Witam
wszystkich dzisiejszego wieczora, albo raczej dzisiejszej nocy! Poniższy
rozdział miał być prezentem najpierw na pierwsze urodziny Burzy, a potem na
Mikołajki, ale udało mi się go wcześniej skończyć, więc postanowiłam wrzucić go
szybciej. Mam nadzieję, że nie będziecie za to na mnie źli… :D Dziękuję wam
bardzo za wytrzymałość, cierpliwość i komentarze. Wiem, że jeszcze długa droga
przede mną, aby spełnić wasze oraz własne wymagania odnośnie formy i
stylistyki, ale naprawdę staram się poprawić! Nawet kupiłam sobie książki w
Empiku o gramatyce, interpunkcji i ortografii :P Teraz mam kogel-mogel w
szkole, ale postaram się zacząć pisać kolejny rozdział jak najszybciej i może
na święta lub po świętach go zamieścić. Zobaczymy jak to wyjdzie. Dobra… ja
zmykam spać, a was zapraszam do czytania oraz do komentowania. Zostawcie za
sobą ślad na dole dla potomnych itd.
Enjoy!
CreativeViolet
***
„Za
każdą chwilę ekstazy musimy płacić drżący twardą walutą cierpienia.”
~
Emily Dickens
Dea opadła na podłogę, niezdolna się ruszyć. Wydarzenia tej nocy
całkowicie pozbawiły ją energii. Odgarnęła czarne pasma spoconych,
skołtunionych włosów z twarzy i za wszelką cenę starała się choć jeszcze przez
chwilę utrzymać oczy otwarte. Na skraju pola widzenia mignęły jej znikające za
drzwiami plecy Shina odziane w czarny materiał. Pomimo olbrzymich oporów ciała
podniosła się z ziemi i zrobiła chwiejny krok w stronę wyjścia, by iść za
chłopakiem. Nagle poczuła, jak ktoś chwycił ją za ramię i zatrzymał, nie
pozwalając odejść.
- Zostaw go... – burknął Ash, kołysząc się na nogach ze
zmęczenia.
Jego twarz postarzała się o 10 lat w przeciągu tych kilkunastu minut,
podczas których odbywał się rytuał. Ciemne włosy opadały zmierzwione na zapadnięte,
blade policzki, a w jego złocistych, zwykle rozbawionych oczach zagościł smutek
sprawiając, że przygasły niczym umarłe gwiazdy. Uczucie, które nie powinno
istnieć w sercu demonów – ponownie zagościło w sercu Asha. Może właśnie na tym polegało
niebezpieczeństwo tego rytuału? pomyślała
Dea czując ciepłe palce na swoim ramieniu. Wiedziała, że przyjacielowi również
jest smutno z powodu Asuny, w dodatku Shin przysparza mu kolejnych zmartwień.
Nie chciała, by musiał martwić się także o nią, jednak nie miała innej opcji…
- Przepraszam. Nie martw się o mnie – mruknęła i łagodnie odjęła
dłoń demona ze swojego ramienia. – Wrócę niedługo…
Nie pozwoliła, by przyjaciel więcej się odezwał i jedynie
posłała mu szybki uśmiech, który nie sięgnął jej oczu. Szybkim krokiem wyszła
na korytarz i zniknęła pozostawiając na środku pokoju demona z bezsilnie
opuszczonymi wzdłuż ciała ramionami.
Wybiegła z budynku szkoły i nie zwracając uwagi na siąpiący z góry
deszcz, wyszła na ulicę i delikatnym truchtem udała się w stronę miasta. Miała
nadzieję, że znajdzie Shina jak najszybciej i może uda się jej go pocieszyć,
ale jak to mówią: nadzieja matką głupich… Toteż zdawała sobie sprawę, że
wszystko może potoczyć się zupełnie inaczej. Nie wiedziała, dokąd się udał. Nie
było z nim żadnego kontaktu, ponieważ wyłączył swój telefon. Nie miała pojęcia,
czy uda się jej w ogóle go odszukać. Co,
jeśli on nie chce zostać odnaleziony? przemknęło
jej przez myśl. Skrzywiła się nieznacznie i potrząsnęła głową odganiając od
siebie niepotrzebne przypuszczenia. Przecież
to nie tak, że już nigdy nie wróci. Może po prostu potrzebuje chwili w
samotności? Jednak im dłużej
tak się nad tym zastanawiała to czuła, iż Shin może jej potrzebować, a ta myśl
sprawiała, że łatwiej było kontrolować zmęczone i drżące z zimna mięśnie.
Nim doszła do miasteczka miała całe buty, spodnie i bluzę
przemoczone do suchej nitki, a z włosów spływały strużki wody, ściekając po
mokrych i zaczerwienionych od mrozu policzkach. W połowie lutego na dworze
nadal panowało przenikliwe zimno, w szczególności w nocy. Ulice i chodniki
pokrywała mokra, brejowata ciapa – ni to śnieg, ni to woda; rozbryzgująca się
przy każdym kroku na wszelkie możliwe strony. Taka pogoda nie sprzyjała
wieczornym spacerom, toteż ulice były praktycznie wyludnione. Jedynie od czasu
do czasu po szosie przemykał pojedynczy samochód i znikał chwilę później w
mrokach nocy, odprowadzany przez dźwięk rozbijających się na asfalcie kropel
deszczu.
Mniej więcej po piętnastu minutach żwawego spaceru wreszcie
dotarła do centrum miasteczka. Rozejrzała się wokół w poszukiwaniu jakiegoś
punktu zaczepienia.
- Gdybym była facetem i miała mega deprechę… – pomyślała na głos,
obracając głowę dookoła i starając się znaleźć jakąś wskazówkę. Niestety, wszystko
wyglądało z grubsza tak samo; niewielkie kamieniczki wyłożone czerwoną cegłą
stały obok siebie oświetlone nielicznymi latarniami niczym zęby potwora
wysuwającego swą paszczę z głębin mroku. – …to gdzie byłoby pierwsze miejsce,
do którego bym poszła?
Spojrzała
bardziej do tyłu i w głębi jednej z bocznych uliczek dojrzała niewielki bar,
nad którym na wietrze powiewał szyld przedstawiający wyjącego do księżyca wilka
z napisem „Luna”.
- Bingo!
Przebiegła na drugą stronę ulicy i podeszła do drzwi. Nawet z zewnątrz
mogła usłyszeć muzykę, śmiechy oraz męskie, podniesione głosy. Spojrzała na
nazwę baru, kołyszącą się nad wejściem w podmuchach lodowatego wiatru i w jej
pamięci odżył obraz ostatniego razu, gdy była tu wraz z resztą ferajny… Gabriel
upił się wtedy dwoma kieliszkami śliwowicy, a Miracle ukradła z lady butelkę
Jack’a Daniels’a i opyliła go gdzieś pod stołem, po czym zaczęła zachowywać się
jak pies. Pamiętała również, że tamtego dnia po raz pierwszy w swoim życiu
odczuła Łaknienie – głód demonów. Z racji, że była córką Lucifera nie
wystarczała jej jedynie energia; odczuwała również głód krwi. Gdyby nie Shin,
tamtego dnia zabiłaby człowieka, nie mogąc się powstrzymać. Te wspomnienie
wywołało w jej sercu ukłucie, bo gdyby nie poznała Shina ponad cztery miesiące
temu, jej życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. Po upływie tego całego
czasu uważała, iż był on swego rodzaju ostoją dla niej. Tak jak pisał ojciec
Zachariasz w swym pamiętniku, pojawił się ktoś, kto został jej kotwicą i
sprowadził ją ponownie do człowieczeństwa. Dlatego nie potrafiła tak jak reszta
siedzieć i czekać na jego powrót.
Popchnęła drzwi do środka i momentalnie owiało ją ciepłe
powietrze, przesiąknięte zapachem dymu papierosowego oraz męskich ciał. Zapachy
tak silnie uderzające w zmysł powonienia, że osoba pozbawiona niemal całkowicie
siły i energii mogłaby się od tego przewrócić. I choć zakręciło się jej w
głowie, weszła dalej do baru. W ustawionych pod ścianami stolikach siedziało
przy każdym po pięciu - sześciu chłopa, rosłych jak dęby, żywo gestykulujących
oraz nieraz zupełnie nagle wykrzykujących bełkotliwym, ochrypłym głosem swoje
przekonania, nie przebierając w słowach. Tylko jeden stolik różnił się od
innych. Siedziało przy nim trzech chłopaków, wyglądających na niewiele
starszych od niej, może studenci. Przemknęła po nich wzrokiem, nie zwracając na
nich zbytniej uwagi.
Natomiast po drugiej stronie pomieszczenia stał stół bilardowy
okupowany przez rozochocony tłum różnej maści kobiet i mężczyzn. Byli tam i motocykliści
i biznesowcy, ale także zwykłe osiłki próbujące co rusz wzbudzić awanturę
miedzy rozgrywającymi. Oprócz stołu na ścianie wisiały różne zdjęcia wykonane w
sepii, jak również pośrodku nich swoje miejsce znalazła tarcza do lotek, na
której tarczy przyklejono wielokrotnie już przedziurawione zdjęcie kobiecych
pośladków w skąpo odzianej bieliźnie.
Pomiędzy
obiema strefami a barem przepływał biały niczym mgła dym wydobywający się z
papierosów. Podeszła do lady i wcisnęła się między siedzące tam osoby.
- Kolejka jest – warknął na nią barman rozeźlonym głosem i
zlustrował ją od dołu do góry.
Był to mężczyzna krępej budowy, z pucołowatymi policzkami pokrytymi
ciemnobrązową brodą oraz ubrany w czarny fartuszek barmański. Odkręcił butelkę
whisky i zamaszyście wlał alkohol do szklanki z kostkami lodu. Wciąż na nią
spoglądając podał trunek stojącemu po jej prawej stronie facetowi w
motocyklowej kurtce. – Wyglądasz, jakbyś potrzebowała shota, ale uwierz mi -
nie chcesz spędzić tego wieczór w tym towarzystwie.
Wskazał głową na stłoczony tłum ludzkich różnorodności i
skrzywił usta w pogardliwym grymasie.
- Szukam kogoś – odparła pewna już, że barman nie wyrzuci
jej z baru. – Chłopaka… Blondyna z zielonymi oczami. Pewnie często tu przychodzi
wraz z brunetem o złocistym spojrzeniu…
- Masz na myśli Asha? – przerwał jej i na jego ogorzałej twarzy
wykwitł krzywy uśmiech. – Czyżby ten Casanova cię zapłodnił? Jeśli tak, to
musisz stanąć w kolejce po alimenty.
- Szukam Shina, a Ash to jedynie mój przyjaciel – wyjaśniła
naprędce, a uśmiech zszedł z twarzy barmana, zastąpiony podejrzliwym grymasem.
- A po co ci wiedzieć, gdzie jest?
- Po prostu muszę go znaleźć! – podniosła głos, wkurzona bezsensownym
marnowaniem jej czasu. – Był tu?
- Nie widziałem go dzisiaj – odparł barman niewzruszony jej nagłym
wybuchem.
Zamknęła oczy i potarła skronie, a z jej gardła wyrwało się
przeciągłe westchnienie. Już miała odejść od lady, gdy brodaty mężczyzna
zawołał za nią:
- Hej, mała! Możesz jeszcze sprawdzić w tej knajpce trzy
przecznice dalej, ale jak coś - ja nic nie mówiłem.
- Dobra. Dzięki – rzuciła na odchodnym, odwróciła się i przemknęła
miedzy wirującym tłumem do drzwi.
Zadrżała pod cienkim materiałem bluzy, smagana lodowatym wiatrem.
Narzuciła kaptur na głowę, dłonie schowała do kieszeni i kuląc się z zimna,
skręciła w wąską uliczkę będącą skrótem do następnej przecznicy.
W
pewnym momencie podniosła głowę do góry, ponieważ drogę zagrodzili jej owi
studenci z baru. Zrobiła krok w prawo, chcąc ich ominąć, jednak jeden z nich -
przysadzisty szatyn o ulizanych włosach obciętych na grzybka - zagrodził jej
przejście ramieniem.
- Zgubiłaś się, maleńka? – zapytał przesadnie słodkim i
dobrotliwym głosem, od którego zemdliło ją w żołądku.
- Powiedz nam, gdzie idziesz, to może będziemy w stanie ci pomóc –
zaoferował długi, którego wygląd skojarzył się jej z patyczakiem.
Wyszczerzył pożółkłe zęby w obleśnym uśmieszku i oblizał spękane
od mrozu wargi.
- Albo lepiej zostań z nami. Zaopiekujemy się tobą... –
zarechotał trzeci, chwytając ją za ramię.
- Nie dotykaj mnie! – warknęła, strząsając jego
dłoń.
Starała się nie okazywać strachu, choć była po prostu przerażona.
Nie miała już siły ustać na nogach, a co dopiero bronić się przed trzema
napastnikami! Z góry wiedziała, że przegrałaby tę walkę, gdyby tylko do niej
doszło.
- Ulala… jaka zadziorna. Lubię takie! – stwierdził Patyczak
i zrobił krok do przodu, zmuszając ją do cofnięcia się jeszcze dalej. Nagle
plecami uderzyła w zimny mur i tym samym znalazła się w pułapce.
- I co teraz, maleńka? – wysyczał Grzybek, a jego cuchnący
alkoholem oddech owiał jej twarz. – Nie masz dokąd uciec...
Chwycił kosmyk jej włosów i podniósł do twarzy, zaciągając się
słabym zapachem truskawkowego szamponu. Odruchowo jej dłoń wystrzeliła do
przodu i trzasnęła go w twarz.
- Powiedziałam... Nie. Dotykaj. Mnie – wycedziła, spoglądając na
nich spode łba. Miała nadzieję, że to spojrzenie choć trochę ich przestraszy i
odpuszczą. Jednak tym razem nie miała wystarczająco szczęścia...
Chłopak, którego spoliczkowała zacharczał wściekle zupełnie jak jakiś
zwierz i nienaturalnie szybkim ruchem chwycił ją za gardło i podniósł do góry.
- Ty mała suko…! – wysyczał trzeszczącym głosem.
Dea spojrzała na niego, próbując wyrwać się z tego żelaznego uścisku i
momentalnie zamarła, zapatrzywszy się w jego oczy. Zdawało się, że są one
zimne, bezwzględne i puste – zupełnie jakby były martwe, jednak przy dłuższej
chwili dostrzegało się panikę malującą się wewnątrz nich. Zupełnie jakby to nie
ten chłopak kontrolował swoje ciało…
Prawda uderzyła ją niczym solidny cios w twarz i pewnie
pozbawiłaby tchu, gdyby nie robiły to ręce opętanego przez demona
chłopaka.
- Zniszczę cię, ty małe plugastwo! Rozdepczę niczym robala, którym
jesteś – warczał na nią i z każdym słowem zaciskał ręce coraz mocniej na gardle
dziewczyny.
Nie miała już nawet siły, by dalej walczyć. Jej ciało zwiotczało w
uścisku mężczyzny, a ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała. Zaczęło ciemnieć jej
przed oczami, a ostatnią rzecz, którą zobaczyła to postać zmierzającego w ich
stronę mężczyzny…
***
Krążył jeszcze czas jakiś po mieście,
nie mogąc się zatrzymać. Podmuch lodowatego wiatru we włosach, dotyk kropel
deszczu na twarzy, cichy pomruk maszyny pod nim przemykającej niczym lampart po
uśpionych ulicach miasta – wszystko to pozwalało mu zachować zdrowy rozsądek.
Albo przynajmniej jego resztki. Albo po prostu cokolwiek…
Jeśli to nie było jego kotwicą, to co
miało nią być?! W ciągu dwóch ostatnich dni stracił PONOWNIE dwie osoby, które
kiedykolwiek kochał. Roan zostawił go bez pożegnania w momencie, w którym
potrzebował go najbardziej, a teraz, kiedy mogli naprawić swoją relację –
umarł. Tak samo było z Asuną. Nie dość, że stanowił powód jej pierwszej
śmierci, to tym razem doprowadził do całkowitego wymazania egzystencji
dziewczyny. Gdziekolwiek się pojawiał, przynosił ludziom ból i cierpienie.
Kogokolwiek obdarował uczuciem, ta osoba opuszczała go lub umierała. Ile
cierpień mógł wytrzymać jeden człowiek, nim całkowicie się podda? Cóż… on miał
już tego serdecznie dość!
- Kurwa!!! – zaklął, wydzierając się
poprzez zawiewający wiatr.
Nagle stracił panowanie nad kierownicą
i motocykl niebezpiecznie zakołysał się na drodze. Zwolnił do niemal
przepisowej prędkości i odbił w jakąś mniejszą uliczkę prowadzącą do centrum
miasta. Zatrzymał się koło obskurnego baru, w którym przesiadywał wraz z Ashem
jakiś czas temu. Sam nie wiedział, czy chce mu się napić, czy nie, ale w dziwny
sposób czuł, że musi wejść do tego baru. I to tak odczuwał, zupełnie jak
człowiek, który musi w nagłej potrzebie natychmiast skoczyć do kibla. Parcie na
tarcie, że się mógł tak wyrazić, choć osobiście bardziej do gustu przypadło mu
powiedzonko Asha: „ciśnienie na pieprzenie”, ale w tym momencie nie miał żadnej
ochoty widzieć się z jakąkolwiek kobietą.
Gdy tylko zamykał oczy na przemian migały mu dwie twarze, dwa
uśmiechy, dwa słowa wypełniające jego myśli na każdej możliwej płaszczyźnie.
Gubił się już w tym wszystkim, bo w dziwny sposób widok tych dwóch twarzy
przyprawiał go o ból, jednak każda o zupełnie inny. Nie potrafił tego nazwać
słowami, a może i podświadomie nie chciał tego robić.
Zważywszy na ostatnie wydarzenia najmniej w świecie
pragnął teraz, aby kolejna osoba umarła tylko przez to, że zapragnął jej
bliskości. Nie martwił się tu o Asha, bo wiedział, że jako demon nie może
umrzeć, jednak najbardziej niepokoił się o nią. Była człowiekiem, delikatną
dziewczyną, która została bezceremonialnie wrzucona na pole walki między dwie
największe potęgi rządzące wszystkim, co istnieje – między dobro i zło. Nie
mógłby sobie tego nigdy wybaczyć, że musiałaby umrzeć tylko dlatego, że pragnął
jej.
No właśnie… Czy mógł jej pragnąć? Tej czystości,
nieskalaności, idealnego obrazu dobroci człowieka? Choć starała się to wszystko
ukryć pod grubą warstwą pogardy dla świata i ironii, znał ją na tyle dobrze, by
wiedzieć, że to wszystko to tylko maska. Jej prawdziwe „ja” było kwintesencją
ludzkiej moralności i odwagi. Czymś tak rzadkim i niezwykle pięknym, że nieraz
miał ochotę paść na kolana i dziękować Absolutowi za to, że mógł ją poznać. Ale
nigdy tego nie zrobił…
Zamiast tego tylko ją ranił. Nawet jeśli nie było to jego zamiarem
– doprowadzał ją do łez, choć od czasu śmierci ojca Zachariasza nigdy nie
widział, by płakała. Czasem, ale tylko czasem, wyobrażał sobie jej twarz
podczas płaczu i zawsze wtedy w myślach przyciągał ją do siebie, by ukryć przed
całym światem głęboko w swych ramionach. Nie chciał, by ktokolwiek zobaczył jej
łzy, bo łzy kobiety są jak najwspanialsze diamenty. Pragnął być jedyną osobą,
która kiedykolwiek zobaczy jej łzy, ale tylko i wyłącznie łzy szczęścia, nigdy
nie łzy bólu. Czy był godzien chociaż tego?
Nagle jego wzrok przyciągnął siedzący na schodkach do baru
starzec. Pomarszczona twarz pokryta białym zarostem i rozwichrzonymi siwymi
włosami ukrytymi pod starym kaszkietem odwróciła się w jego stronę, a spod wielu
zmarszczek spozierały na niego ciemnogranatowe oczy o niezwykle przeszywającym
spojrzeniu. Mężczyzna zmarszczył brwi, jakby w dezaprobacie zachowania Shina i
wstał ze schodków, podchodząc do oniemiałego chłopaka.
- Chłopcze, czy wiesz co jest w życiu najważniejsze? – zapytał
się głębokim głosem, stając przed nim.
- Przepraszam?
- Nie przepraszaj, tylko odpowiedz: co jest najważniejsze w
życiu? – zadał jeszcze raz to samo pytanie, ponownie marszcząc gniewnie brwi.
Zastanowił się chwilę, by przypadkiem nie urazić tego starszego
człowieka, no bo może miał jakieś problemy psychiczne czy coś i dlatego tak
nagle do niego podszedł. Może przypominał mu kogoś, albo może przypominał mu
samego siebie sprzed kilkudziesięciu laty?
- Miłość? – odparł niepewny reakcji
staruszka.
- Nadzieja, synu – odpowiedział starzec i uśmiechnął
się leciutko. – Kiedy masz nadzieję, masz wszystko czego potrzebujesz do
szczęścia. A jak to pisał mój stary znajomy Dante: „Nadzieja przychodzi do
człowieka wraz z drugim człowiekiem.” Nie zapominaj o tym nigdy…
Przeszedł koło niego i skręcił do jednego z zaułków bez żadnego
wcześniejszego ostrzeżenia.
- Zaczekaj! – zawołał za nim i pobiegł za staruszkiem,
który nagle zniknął w uliczce. W tym samym momencie usłyszał coś, czego żaden
normalny człowiek by nie usłyszał. Później również bardzo często zastanawiał
się, jak był w stanie to zrobić, ale nigdy nie znalazł odpowiedzi na powyższe
pytanie.
Usłyszał bowiem głos Dei dobiegający z owego zaułka:
– Nie. Dotykaj. Mnie
Spiął wszystkie swoje mięśnie i szybkim krokiem
zbliżył się do uliczki. To, co zobaczył sprawiło, że krew w nim zawrzała niczym
lawa w wulkanie. Uczucie, które go opanowało stanowiło czystą żądzę mordu. Bo
oto jakiś mężczyzna jedną ręką trzymał jego Deę za gardło, a drugą wpychał pod
jej ubranie. Wtedy całkowicie wyłączył swoje myślenie.
Rzucił się do przodu, powalił mężczyznę na ziemię
siłą rozpędu i zaczął go okładać pięściami po każdej możliwej części ciała.
Stracił swoje wszystkie zahamowania. Nawet wtedy, kiedy pozostała dwójka
rzuciła się na niego, nie potrafił przestać okładać tamtego po mordzie. Dopiero
kiedy mężczyzna stracił przytomność, jak zwierzę skoczył do góry, szukając
następnego przeciwnika. I znalazł go – drugiego z mężczyzn wstrząsanego na
ziemi drgawkami. Odwrócił się w jego stronę i zamachnął, by kopnąć go prosto w
żołądek. Miał gdzieś, że w ten sposób może doprowadzić do śmierci chłopaka.
Teraz po prostu liczyło się tylko to, by cierpieli.
- Przestań! – przebił się do jego umysłu opanowanego
krwistą mgłą głos dziewczyny. – To nie ich wina!
Stanęła przed nim, chroniąc leżącego na ziemi mężczyznę.
Spojrzał na nią rozbieganymi z szaleństwa oczami, nie bardzo wiedząc, co ma
teraz zrobić. Bo nadal wypełniała go chęć mordu, a jednocześnie widział w jej
oczach determinację i niemą prośbę. Zamknął oczy i pozwolił swojej wściekłości
opaść. Kiedy ponownie je otworzył, skupił się tylko na Dei. Powoli przesuwał
wzrokiem po jej twarzy, szyi, ramionach, tali, biodrach i nogach, a potem z
powrotem do góry. Próbował znaleźć jakiś ślad na jej drobnym ciele tej zbrodni,
którą na szczęście udaremnił, ale jej ciało pozostawało tak samo czyste jak
wcześniej.
- Nic ci nie jest? – wychrypiał niezrozumiałym
skrzekiem.
- Zostali opętani przez demony – odparła, najwidoczniej
źle usłyszawszy pytanie.
Spojrzała do tyłu na trzy nieruchome ciała leżące na
pokrytej śniegiem ziemi.
- Też to dopiero po chwili zauważyłam, dlatego nie
chciałam, abyś ich…
- Czy nic ci nie zrobili? – powtórzył głośniej, ponownie
zwracając całą uwagę dziewczyny na siebie.
Spojrzała na niego, a w jej oczach kolejno
pojawiało się zaskoczenie, ból i na końcu ulga. Wygięła wargi w delikatnym
uśmiechu mającym na celu zapewnienie go, że teraz już wszystko jest dobrze.
- Nie… Dzięki tobie.
Niewiele myśląc, przyciągnął ją do siebie i otulił
ramionami. Położył podbródek na czubku jej głowy, wdychając słodki zapach jej
truskawkowego szamponu do włosów.
- Nie mogę cię stracić – mruknął w jej włosy i
pocałował delikatnie czubek jej głowy.
Delikatnie odsunął ją od siebie i dotknął jej policzka.
Zaskoczona dziewczyna rozszerzyła swoje rubinowe oczy i zastygła w oczekiwaniu,
a on uśmiechnął się głupawo na ten widok. Była taka niezwykła! Ale ten zaułek
nie stanowił odpowiedniego miejscem na ciąg dalszy tej rozmowy. Szczególnie, że
dziewczyna cała drżała pod tymi cieniutkimi i przemoczonymi ubraniami, a jej
usta zrobiły się sine z zimna.
- Chodźmy do domu – oświadczył cicho, a Dea kiwnęła głową
potakująco. Spojrzała jeszcze tylko do tyłu i wzdrygnęła się, po czym
skierowała się do wyjścia z uliczki.
- Poczekaj tu na mnie – polecił jej, gdy stanęła koło
motocykla.
Przeskoczył po dwa schodki i zniknął we wnętrzu baru,
jednak po zaledwie kilku sekundach znalazł się z powrotem przy niej. Kiedy był
na ostatnim schodku zdawało mu się, że dostrzegł staruszka, który posłał mu
uśmieszek, przyłożył dłoń do kaszkietu, po czym zniknął, gdy ulicą przejechał
samochód.
- Powiedziałem Marianowi, aby zadzwonił na
pogotowie.
- Marianowi? – spytała, spoglądając na niego
zaciekawiona.
- Barmanowi – wytłumaczył spokojnie i chwycił jej dłonie w swoje,
próbując je rozgrzać.
- Skąd wiedziałaś, że zostali opętani?
- Ich oczy – mruknęła, nie spoglądając na
niego. Opuściła głowę w dół i zapatrzyła się w ich splecione ze sobą ręce. –
Wydawało mi się, że są martwe, ale w głębi nich dojrzałam cierpienie opętanych
chłopaków.
- A co, gdyby nie byli opętani?
- Nie wiem…
- A co, gdybym nie pojawił się w porę?!
- Nie wiem! – krzyknęła i wreszcie spojrzała
na niego. Dopiero teraz na jej twarzy pojawiło się przerażenie, które wcześniej
tak doszczętnie próbowała przed nim ukryć. – Nie mam pojęcia, co bym
zrobiła, gdyby nie ty! To chciałeś usłyszeć?!
- Nie… przepraszam – zreflektował się
naprędce. – Po prostu… nie chcę cię stracić. Nie mogę cię stracić.
- I nie stracisz – zapewniła go, a w jej głosie
brzmiała niezwykła pewność wypowiedzianych właśnie słów.
Zniżył głowę i zaczął delikatnie muskać jej szyję, czoło, nos,
zaczerwienione od mrozu policzki i usta. Lekko zatrzymał się przy nich, czekając
na jej ruch.
Czy odepchnie go, czy pozwoli na tę chwilę?
Zastanawiał się w głębi duszy, czego pragnąłby teraz bardziej – odrzucenia czy
rozkoszy, za którą będzie musiał kiedyś zapłacić trwogą. Tak czy siak, decyzja
należała do niej i tylko do niej. On mógł teraz tylko czekać.
Dea sapnęła cicho i przysunęła usta do jego
ust, łącząc ich w pocałunku zupełnie innym niż wszystkie. Intensywnym i
jednocześnie delikatnym, słodkim niczym miód i gorzkim jak ziarnko goryczy.
Całe swoje uczucia przelała w ten jeden pocałunek. Dotyk jego warg na jej
ustach wprawiał ją w niekończące się poczucie szczęścia; cała jego obecność
obok niej stanowiła podstawę jej funkcjonowania i egzystencji. I pragnęła mu to
wszystko przekazać w tym pocałunku. To, jak bardzo go kochała…
To, czy świat zostałby teraz spalony przez ogień czy
zalany przez wodę – nic ją to nie obchodziło. Istnieli tylko oni, ich usta
zamknięte w rozkosznym tańcu i dłonie splecione w uścisku. Kiedy wreszcie
oderwali się od siebie, oboje czuli się, jakby trawiła ich gorączka. Żadne
zimno, żaden śnieg i żaden wiatr nie mógłby ich teraz ostudzić.
Shin położył rękę na policzku dziewczyny i miękko zarysował jej
usta, a ona wtuliła się w tą dłoń i zamknęła oczy.
- Zmarzłaś – zauważył, obserwując parę wydobywającą się z jej ust
i owiewającą jego dłoń. – Wracajmy do Akademii…
- Zostańmy tak jeszcze chwilę – poprosiła nadal z
zamkniętymi oczami.
- Jeśli chcesz, możemy tak zostać i całą wieczność – powiedział,
a Dea otworzyła oczy i niepewnie przyjrzała się twarzy Shina pragnąc zapamiętać
każdy szczegół jego uśmiechu. Tego rzadkiego, szczerego, zarezerwowanego tylko
dla niej.
- Naprawdę?
- Jeśli tego chcesz…
- A co z Asuną? – spytała, nim zdążyła ugryźć się w język.
Skrzywił się lekko, ale zaraz potem ponownie na jego twarzy zagościł
uśmiech.
- Obiecałem jej, że będę szczęśliwy – mruknął cicho, przeciągle,
zupełnie jakby ważył wartość wypowiadanych słów. – A moim szczęściem jesteś ty.
Dea nie wiedziała, co mogłaby na to odpowiedzieć. Tyle razy
chciała coś takiego usłyszeć z jego ust, ale nigdy nie sądziła, że to może stać
się kiedyś prawdą.
- Masz rację. Wracajmy do Akademii. Mam tylko nadzieję, że nie
będą na nas o to źli…
- Nadzieja jest wtedy, gdy jest ciasto. Ciasto jest zawsze –
poważnie zacytował Dean’a Ray’a Koontz’a, wywołując śmiech u brunetki.
Usiedli na motocyklu, a Dea objęła go od tyłu w pasie i wtuliła
się w jego plecy. Poprzez cienki materiał swojej koszulki i jej bluzy czuł na
sobie ciepło ciała dziewczyny. I wiecie co? Było mu z tym cholernie dobrze! W
końcu czuł się w pełni szczęśliwy, zupełnie jakby po latach poszukiwań odnalazł
brakujący fragment swojego istnienia. Dea stała się jego częścią, jego duszą i
opoką, bez której nie mógłby żyć. Stanowiła dla niego cały wszechświat i jeśli
świat miał coś przeciwko temu, gówno go to obchodziło!
- Trzymaj się! – zawołał do niej i odpalił motocykl.
Maszyna skoczyła do przodu i pognała prosto do Akademii – do ich
domu…
Rozdział jak zwykle z resztą zajebiaszczy, ale nadal czekam na jakąś akcje z Gabrielem ω
OdpowiedzUsuńHej :D
UsuńDzięki wielkie za miłe słowa. Cieszę się, że nie skopałam tego rozdziału tak bardzo, jak myślałam, że to zrobiłam. Co do akcji z Gabrielem to hm... nie wiem, czy w samej Burzy pojawi się jeszcze jakaś znacząca akcja, ale na pewno w Płomieniu Gabryś odegra bardzo ważną rolę. Mam nadzieję, że uda mi się go gdzieś szybciej w coś wplątać, ale nic nie obiecuję. Postaram się :P
Pozdrawiam,
CreativeViolet
Jest świetny!!
OdpowiedzUsuńDobrze,że on tam był!!
Sorki,że tak późno, ale nie miałam za dużo czasu.
Życzę dużo weny i czekam na nexta<3
Hejka
UsuńDziękuję bardzo za komentarz :D Nom... dobrze, że Shinciu tam był, bo sama nie wiem, jak to skończyłoby się... No cóż... teraz jest dobrze między Deą i Shinem, ale pewnie nie za długo.. hehuerehuehe :D I'm evil person... Jak zwykle coś im popsuję relację, żeby nie było za dobrze :P Ale to dopiero później... Więc, jak coś, możecie zacząć się bać :D
Pozdrawiam,
CreativeViolet
Niezły rozdział ^^ Sorki, że dopiero teraz zaczęłam komentować. Fajnie, że popsujesz relacje Dei i Shina, on jest zbyt oczywistym chłopakiem dla czarnowłosej. Szkoda, że Asuna nie ożyła, wtedy Dea mogłaby być z kimś bardziej... hm.. złym. Może z jakimś demonem albo z piekielnym Generałem? We'll see. Aha, i fajna muzyczka. Czekam na kolejny rozdział ^.^
OdpowiedzUsuńHej
UsuńDziękuję bardzo za komentarz i jestem bardzo szczęśliwa, że jesteś, czytasz i komentujesz! :*
Może jestem złą kobietą, ale tak w tajemnicy zdradzę, że pojawi się ktoś w ich życiu, kto zmieni i to bardzo ich relację. Dodatkowo wydarzenia z drugiej części również pozostawią echo na związku Shina z Deą. Hm... nie mówię nic więcej, ale pewne osoby nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa, a i nowe postacie, które zjawią się w drugiej części będą miały olbrzymi wpływ na dalszy przebieg trylogii...
Pozdrawiam i życzę wesołych Mikołajek,
CreativeViolet