W zniszczonym miasteczku, zapomnianym już dawno temu z nazwy, niespodziewanie na niebie pojawił się świetlisty blask o barwie sączącej się krwi, jakby tysiąc piorunów uderzyło w tym samym czasie, w to samo miejsce, rozświetlając okolicę na wiele godzin. Mężczyzna ubrany w czarny garnitur obserwował całe zdarzenie z daleka, a na jego ogorzałej od słońca twarzy pojawiły się konsternacja i niepokój. Uniósł jasnobłękitne oczy ku niebu z lękiem, uważnie wsłuchując się w wibracje wyczuwalne w naelektryzowanym powietrzu. Nim poświata całkowicie zgasła, pogrążając świat w mroku, ruszył w stronę nieistniejącego już miasteczka, by wypełnić powierzoną mu i innym z Zakonu misję.
Wkroczył do opustoszałego miasta, trzymając nad głową czarny parasol, choć od dawna w tym rejonie nie spadła ani jedna kropla deszczu. Szedł powoli główną ulicą, rozglądając się na wszystkie strony bacznym wzrokiem, a budynki zamarły w ciszy, przysłuchując się krokom rozbrzmiewającym na spękanym asfalcie. Zatrzymał się dopiero przy wyrwie w drodze, głębokiej na kilka metrów, z której wciąż unosił się dym i zapach palonej siarki. Zszedł powoli w dół, starając się nie dotykać gorącej powierzchni ani nie wdychać smrodu unoszącego się jak mgła. Dopiero, gdy stanął pewnie na nogach na samym dnie, spojrzał na leżące niedaleko zawiniątko. Wyciągnął rękę i drżącymi palcami odgarnął kawałek brudnego i nadpalonego materiału, odsłaniając tym samym najbardziej niezwykłą istotę, jaką jego oczy kiedykolwiek ujrzały.
Zawinięte w kilka warstw łachmanów leżało niemowlę. Nie płakało, nie wydawało żadnego dźwięku, jakby było całkowicie spokojne, tylko jego szkarłatne oczy spoglądały rozbawione na otaczające budynki, jakby nie mogąc się nadziwić. Kruczoczarne włosy, co rusz delikatnie gilgotały mężczyznę w dłoń, która zawisła kilka centymetrów od twarzy dziecka. W pewnym momencie, dziwna istotka zwróciła całą swą uwagę na stojącego i drżącego człowieka, a na rubinowych usteczkach pojawił się delikatny uśmieszek. Mężczyznę od razu ogarnęła litość oraz głębsze, bardziej niespotykane uczucie, którego nie potrafił nazwać. Pochwycił dziecko w ramiona i wyniósł z krateru. Znalazł miejsce, gdzie mógłby je ukryć, okrył kocem, do połowy zeżartym przez mole, wyciągniętym z rozwalającej się szafy i wyszedł ponownie na zewnątrz.
Zdążył dotrzeć z powrotem do wyrwy, kiedy za jego plecami pojawili się inni. Dziesiątki czarnych parasoli trzymanych przez mężczyzn w czarnych garniturach, zapełniły ulicę wzdłuż i wszerz. Mężczyzna poczuł ciężar czyjejś dłoni na ramieniu i, nie odwracając się, odpowiedział na nieme pytanie brata.
- To nie to miejsce, bracia. Pomyliliśmy się.
W tym samym momencie ciężar dłoni zniknął z jego ramienia, a czarne parasole oddaliły się niczym fala czarnej wody zapowiadająca zbliżający się koniec. Ponownie tego dnia spojrzał na niebo z lękiem, jednak tym razem również ze stanowczością i wysłał niemą modlitwę do Absoluta. Panie, jakże mógłbym zabić to dziecko, nawet, jeżeli jest Początkiem i Końcem? Czy nie nakazałeś nam kochać bliźniego i wybaczać winy? Nie mogę go zabić i nie dopuszczę, by zrobił to ktoś inny. Wybacz mi Panie, ale wybieram właśnie tę drogę.
Człowiek w garniturze wrócił po dziecko i uśmiechając się do niego, przytulił je by zasnęło, po czym skierował się z powrotem ścieżką, którą przyszedł. Teraz wydawała się mu ona bardziej przejrzysta i prostsza. Wiedział, że zawiódł swoich braci, Zakon i ludzi, którzy poświęcili się tej misji, ale nie mógł postąpić inaczej. Postanowił wychować dziecko jak swoje własne, ucząc je szacunku, miłości i pobożności. Myślał, że może nawet kiedyś wstąpi do Zakonu Siedmiu, jednak mężczyzna nie spodziewał się, iż dziecko okaże się być dziewczynką…
Oddalając się pośpiesznym krokiem, nie zauważył dwóch osób siedzących na dachu. Tylko dziewczynka obserwowała dziwnych mężczyzn, oczami tak szkarłatnymi, jak świeża krew. Mężczyźni przyglądali się całej scenie z uśmiechami na ustach, a przed nimi stała niezwykła szachownica. Białe figury jarzyły się delikatnym, jasnobłękitnym blaskiem, natomiast czarne emanowały dziką, niepohamowaną, rubinową poświatą. Chudszy mężczyzna pocierał w zamyśleniu brodę, patrząc na dziecko z oczekiwaniem, podczas gdy drugi z nich spoglądał na szachownicę ze spokojnym racjonalizmem. Jak na razie na polu spotkały się dwie figury, które zaraz po zetknięciu z szachownicą przybrały postać oddalającego się mężczyzny oraz dziewczyny dzierżącej miecz w swej dłoni.
Mężczyźni spojrzeli na siebie, po czym rozpłynęli się w powietrzu bez żadnego pozostawionego śladu ich obecności. Dziewczynka natomiast zamknęła oczy i wygodnie ułożyła główkę na ramieniu człowieka w garniturze, odpływając w swój pierwszy sen na tym dziwnym, ale pięknym jednocześnie świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz