, a ona wskazała głową na ich splecione dłonie i znowu zaczęła chichotać. Blondyn szybko puścił rękę dziewczyny i odsunął się na bezpieczną odległość. Sam nie wiedział, dlaczego wyciągnął ją z budynku i co chciał jej powiedzieć, ale przeczucie kazało mu to zrobić, a zawsze ufał swoim instynktom; nieraz wybawiły go z olbrzymich kłopotów, więc zaufał im ponownie.
- No więc… – zaczął i przerwał. Spojrzał w bok, aby nie wpatrywać się w jej hipnotyzujące, fiołkowe oczy. – Może nie zdajesz sobie sprawy, ale…
Nie dokończył swej myśli, ponieważ przerwało mu nieznośnie uporczywe darcie mordy dobiegające z bliskiej odległości zaledwie 10 metrów. – Shin Kuroshi!!!
W ich stronę zmierzała banda chłopaków z kijami bejsbolowymi i metalowymi prętami. Chłopak obejrzał się na nich i przetarł ręką twarz. – A te cwele co tu znowu robią?! Przepraszam na minutkę…
Puścił w jej stronę oczko i odszedł w stronę nadbiegających chłopaków, natomiast Dea tylko stała zdezorientowana, nie bardzo pojmując zaistniałą sytuację.
- Co tam, Rudi?! Dawnośmy się nie widzieli, c’nie?
- Tym razem to my wygramy, Shinie Kuroshi! Pożegnaj się z życiem! – i rudowłosy chłopak, przywódca tej bandy wyrzutków społeczeństwa, zamachnął się na blondyna metalowym kijem bejsbolowym, jednak chłopak w samą porę zdążył się uchylić i kucając, podciął nogi atakującego.
- Nie masz nic lepszego? – zapytał blondyn, wstając i ziewając.
- Właśnie wyciągam mojego asa z rękawa – odparł leżący na ziemi rudzielec i zaśmiał się upiornie. Chłopak zorientował się, że to zasadzka, jednak było już za późno. Poczuł, jak coś wbija się mu w ramię. Spojrzał zaskoczony na niziutkiego chłopca, którego przeoczył w tym całym ferworze walki, trzymającego w ręce już pustą strzykawkę. 
- Słodkich snów, maleńki – wymruczał chłopaczek, unosząc wargi we wrednym uśmieszku.
- O kurwa – zaklął siarczyście, po czym kolana ugięły się pod jego ciężarem, niezdolne do jakiegokolwiek ruchu. Czuł, jak jego ciało powoli ogarnia otępienie. Tego się nie spodziewałem, pomyślał, ganiąc się w myślach za własną głupotę. – Co wyście mi wstrzyknęli, mendy nieumyte?!
- Ah, to? To tylko stężona mieszanka leków uspokajających, znieczulających, paraliżujących ciało no i moja ulubiona domieszka psychotropów. Ta dawka powaliłaby słonia w ciągu paru minut, więc nie próbuj nawet z tym walczyć.
- Przyrzekam, że dorwę… i zajebię was… wy tchórze… – wypowiedział te słowa z wielkim trudem, kiedy podszedł do niego od tyłu dryblas i zamachnął się kijem prosto w głowę blondyna, a on padł sparaliżowany na ziemię. Przywódca gangu zaśmiał się nad nieprzytomnym ciałem chłopaka i splunął mu w twarz.
W tym samym czasie Dea obserwowała całe zajście i walczyła z sobą. Oddychała szybko i zaciskała pięści z całej siły, pozostawiając krwawe ślady wewnątrz dłoni. Chciała pobiec i dokopać tym palantom używającym obrzydliwych sztuczek by wygrać, ale wiedziała, co się stanie, jeżeli wda się w bójkę. „Jeżeli wznów się wpakujesz w kłopoty, nie pomogę ci. To ostatnia szkoła, do której chcieli cię przyjąć, więc nie zniszcz tej szansy” odezwał się ojcowski głos wewnątrz jej czaszki, przypominając poranną obietnicę. Potargała już i tak rozczochrane włosy i przewróciła oczami.
- Pieprzyć to - mruknęła i pobiegła w stronę powalonego chłopaka.
Będąc ponad metr od przywódcy gangu wystrzeliła w górę i opadła na rudzielca, używając całego ciężaru swojego ciała, by go powalić. Chłopak runął na ziemię z głuchym jękiem zaskoczenia, jednak dziewczyna nie dała jego grupie szansy na objęcie prowadzenia. Przeskoczyła nad przywódcą i kucając, przewróciła dwóch napastników. Szybko wyprostowała się i zamachnęła pięścią prosto w nos kolejnego palanta. Ten jednak uchylił się w ostatnim momencie i wyszczerzył żółte od fajek kły w ironicznym uśmiechu zwycięstwa, jednak Dea miała plan na każdą taką okazję. Prawym kolanem uderzyła w brzuch dryblasa i kiedy zginał się z bólu po wcześniejszym kopniaku, trzasnęła go otwartą dłonią od dołu w nos, łamiąc go. W tym samym momencie od tylu objęły ją czyjeś ramiona, pokryte wieloma tatuażami. Nie oglądając się za siebie, chwyciła gangstera za rękę i przerzuciła przez ramię. Nie dała im odpocząć nawet sekundy, kolejny kopniak z półobrotu leciał już prosto w żebra następnego cwaniaczka. Yeah, wspaniały dźwięk!, pomyślała czarnowłosa z dziką satysfakcją, słysząc kilkukrotne chrup. Połamała mu parę żeber i chłopak nie był w stanie dalej walczyć. Trzech leżało już na ziemi, rzucając się w konwulsjach i jęcząc z bólu gorzej niż kobiety podczas porodu, więc pozostał tylko szef i ten niziutki.
Dziewczyna najpierw chciała wykończyć mikrusa, by szefuńcio miał czas, aby zesrać się w gacie ze strachu, ale ten mały tchórz uciekł, więc Dea skierowała cały swój gniew na przywódcę gangu. Rudzielec leżał na ziemi i patrzył na nią przerażony, w oczach wezbrały mu łzy i spływały niepowstrzymane na ziemię. No błagam! Czy to w ogóle jest facet?!, pomyślała zażenowana jego "odwagą"...
- Wstawaj – warknęła dziewczyna, jednak chłopak pokręcił przecząco głową. – No już, wstawaj! Nie będę bić leżącego! – krzyknęła zirytowana.
Ten chłopak bał się jej, a wciąż jeszcze pozostawała spokojna. Na szczęście nie widział jej, kiedy stawała się naprawdę zła, jak na przykład w trakcie okresu, bo chyba rzeczywiście narobiłby w majty.
Nagle poczuła delikatny, a jednocześnie stanowczy dotyk czyjejś dłoni na ramieniu.
- Uspokój się. Wystarczy – wyszeptał blondyn wprost do jej ucha, chwiejąc się na nogach i zataczając niebezpiecznie to do tyłu, to do przodu. – Security tu idą, musimy spadać.
Odwróciła się w jego stronę zdezorientowana, a beksa siedząca na ziemi wykorzystała okazję i uciekła, wrzeszcząc wniebogłosy „Potwór! Demon! Ratunku!”. Dea całkowicie zignorowała uciekającego chłopaka tylko spojrzała na blondyna wycierającego krew z twarzy. Połowa jego czaszki upaprana była w czerwonej mazi, a druga tak opuchnięta, że ledwo można było rozpoznać rysy chłopaka. Jednak, kiedy jego oczy spotkały się z jej, chłopak mimowolnie zadrżał ze strachu. Dziewczyna nie rozumiejąc o co im chodzi, odwróciła twarz w stronę okna i nagle zajarzyła powód przerażenia gangstera i blondyna. Podczas walki wypadły jej soczewki i teraz oczy jarzyły się potwornym, demonicznym, czerwonym blaskiem. Do tego całą twarz miała upaćkaną we krwi, a rozczochrane włosy spływały w dół ciała niczym u jakiegoś pieprzonego potwora.
- To mutacja jakiegoś genu w moim ciele – wyszeptała nagle upokorzona i zawstydzona tym, jak wygląda. – Ludzie boją się ich, dlatego noszę soczewki.
Blondyn spojrzał na czarnowłosą i już chciał jej coś powiedzieć, gdy za plecami dziewczyny dojrzał zmierzające w ich stronę trzy postacie. Chwycił Deę za rękę i pociągnął z dala od nadchodzących osób. Choć kręciło mu się w głowie, a obraz kołysał się na wszystkich możliwych płaszczyznach, to nie mógł dopuścić do spotkania dziewczyny z Security. Kiedy uznał, że znajdują się w bezpiecznej odległości od tamtej trójki, zatrzymał się, sapiąc i słaniając na nogach. Dea wyrwała rękę tym razem pierwsza, zażenowana zaistniałą sytuacją. Odwróciła się plecami do chłopaka, by nie widział jej szkarłatnych oczu. Za nic w świecie nie chciała, aby pomyślał, że jest potworem.
- Uważam, że są piękne… twoje oczy… – powiedział nagle ni stąd ni zowąd blondyn, jakby czytając jej w myślach, choć to w sumie nie było aż tak trudne. Dea zaskoczona ponownie obróciła się przodem do blondyna. Nigdy nie sądziła, że ktoś powie coś takiego, a zwłaszcza chłopak. Ludzie bali się jej, kiedy spoglądały na nich te czerwone ślepia, dlatego zaczęła nosić soczewki. W dzieciństwie nazywali ją „Pomiotem Szatana” i zabierali swoje dzieci, gdy chciała się z nimi bawić. Naprawdę, zdążyła się już do tego przyzwyczaić, ale…
- Hm… dzięki… chyba – odparła, na co chłopak wyszczerzył się kpiarsko, po czym zakołysał na nogach i upadł na kolana. Dea podała mu rękę i pociągnęła ku górze. – Choć, zaprowadzę cię do pielęgniarki, tylko… Gdzie to jest?
- Podążaj za tym różowym jednorożcem. Tęcza wskaże ci drogę! – krzyknął i znów się zatoczył. – Css, durne skrzaty w zielonych kubraczkach cały czas podstawiają mi nogi. Spieprzać do domu, łajzy jedne!
- Chłopie, czym oni cię naćpali? Po takim gównie gwarantowany odlot jak stąd do Honolulu! – mruknęła dziewczyna, zarzucając sobie jego rękę przez ramię, a głośno dodała – Boli cię głowa?
- Hm? Dlaczego miałaby mnie boleć? Aaaaaa! No tak, przecież dostałem pałą w łeb, nic dziwnego, że czuję się jak jakaś pierdolona piłka, khe khe khe.
- Okay… Bez komentarza.
Na szczęście, w oddali pojawił się napis „szkolna pielęgniarka”, więc Dea zaprowadziła tam blondyna i przekazała pulchnej babce po 40. Ta najpierw wpadła w panikę, że co?!, że jak?!, że gdzie?!, że kto?!, ale po uproszczonych wyjaśnieniach, stwierdziła, że trzeba zawieźć chłopaka na pogotowie, bo podejrzewa wstrząśnienie mózgu. Dziewczyna chciała wyjść, gdy za plecami rozległ się schrypnięty, męski głos. – Bea!
- Że kto?!
- No, Bea albo Fea czy jakoś tak, cho no tu!
Dziewczyna westchnęła poirytowana. Uratowała dupsko temu palantowi, a on nie raczył nawet zapamiętać jej imienia?! Chamstwo!
- Dea jestem, ty cholerna kupo mięsa – warknęła, podchodząc do łóżka chłopaka.
- Shin Kuroshi – odparł i wyszczerzył zęby w dziwnej parodii uśmiechu. – Jak wyjdę, musisz mi pokazać jak się bijesz. Chcę cię do mojego gangu.
- Zapomnij, nie biję się już – odparła zmęczona i zawiedziona. Jednak był taki sam jak wszyscy inni faceci. Albo chcieli ją przelecieć, albo mieć w swoim gangu, albo przelecieć i zabić, dlatego, że nie była w ich gangu. Zdążyła się już przyzwyczaić do takich akcji.
- Daj mi dwa miesiące, a sprawię, że będziesz w mojej grupie.
- Taaa? Może frytki do tego, co? – parsknęła śmiechem na samą tak głupią myśl, że mogłaby być czyjąś podwładną w gangu. – Tak z czystej ciekawości, jak niby chcesz to zrobić?
- To proste – odparł z nienormalną wręcz pewnością siebie i spojrzał na nią niezwykle przytomnymi oczami. – Rozkocham cię w sobie i sprawię, że zrobisz dla mnie wszystko…
Shin uśmiechnął się ponownie, a Dea patrzyła na niego oniemiała; czuła, że żyła zaczęła jej niebezpiecznie pulsować, a to oznaczało tylko jedno – czystą, nieposkromioną chęć mordu…
- Wołaj doktora, bo chyba mamy zgon – mruknęła pod nosem i właśnie chciała poturbować tego dupka jeszcze troszkę, jednak w tym samym momencie w pokoju pojawiło się dwóch ratowników medycznych i zanieśli Shina do karetki. Z wnętrza samochodu blondyn zawołał jeszcze: – Nie ufaj Security, najlepiej nie zbliżaj się do nich. Oni są… – no i trzask zamykanych drzwi, przerwał Shinowi w połowie zdania. Deę jeszcze przez dłuższy czas odprowadzał dźwięk syreny znikającej w odmętach samochodów, budynków, ulic i wszechobecnych ludzi. Skierowała się do swojego nowego pokoju. Na szczęście, miała osobną sypialnię, bez żadnej wkurzającej współlokatorki z gębą pełną nikomu niepotrzebnych, przyjacielskich frazesów. Jej walizka stała pod ścianą, ciągle niewypakowana. Spojrzała na nią przelotnie i opadła na masę poduszek, leżących na czerwonej pościeli.
- Aaaah… Jestem żałosna. Nie wytrzymałam nawet jednego dnia bez walki – mruknęła i przejechała ręką po twarzy. Nagle zorientowała się, że wciąż pokrywa ją zaschnięta warstwa krwi i potu. Podniosła się z cichym westchnieniem i udała do malutkiej łazienki. Zrzuciła upaćkane ubranie, weszła pod prysznic i odkręciła wodę na jak najgorętszą. Uwielbiała ciepło powoli rozchodzące się po jej ciele i rozgrzewające każdy milimetr skóry. Wyszła dopiero, gdy woda stała się zimna, ponieważ niestety w internatach każdy uczeń miał przydział ciepłej wody, którą zużywał w ciągu dnia. Ubrała swoją ulubioną bieliznę, szaroniebieską w serduszka, krótkie spodenki i sięgający aż do kolan t-shirt z napisem „Jesteśmy tutaj, by walczyć, walczymy po to, by być”. Nagle z torby odezwał się jej telefon wspaniałą melodią „The Civil Wars – The One That Got Away”. Chwyciła go i przyłożyła do ucha. – Tak słucham?
W aparacie odezwał się radosny głos jej ojca, a w tle słyszała wesołe rozmowy i muzykę. – Jak tam twój pierwszy dzień, słoneczko? Zaprzyjaźniłaś się już z kimś?
- Jaja sobie ze mnie robisz?! – odparła poirytowana. – Już pierwszego dnia nadziałam się na jakiegoś palanta, bandę gangsterów z metalowymi pałami i prawie złapali mnie jacyś cholerni Security!
- Czyli normalność bez żadnych przemyśleń odnośnie naszej porannej rozmowy…?
- Hm… taaaa – mruknęła niepewna reakcji ojca, jednak mężczyzna roześmiał się tylko tubalnym głosem przypominającym jej świąteczne Ho Ho Ho. Zawsze mogła liczyć, że ten stary piernik poprawi jej samopoczucie.
- No to mam dla ciebie miłą wiadomość na poprawę humoru. Przyjdź jutro na obiad do Zakon Siedmiu Świętych Archaniołów Wojowników, znajdującego się poniżej twojej szkoły. Zostałem zaproszony razem z bratem Jeremiaszem na uroczystości, więc… – nagle telefon wypełniły ludzkie krzyki pełne bólu oraz odgłosy walki i roztrzaskiwanych przedmiotów.
- Tato! – krzyknęła wystraszona dziewczyna. – To nie jest śmieszne, tato. Odezwij się! Błagam cię!!!
- Uciekaj! Musisz uciekać! – wrzasnął przerażony mężczyzna. Dea usłyszała jak coś ciężkiego upadło na ziemię z wielkim hukiem.
- Tato? – wychrypiała przerażona, a w gardle utworzyła się jej gula rozmiarów pięści.
- Przepraszam cię… moja mała, słodka Deo… – wyszeptał mężczyzna z wielkim trudem, po czym w słuchawce zapadła cisza, przerywana tylko rytmicznym dudnieniem, które nasilało się coraz bardziej. Dopiero po chwili dziewczyna zorientowała się, że to czyjeś kroki…
- Tato! – krzyknęła dziewczyna, wsłuchując się w najcichsze dźwięki, gdy w słuchawce odezwał się nieznajomy, męski głos przepełniony lodowatym chłodem i okrucieństwem.
- Płoń, moja mała, płoń! – powiedział głos i roześmiał się. – Cały świat staje w płomieniach, więc stań razem z nim. Pokaż, na co cię stać i spal to wszystko w nicość. Z prochu w proch. Z ciemności w ciemność. Z ognia w ogień…
Nagle w słuchawce zapadła głucha cisza, bardziej przerażająca od wcześniejszych krzyków. Bo prawdziwe demony kryją się za ciszą, karmią się nią i atakują bezszelestnie. Cisza to największe przekleństwo szeptu.
A tylko umarli szepczą w ciszy…

1 komentarz: