poniedziałek, 1 grudnia 2014

18. Równowartość straty

Witam wszystkich dzisiejszego wieczora, albo raczej dzisiejszej nocy! Poniższy rozdział miał być prezentem najpierw na pierwsze urodziny Burzy, a potem na Mikołajki, ale udało mi się go wcześniej skończyć, więc postanowiłam wrzucić go szybciej. Mam nadzieję, że nie będziecie za to na mnie źli… :D Dziękuję wam bardzo za wytrzymałość, cierpliwość i komentarze. Wiem, że jeszcze długa droga przede mną, aby spełnić wasze oraz własne wymagania odnośnie formy i stylistyki, ale naprawdę staram się poprawić! Nawet kupiłam sobie książki w Empiku o gramatyce, interpunkcji i ortografii :P Teraz mam kogel-mogel w szkole, ale postaram się zacząć pisać kolejny rozdział jak najszybciej i może na święta lub po świętach go zamieścić. Zobaczymy jak to wyjdzie. Dobra… ja zmykam spać, a was zapraszam do czytania oraz do komentowania. Zostawcie za sobą ślad na dole dla potomnych itd. 
Enjoy!
CreativeViolet
***

„Za każdą chwilę ekstazy musimy płacić drżący twardą walutą cierpienia.”
~ Emily Dickens

    Dea opadła na podłogę, niezdolna się ruszyć. Wydarzenia tej nocy całkowicie pozbawiły ją energii. Odgarnęła czarne pasma spoconych, skołtunionych włosów z twarzy i za wszelką cenę starała się choć jeszcze przez chwilę utrzymać oczy otwarte. Na skraju pola widzenia mignęły jej znikające za drzwiami plecy Shina odziane w czarny materiał. Pomimo olbrzymich oporów ciała podniosła się z ziemi i zrobiła chwiejny krok w stronę wyjścia, by iść za chłopakiem. Nagle poczuła, jak ktoś chwycił ją za ramię i zatrzymał, nie pozwalając odejść. 
       - Zostaw go... – burknął Ash, kołysząc się na nogach ze zmęczenia. 
    Jego twarz postarzała się o 10 lat w przeciągu tych kilkunastu minut, podczas których odbywał się rytuał. Ciemne włosy opadały zmierzwione na zapadnięte, blade policzki, a w jego złocistych, zwykle rozbawionych oczach zagościł smutek sprawiając, że przygasły niczym umarłe gwiazdy. Uczucie, które nie powinno istnieć w sercu demonów – ponownie zagościło w sercu Asha. Może właśnie na tym polegało niebezpieczeństwo tego rytuału? pomyślała Dea czując ciepłe palce na swoim ramieniu. Wiedziała, że przyjacielowi również jest smutno z powodu Asuny, w dodatku Shin przysparza mu kolejnych zmartwień. Nie chciała, by musiał martwić się także o nią, jednak nie miała innej opcji…
      - Przepraszam. Nie martw się o mnie – mruknęła i łagodnie odjęła dłoń demona ze swojego ramienia. – Wrócę niedługo…
       Nie pozwoliła, by przyjaciel więcej się odezwał i jedynie posłała mu szybki uśmiech, który nie sięgnął jej oczu. Szybkim krokiem wyszła na korytarz i zniknęła pozostawiając na środku pokoju demona z bezsilnie opuszczonymi wzdłuż ciała ramionami.
     Wybiegła z budynku szkoły i nie zwracając uwagi na siąpiący z góry deszcz, wyszła na ulicę i delikatnym truchtem udała się w stronę miasta. Miała nadzieję, że znajdzie Shina jak najszybciej i może uda się jej go pocieszyć, ale jak to mówią: nadzieja matką głupich… Toteż zdawała sobie sprawę, że wszystko może potoczyć się zupełnie inaczej. Nie wiedziała, dokąd się udał. Nie było z nim żadnego kontaktu, ponieważ wyłączył swój telefon. Nie miała pojęcia, czy uda się jej w ogóle go odszukać. Co, jeśli on nie chce zostać odnaleziony? przemknęło jej przez myśl. Skrzywiła się nieznacznie i potrząsnęła głową odganiając od siebie niepotrzebne przypuszczenia. Przecież to nie tak, że już nigdy nie wróci. Może po prostu potrzebuje chwili w samotności? Jednak im dłużej tak się nad tym zastanawiała to czuła, iż Shin może jej potrzebować, a ta myśl sprawiała, że łatwiej było kontrolować zmęczone i drżące z zimna mięśnie.
       Nim doszła do miasteczka miała całe buty, spodnie i bluzę przemoczone do suchej nitki, a z włosów spływały strużki wody, ściekając po mokrych i zaczerwienionych od mrozu policzkach. W połowie lutego na dworze nadal panowało przenikliwe zimno, w szczególności w nocy. Ulice i chodniki pokrywała mokra, brejowata ciapa – ni to śnieg, ni to woda; rozbryzgująca się przy każdym kroku na wszelkie możliwe strony. Taka pogoda nie sprzyjała wieczornym spacerom, toteż ulice były praktycznie wyludnione. Jedynie od czasu do czasu po szosie przemykał pojedynczy samochód i znikał chwilę później w mrokach nocy, odprowadzany przez dźwięk rozbijających się na asfalcie kropel deszczu. 
     Mniej więcej po piętnastu minutach żwawego spaceru wreszcie dotarła do centrum miasteczka. Rozejrzała się wokół w poszukiwaniu jakiegoś punktu zaczepienia.
   - Gdybym była facetem i miała mega deprechę… – pomyślała na głos, obracając głowę dookoła i starając się znaleźć jakąś wskazówkę. Niestety, wszystko wyglądało z grubsza tak samo; niewielkie kamieniczki wyłożone czerwoną cegłą stały obok siebie oświetlone nielicznymi latarniami niczym zęby potwora wysuwającego swą paszczę z głębin mroku. – …to gdzie byłoby pierwsze miejsce, do którego bym poszła?
Spojrzała bardziej do tyłu i w głębi jednej z bocznych uliczek dojrzała niewielki bar, nad którym na wietrze powiewał szyld przedstawiający wyjącego do księżyca wilka z napisem „Luna”.
     - Bingo!
   Przebiegła na drugą stronę ulicy i podeszła do drzwi. Nawet z zewnątrz mogła usłyszeć muzykę, śmiechy oraz męskie, podniesione głosy. Spojrzała na nazwę baru, kołyszącą się nad wejściem w podmuchach lodowatego wiatru i w jej pamięci odżył obraz ostatniego razu, gdy była tu wraz z resztą ferajny… Gabriel upił się wtedy dwoma kieliszkami śliwowicy, a Miracle ukradła z lady butelkę Jack’a Daniels’a i opyliła go gdzieś pod stołem, po czym zaczęła zachowywać się jak pies. Pamiętała również, że tamtego dnia po raz pierwszy w swoim życiu odczuła Łaknienie – głód demonów. Z racji, że była córką Lucifera nie wystarczała jej jedynie energia; odczuwała również głód krwi. Gdyby nie Shin, tamtego dnia zabiłaby człowieka, nie mogąc się powstrzymać. Te wspomnienie wywołało w jej sercu ukłucie, bo gdyby nie poznała Shina ponad cztery miesiące temu, jej życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. Po upływie tego całego czasu uważała, iż był on swego rodzaju ostoją dla niej. Tak jak pisał ojciec Zachariasz w swym pamiętniku, pojawił się ktoś, kto został jej kotwicą i sprowadził ją ponownie do człowieczeństwa. Dlatego nie potrafiła tak jak reszta siedzieć i czekać na jego powrót.
     Popchnęła drzwi do środka i momentalnie owiało ją ciepłe powietrze, przesiąknięte zapachem dymu papierosowego oraz męskich ciał. Zapachy tak silnie uderzające w zmysł powonienia, że osoba pozbawiona niemal całkowicie siły i energii mogłaby się od tego przewrócić. I choć zakręciło się jej w głowie, weszła dalej do baru. W ustawionych pod ścianami stolikach siedziało przy każdym po pięciu - sześciu chłopa, rosłych jak dęby, żywo gestykulujących oraz nieraz zupełnie nagle wykrzykujących bełkotliwym, ochrypłym głosem swoje przekonania, nie przebierając w słowach. Tylko jeden stolik różnił się od innych.  Siedziało przy nim trzech chłopaków, wyglądających na niewiele starszych od niej, może studenci. Przemknęła po nich wzrokiem, nie zwracając na nich zbytniej uwagi. 
      Natomiast po drugiej stronie pomieszczenia stał stół bilardowy okupowany przez rozochocony tłum różnej maści kobiet i mężczyzn. Byli tam i motocykliści i biznesowcy, ale także zwykłe osiłki próbujące co rusz wzbudzić awanturę miedzy rozgrywającymi. Oprócz stołu na ścianie wisiały różne zdjęcia wykonane w sepii, jak również pośrodku nich swoje miejsce znalazła tarcza do lotek, na której tarczy przyklejono wielokrotnie już przedziurawione zdjęcie kobiecych pośladków w skąpo odzianej bieliźnie. 
Pomiędzy obiema strefami a barem przepływał biały niczym mgła dym wydobywający się z papierosów. Podeszła do lady i wcisnęła się między siedzące tam osoby.
     - Kolejka jest – warknął na nią barman rozeźlonym głosem i zlustrował ją od dołu do góry. 
    Był to mężczyzna krępej budowy, z pucołowatymi policzkami pokrytymi ciemnobrązową brodą oraz ubrany w czarny fartuszek barmański. Odkręcił butelkę whisky i zamaszyście wlał alkohol do szklanki z kostkami lodu. Wciąż na nią spoglądając podał trunek stojącemu po jej prawej stronie facetowi w motocyklowej kurtce. – Wyglądasz, jakbyś potrzebowała shota, ale uwierz mi - nie chcesz spędzić tego wieczór w tym towarzystwie. 
        Wskazał głową na stłoczony tłum ludzkich różnorodności i skrzywił usta w pogardliwym grymasie.
       - Szukam kogoś – odparła pewna już, że barman nie wyrzuci jej z baru. – Chłopaka… Blondyna z zielonymi oczami. Pewnie często tu przychodzi wraz z brunetem o złocistym spojrzeniu…
     - Masz na myśli Asha? – przerwał jej i na jego ogorzałej twarzy wykwitł krzywy uśmiech. – Czyżby ten Casanova cię zapłodnił? Jeśli tak, to musisz stanąć w kolejce po alimenty.
      - Szukam Shina, a Ash to jedynie mój przyjaciel – wyjaśniła naprędce, a uśmiech zszedł z twarzy barmana, zastąpiony podejrzliwym grymasem.
       - A po co ci wiedzieć, gdzie jest? 
      - Po prostu muszę go znaleźć! – podniosła głos, wkurzona bezsensownym marnowaniem jej czasu. – Był tu?
    - Nie widziałem go dzisiaj – odparł barman niewzruszony jej nagłym wybuchem. 
     Zamknęła oczy i potarła skronie, a z jej gardła wyrwało się przeciągłe westchnienie. Już miała odejść od lady, gdy brodaty mężczyzna zawołał za nią: 
      - Hej, mała! Możesz jeszcze sprawdzić w tej knajpce trzy przecznice dalej, ale jak coś - ja nic nie mówiłem.
     - Dobra. Dzięki – rzuciła na odchodnym, odwróciła się i przemknęła miedzy wirującym tłumem do drzwi.
    Zadrżała pod cienkim materiałem bluzy, smagana lodowatym wiatrem. Narzuciła kaptur na głowę, dłonie schowała do kieszeni i kuląc się z zimna, skręciła w wąską uliczkę będącą skrótem do następnej przecznicy. 
W pewnym momencie podniosła głowę do góry, ponieważ drogę zagrodzili jej owi studenci z baru. Zrobiła krok w prawo, chcąc ich ominąć, jednak jeden z nich - przysadzisty szatyn o ulizanych włosach obciętych na grzybka - zagrodził jej przejście ramieniem.
     - Zgubiłaś się, maleńka?  – zapytał przesadnie słodkim i dobrotliwym głosem, od którego zemdliło ją w żołądku.
     - Powiedz nam, gdzie idziesz, to może będziemy w stanie ci pomóc – zaoferował długi, którego wygląd skojarzył się jej z patyczakiem. 
      Wyszczerzył pożółkłe zęby w obleśnym uśmieszku i oblizał spękane od mrozu wargi.
       - Albo lepiej zostań z nami. Zaopiekujemy się tobą... – zarechotał trzeci, chwytając ją za ramię. 
        - Nie dotykaj mnie! – warknęła, strząsając jego dłoń. 
     Starała się nie okazywać strachu, choć była po prostu przerażona. Nie miała już siły ustać na nogach, a co dopiero bronić się przed trzema napastnikami! Z góry wiedziała, że przegrałaby tę walkę, gdyby tylko do niej doszło.
       - Ulala… jaka zadziorna. Lubię takie! – stwierdził Patyczak i zrobił krok do przodu, zmuszając ją do cofnięcia się jeszcze dalej. Nagle plecami uderzyła w zimny mur i tym samym znalazła się w pułapce. 
     - I co teraz, maleńka? – wysyczał Grzybek, a jego cuchnący alkoholem oddech owiał jej twarz. – Nie masz dokąd uciec... 
     Chwycił kosmyk jej włosów i podniósł do twarzy, zaciągając się słabym zapachem truskawkowego szamponu. Odruchowo jej dłoń wystrzeliła do przodu i trzasnęła go w twarz.
     - Powiedziałam... Nie. Dotykaj. Mnie – wycedziła, spoglądając na nich spode łba. Miała nadzieję, że to spojrzenie choć trochę ich przestraszy i odpuszczą. Jednak tym razem nie miała wystarczająco szczęścia...
    Chłopak, którego spoliczkowała zacharczał wściekle zupełnie jak jakiś zwierz i nienaturalnie szybkim ruchem chwycił ją za gardło i podniósł do góry.
      - Ty mała suko…! – wysyczał trzeszczącym głosem.
    Dea spojrzała na niego, próbując wyrwać się z tego żelaznego uścisku i momentalnie zamarła, zapatrzywszy się w jego oczy. Zdawało się, że są one zimne, bezwzględne i puste – zupełnie jakby były martwe, jednak przy dłuższej chwili dostrzegało się panikę malującą się wewnątrz nich. Zupełnie jakby to nie ten chłopak kontrolował swoje ciało…
      Prawda uderzyła ją niczym solidny cios w twarz i pewnie pozbawiłaby tchu, gdyby nie robiły to ręce opętanego przez demona chłopaka. 
     - Zniszczę cię, ty małe plugastwo! Rozdepczę niczym robala, którym jesteś – warczał na nią i z każdym słowem zaciskał ręce coraz mocniej na gardle dziewczyny. 
    Nie miała już nawet siły, by dalej walczyć. Jej ciało zwiotczało w uścisku mężczyzny, a ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała. Zaczęło ciemnieć jej przed oczami, a ostatnią rzecz, którą zobaczyła to postać zmierzającego w ich stronę mężczyzny…
***
        Krążył jeszcze czas jakiś po mieście, nie mogąc się zatrzymać. Podmuch lodowatego wiatru we włosach, dotyk kropel deszczu na twarzy, cichy pomruk maszyny pod nim przemykającej niczym lampart po uśpionych ulicach miasta – wszystko to pozwalało mu zachować zdrowy rozsądek. Albo przynajmniej jego resztki. Albo po prostu cokolwiek…
         Jeśli to nie było jego kotwicą, to co miało nią być?! W ciągu dwóch ostatnich dni stracił PONOWNIE dwie osoby, które kiedykolwiek kochał. Roan zostawił go bez pożegnania w momencie, w którym potrzebował go najbardziej, a teraz, kiedy mogli naprawić swoją relację – umarł. Tak samo było z Asuną. Nie dość, że stanowił powód jej pierwszej śmierci, to tym razem doprowadził do całkowitego wymazania egzystencji dziewczyny. Gdziekolwiek się pojawiał, przynosił ludziom ból i cierpienie. Kogokolwiek obdarował uczuciem, ta osoba opuszczała go lub umierała. Ile cierpień mógł wytrzymać jeden człowiek, nim całkowicie się podda? Cóż… on miał już tego serdecznie dość!
        - Kurwa!!! – zaklął, wydzierając się poprzez zawiewający wiatr.
        Nagle stracił panowanie nad kierownicą i motocykl niebezpiecznie zakołysał się na drodze. Zwolnił do niemal przepisowej prędkości i odbił w jakąś mniejszą uliczkę prowadzącą do centrum miasta. Zatrzymał się koło obskurnego baru, w którym przesiadywał wraz z Ashem jakiś czas temu. Sam nie wiedział, czy chce mu się napić, czy nie, ale w dziwny sposób czuł, że musi wejść do tego baru. I to tak odczuwał, zupełnie jak człowiek, który musi w nagłej potrzebie natychmiast skoczyć do kibla. Parcie na tarcie, że się mógł tak wyrazić, choć osobiście bardziej do gustu przypadło mu powiedzonko Asha: „ciśnienie na pieprzenie”, ale w tym momencie nie miał żadnej ochoty widzieć się z jakąkolwiek kobietą. 
     Gdy tylko zamykał oczy na przemian migały mu dwie twarze, dwa uśmiechy, dwa słowa wypełniające jego myśli na każdej możliwej płaszczyźnie. Gubił się już w tym wszystkim, bo w dziwny sposób widok tych dwóch twarzy przyprawiał go o ból, jednak każda o zupełnie inny. Nie potrafił tego nazwać słowami, a może i podświadomie nie chciał tego robić. 
        Zważywszy na ostatnie wydarzenia najmniej w świecie pragnął teraz, aby kolejna osoba umarła tylko przez to, że zapragnął jej bliskości. Nie martwił się tu o Asha, bo wiedział, że jako demon nie może umrzeć, jednak najbardziej niepokoił się o nią. Była człowiekiem, delikatną dziewczyną, która została bezceremonialnie wrzucona na pole walki między dwie największe potęgi rządzące wszystkim, co istnieje – między dobro i zło. Nie mógłby sobie tego nigdy wybaczyć, że musiałaby umrzeć tylko dlatego, że pragnął jej. 
       No właśnie… Czy mógł jej pragnąć? Tej czystości, nieskalaności, idealnego obrazu dobroci człowieka? Choć starała się to wszystko ukryć pod grubą warstwą pogardy dla świata i ironii, znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że to wszystko to tylko maska. Jej prawdziwe „ja” było kwintesencją ludzkiej moralności i odwagi. Czymś tak rzadkim i niezwykle pięknym, że nieraz miał ochotę paść na kolana i dziękować Absolutowi za to, że mógł ją poznać. Ale nigdy tego nie zrobił…
     Zamiast tego tylko ją ranił. Nawet jeśli nie było to jego zamiarem – doprowadzał ją do łez, choć od czasu śmierci ojca Zachariasza nigdy nie widział, by płakała. Czasem, ale tylko czasem, wyobrażał sobie jej twarz podczas płaczu i zawsze wtedy w myślach przyciągał ją do siebie, by ukryć przed całym światem głęboko w swych ramionach. Nie chciał, by ktokolwiek zobaczył jej łzy, bo łzy kobiety są jak najwspanialsze diamenty. Pragnął być jedyną osobą, która kiedykolwiek zobaczy jej łzy, ale tylko i wyłącznie łzy szczęścia, nigdy nie łzy bólu. Czy był godzien chociaż tego?
     Nagle jego wzrok przyciągnął siedzący na schodkach do baru starzec. Pomarszczona twarz pokryta białym zarostem i rozwichrzonymi siwymi włosami ukrytymi pod starym kaszkietem odwróciła się w jego stronę, a spod wielu zmarszczek spozierały na niego ciemnogranatowe oczy o niezwykle przeszywającym spojrzeniu. Mężczyzna zmarszczył brwi, jakby w dezaprobacie zachowania Shina i wstał ze schodków, podchodząc do oniemiałego chłopaka.
      - Chłopcze, czy wiesz co jest w życiu najważniejsze? – zapytał się głębokim głosem, stając przed nim.
          - Przepraszam?
       - Nie przepraszaj, tylko odpowiedz: co jest najważniejsze w życiu? – zadał jeszcze raz to samo pytanie, ponownie marszcząc gniewnie brwi.
      Zastanowił się chwilę, by przypadkiem nie urazić tego starszego człowieka, no bo może miał jakieś problemy psychiczne czy coś i dlatego tak nagle do niego podszedł. Może przypominał mu kogoś, albo może przypominał mu samego siebie sprzed kilkudziesięciu laty?
             - Miłość? – odparł niepewny reakcji staruszka.
         - Nadzieja, synu – odpowiedział starzec i uśmiechnął się leciutko. – Kiedy masz nadzieję, masz wszystko czego potrzebujesz do szczęścia. A jak to pisał mój stary znajomy Dante: „Nadzieja przychodzi do człowieka wraz z drugim człowiekiem.” Nie zapominaj o tym nigdy…
      Przeszedł koło niego i skręcił do jednego z zaułków bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia.
        - Zaczekaj! – zawołał za nim i pobiegł za staruszkiem, który nagle zniknął w uliczce. W tym samym momencie usłyszał coś, czego żaden normalny człowiek by nie usłyszał. Później również bardzo często zastanawiał się, jak był w stanie to zrobić, ale nigdy nie znalazł odpowiedzi na powyższe pytanie.
         Usłyszał bowiem głos Dei dobiegający z owego zaułka: – Nie. Dotykaj. Mnie
         Spiął wszystkie swoje mięśnie i szybkim krokiem zbliżył się do uliczki. To, co zobaczył sprawiło, że krew w nim zawrzała niczym lawa w wulkanie. Uczucie, które go opanowało stanowiło czystą żądzę mordu. Bo oto jakiś mężczyzna jedną ręką trzymał jego Deę za gardło, a drugą wpychał pod jej ubranie. Wtedy całkowicie wyłączył swoje myślenie.
         Rzucił się do przodu, powalił mężczyznę na ziemię siłą rozpędu i zaczął go okładać pięściami po każdej możliwej części ciała. Stracił swoje wszystkie zahamowania. Nawet wtedy, kiedy pozostała dwójka rzuciła się na niego, nie potrafił przestać okładać tamtego po mordzie. Dopiero kiedy mężczyzna stracił przytomność, jak zwierzę skoczył do góry, szukając następnego przeciwnika. I znalazł go – drugiego z mężczyzn wstrząsanego na ziemi drgawkami. Odwrócił się w jego stronę i zamachnął, by kopnąć go prosto w żołądek. Miał gdzieś, że w ten sposób może doprowadzić do śmierci chłopaka. Teraz po prostu liczyło się tylko to, by cierpieli.
         - Przestań! – przebił się do jego umysłu opanowanego krwistą mgłą głos dziewczyny. – To nie ich wina!
        Stanęła przed nim, chroniąc leżącego na ziemi mężczyznę. Spojrzał na nią rozbieganymi z szaleństwa oczami, nie bardzo wiedząc, co ma teraz zrobić. Bo nadal wypełniała go chęć mordu, a jednocześnie widział w jej oczach determinację i niemą prośbę. Zamknął oczy i pozwolił swojej wściekłości opaść. Kiedy ponownie je otworzył, skupił się tylko na Dei. Powoli przesuwał wzrokiem po jej twarzy, szyi, ramionach, tali, biodrach i nogach, a potem z powrotem do góry. Próbował znaleźć jakiś ślad na jej drobnym ciele tej zbrodni, którą na szczęście udaremnił, ale jej ciało pozostawało tak samo czyste jak wcześniej.
         - Nic ci nie jest? – wychrypiał niezrozumiałym skrzekiem.
        - Zostali opętani przez demony – odparła, najwidoczniej źle usłyszawszy pytanie. 
       Spojrzała do tyłu na trzy nieruchome ciała leżące na pokrytej śniegiem ziemi. 
          - Też to dopiero po chwili zauważyłam, dlatego nie chciałam, abyś ich…
       - Czy nic ci nie zrobili? – powtórzył głośniej, ponownie zwracając całą uwagę dziewczyny na siebie.
          Spojrzała na niego, a w jej oczach kolejno pojawiało się zaskoczenie, ból i na końcu ulga. Wygięła wargi w delikatnym uśmiechu mającym na celu zapewnienie go, że teraz już wszystko jest dobrze.
            - Nie… Dzięki tobie.
        Niewiele myśląc, przyciągnął ją do siebie i otulił ramionami. Położył podbródek na czubku jej głowy, wdychając słodki zapach jej truskawkowego szamponu do włosów.
         - Nie mogę cię stracić – mruknął w jej włosy i pocałował delikatnie czubek jej głowy.
        Delikatnie odsunął ją od siebie i dotknął jej policzka. Zaskoczona dziewczyna rozszerzyła swoje rubinowe oczy i zastygła w oczekiwaniu, a on uśmiechnął się głupawo na ten widok. Była taka niezwykła! Ale ten zaułek nie stanowił odpowiedniego miejscem na ciąg dalszy tej rozmowy. Szczególnie, że dziewczyna cała drżała pod tymi cieniutkimi i przemoczonymi ubraniami, a jej usta zrobiły się sine z zimna.
        - Chodźmy do domu – oświadczył cicho, a Dea kiwnęła głową potakująco. Spojrzała jeszcze tylko do tyłu i wzdrygnęła się, po czym skierowała się do wyjścia z uliczki. 
        - Poczekaj tu na mnie – polecił jej, gdy stanęła koło motocykla. 
       Przeskoczył po dwa schodki i zniknął we wnętrzu baru, jednak po zaledwie kilku sekundach znalazł się z powrotem przy niej. Kiedy był na ostatnim schodku zdawało mu się, że dostrzegł staruszka, który posłał mu uśmieszek, przyłożył dłoń do kaszkietu, po czym zniknął, gdy ulicą przejechał samochód. 
           - Powiedziałem Marianowi, aby zadzwonił na pogotowie.
           - Marianowi? – spytała, spoglądając na niego zaciekawiona.
      - Barmanowi – wytłumaczył spokojnie i chwycił jej dłonie w swoje, próbując je rozgrzać.
           - Skąd wiedziałaś, że zostali opętani?
           - Ich oczy – mruknęła, nie spoglądając na niego. Opuściła głowę w dół i zapatrzyła się w ich splecione ze sobą ręce. – Wydawało mi się, że są martwe, ale w głębi nich dojrzałam cierpienie opętanych chłopaków.
            - A co, gdyby nie byli opętani?
            - Nie wiem…
            - A co, gdybym nie pojawił się w porę?!
           - Nie wiem! – krzyknęła i wreszcie spojrzała na niego. Dopiero teraz na jej twarzy pojawiło się przerażenie, które wcześniej tak doszczętnie próbowała przed nim ukryć.  – Nie mam pojęcia, co bym zrobiła, gdyby nie ty! To chciałeś usłyszeć?!
           - Nie… przepraszam – zreflektował się naprędce. – Po prostu… nie chcę cię stracić. Nie mogę cię stracić.
         - I nie stracisz – zapewniła go, a w jej głosie brzmiała niezwykła pewność wypowiedzianych właśnie słów.
      Zniżył głowę i zaczął delikatnie muskać jej szyję, czoło, nos, zaczerwienione od mrozu policzki i usta. Lekko zatrzymał się przy nich, czekając na jej ruch. 
           Czy odepchnie go, czy pozwoli na tę chwilę? Zastanawiał się w głębi duszy, czego pragnąłby teraz bardziej – odrzucenia czy rozkoszy, za którą będzie musiał kiedyś zapłacić trwogą. Tak czy siak, decyzja należała do niej i tylko do niej. On mógł teraz tylko czekać.
           Dea sapnęła cicho i przysunęła usta do jego ust, łącząc ich w pocałunku zupełnie innym niż wszystkie. Intensywnym i jednocześnie delikatnym, słodkim niczym miód i gorzkim jak ziarnko goryczy. Całe swoje uczucia przelała w ten jeden pocałunek. Dotyk jego warg na jej ustach wprawiał ją w niekończące się poczucie szczęścia; cała jego obecność obok niej stanowiła podstawę jej funkcjonowania i egzystencji. I pragnęła mu to wszystko przekazać w tym pocałunku. To, jak bardzo go kochała…
         To, czy świat zostałby teraz spalony przez ogień czy zalany przez wodę – nic ją to nie obchodziło. Istnieli tylko oni, ich usta zamknięte w rozkosznym tańcu i dłonie splecione w uścisku. Kiedy wreszcie oderwali się od siebie, oboje czuli się, jakby trawiła ich gorączka. Żadne zimno, żaden śnieg i żaden wiatr nie mógłby ich teraz ostudzić. 
      Shin położył rękę na policzku dziewczyny i miękko zarysował jej usta, a ona wtuliła się w tą dłoń i zamknęła oczy. 
     - Zmarzłaś – zauważył, obserwując parę wydobywającą się z jej ust i owiewającą jego dłoń. – Wracajmy do Akademii…
        - Zostańmy tak jeszcze chwilę – poprosiła nadal z zamkniętymi oczami.
      - Jeśli chcesz, możemy tak zostać i całą wieczność – powiedział, a Dea otworzyła oczy i niepewnie przyjrzała się twarzy Shina pragnąc zapamiętać każdy szczegół jego uśmiechu. Tego rzadkiego, szczerego, zarezerwowanego tylko dla niej.
       - Naprawdę?
       - Jeśli tego chcesz…
       - A co z Asuną? – spytała, nim zdążyła ugryźć się w język.
    Skrzywił się lekko, ale zaraz potem ponownie na jego twarzy zagościł uśmiech.
      - Obiecałem jej, że będę szczęśliwy – mruknął cicho, przeciągle, zupełnie jakby ważył wartość wypowiadanych słów. – A moim szczęściem jesteś ty.
     Dea nie wiedziała, co mogłaby na to odpowiedzieć. Tyle razy chciała coś takiego usłyszeć z jego ust, ale nigdy nie sądziła, że to może stać się kiedyś prawdą. 
      - Masz rację. Wracajmy do Akademii. Mam tylko nadzieję, że nie będą na nas o to źli…
     - Nadzieja jest wtedy, gdy jest ciasto. Ciasto jest zawsze – poważnie zacytował Dean’a Ray’a Koontz’a, wywołując śmiech u brunetki. 
      Usiedli na motocyklu, a Dea objęła go od tyłu w pasie i wtuliła się w jego plecy. Poprzez cienki materiał swojej koszulki i jej bluzy czuł na sobie ciepło ciała dziewczyny. I wiecie co? Było mu z tym cholernie dobrze! W końcu czuł się w pełni szczęśliwy, zupełnie jakby po latach poszukiwań odnalazł brakujący fragment swojego istnienia. Dea stała się jego częścią, jego duszą i opoką, bez której nie mógłby żyć. Stanowiła dla niego cały wszechświat i jeśli świat miał coś przeciwko temu, gówno go to obchodziło!
      - Trzymaj się! – zawołał do niej i odpalił motocykl. 
      Maszyna skoczyła do przodu i pognała prosto do Akademii – do ich domu…


6 komentarzy:

  1. Rozdział jak zwykle z resztą zajebiaszczy, ale nadal czekam na jakąś akcje z Gabrielem ω

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :D
      Dzięki wielkie za miłe słowa. Cieszę się, że nie skopałam tego rozdziału tak bardzo, jak myślałam, że to zrobiłam. Co do akcji z Gabrielem to hm... nie wiem, czy w samej Burzy pojawi się jeszcze jakaś znacząca akcja, ale na pewno w Płomieniu Gabryś odegra bardzo ważną rolę. Mam nadzieję, że uda mi się go gdzieś szybciej w coś wplątać, ale nic nie obiecuję. Postaram się :P
      Pozdrawiam,
      CreativeViolet

      Usuń
  2. Jest świetny!!
    Dobrze,że on tam był!!
    Sorki,że tak późno, ale nie miałam za dużo czasu.
    Życzę dużo weny i czekam na nexta<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hejka
      Dziękuję bardzo za komentarz :D Nom... dobrze, że Shinciu tam był, bo sama nie wiem, jak to skończyłoby się... No cóż... teraz jest dobrze między Deą i Shinem, ale pewnie nie za długo.. hehuerehuehe :D I'm evil person... Jak zwykle coś im popsuję relację, żeby nie było za dobrze :P Ale to dopiero później... Więc, jak coś, możecie zacząć się bać :D
      Pozdrawiam,
      CreativeViolet

      Usuń
  3. Niezły rozdział ^^ Sorki, że dopiero teraz zaczęłam komentować. Fajnie, że popsujesz relacje Dei i Shina, on jest zbyt oczywistym chłopakiem dla czarnowłosej. Szkoda, że Asuna nie ożyła, wtedy Dea mogłaby być z kimś bardziej... hm.. złym. Może z jakimś demonem albo z piekielnym Generałem? We'll see. Aha, i fajna muzyczka. Czekam na kolejny rozdział ^.^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej
      Dziękuję bardzo za komentarz i jestem bardzo szczęśliwa, że jesteś, czytasz i komentujesz! :*
      Może jestem złą kobietą, ale tak w tajemnicy zdradzę, że pojawi się ktoś w ich życiu, kto zmieni i to bardzo ich relację. Dodatkowo wydarzenia z drugiej części również pozostawią echo na związku Shina z Deą. Hm... nie mówię nic więcej, ale pewne osoby nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa, a i nowe postacie, które zjawią się w drugiej części będą miały olbrzymi wpływ na dalszy przebieg trylogii...
      Pozdrawiam i życzę wesołych Mikołajek,
      CreativeViolet

      Usuń