„Gdy zbyt długo patrzysz w
czeluść,
czeluść zaczyna patrzeć na
ciebie...”
~Fryderyk Nietzsche
Demonica postąpiła jeden krok do przodu, a
jej suknia zaszeleściła w zamarłej ciszy podziemia. Miało się wrażenie, jakby
nawet zmarli wstrzymali oddech w oczekiwaniu, natomiast kobieta zrobiła kolejny
krok i kolejny, a jej pantofelki wybijały przerażający rytm na marmurowej
posadzce. Pojedyncze, ogłuszające, przenikające do kości klik, klak, klik,
klak… Kiedy demonica znalazła się wystarczająco blisko, że wyciągnąwszy rękę do
przodu, mogłaby złapać kogoś z zastygłej grupki… nagle znikąd pojawił się cały
w skowronkach Ash…
- Halo? Czemu tak stoicie na środku? –
zawołał do reszty, ale jako, że nikt mu nie odpowiedział, przepchnął się do
przodu i stanął twarzą w twarz z demonicą.
- Ashmodei – wymruczała kobieta, opierając
jedną dłoń na biodrze. – Mon chérie, faux renard…
Ileż to lat się nie widzieliśmy?
Brunet
spojrzał na demonicę, jakby dopiero co ją zauważył, a jego oczka rozszerzyły
się jak u prawiczka na pierwszy widok kobiecego biustu… I nagle demon wydał z
siebie dziewiczy pisk i w jednej chwili znalazł się na ramionach zaskoczonego
archanioła.
- Oh, mon chérie...
Nie uciekaj przede mną – mruknęła demonica i rozejrzała się po zastygłych jak
posągi postaciach. – Szczególnie, że
sprowadziłeś tu takie... interessant personnages...
Wyciągnęła
rękę do przodu i wskazała palcem na Deę.
- Podejdź do mnie drogie dziecię. Nie gryzę…
no, przynajmniej non maintenant…
Dziewczyna przełknęła gulę strachu zalegającą
jej w gardle i nakazała swoim trzęsącym się nogom, by ruszyły się do przodu.
Nagle poczuła, że została złapana od tyłu za dłoń. Momentalnie rozpoznała ten
dotyk, właściwie rozpoznałaby go wszędzie, bo tylko jedna osoba miała taki
dotyk…
Shin
chwycił jej dłoń i ścisnął, by dodać dziewczynie jakoś otuchy. Sam nie mógł za
wiele zrobić, skoro Mephisto, Ash i Rafael nawet nie starali się zamaskować
strachu wywołanego pojawieniem się owej kobiety. W nim samym wywoływała dziwne
uczucie, zupełnie jakby jakaś dręcząca, ssąca dziura zaległa się w jego
wnętrzu, wprawiając go w coraz większą depresję. Blondyn rzucił krótkie
spojrzenie przyjaciółce i puścił jej dłoń, co nie umknęło uwadze demonicy.
- Hmm… Extremement...
– rzuciła i roześmiała się dźwięcznie. Jej delikatny, zmysłowy, francuski
głosik poniósł się echem po korytarzach i powrócił do nich ze zdwojoną siłą. –
Impeccablement!!! Impeccablement!!!
Dea
obróciła się do złotookiej i weszła na wyższe stopnie, stając przy samej demonicy.
Wypuściła powietrze przez usta i dopiero kiedy to zrobiła, zauważyła, że cały
czas wstrzymywała oddech. Jej pierś zafalowała, gdy ponownie nabrała powietrza
w palące żywym ogniem płuca, jednak ogień w jej piersi był niczym w porównaniu
do intensywności wpatrzonych w nią zmrużonych, złocistych oczu.
- Piękne… – mruknęła demonica, niezupełnie
zdając sobie sprawę z wypowiedzenia tego na głos. – Piękne oczy… Zupełnie jak u
niego!
Nagle
zwróciła całą swoją uwagę na niewielką postać dziewczyny stojącej przed nią i
zagryzła usta w wyrazie konsternacji. – Jak cię zwą?
- Dea Leacú… proszę pani – powiedziała
niewyraźnie, jednak kobieta, słysząc to, skrzywiła się nieznacznie.
- Wystarczy sama „Pani” – mruknęła i machnęła
dłonią lekceważąco. – Jak cię zwą, drogie dziecię? – ponowiła swe pytanie,
naciskając na każdą głoskę w zdaniu.
- Armagedon Lucifer Deis, pani…
- Ah! Excellemment! – krzyknęła
krótko i klasnęła w dłonie z idealnym francuskim manikiurem. – Jeżeli
pozwolisz, Armagedonie, to chciałabym zamienić z tobą parę słówek par separement – powiedziała i nim ktokolwiek zdąrzył zareagować, machnęła
dłonią, a kamienny tunel rozrósł się w przeciągu sekundy, odgradzając demonicę
i Deę od reszty przyjaciół czarnowłosej.
Zszokowana
brunetka odwróciła się do tyłu i podbiegła do nowopowstałej ściany. Z drugiej
strony dobiegały ją spanikowane głosy jej przyjaciół, więc odetchnęła z ulgą.
Demonica nie zabiła ich. Przynajmniej jeszcze nie...
- A więc,
czego chcesz ode mnie? – spytała Dea, powoli obracając się z powrotem w stronę
oczekującej na nią kobiety. Za plecami czuła chłód kamiennej ściany, co trochę
ochłodziło jej rozpalone od adrenaliny ciało i pozwoliło pomyśleć racjonalnie.
Nie mogła w żaden sposób zdenerwować kobiety, ponieważ ta w odwecie zabiłaby
jej przyjaciół bez mrugnięcia okiem. Musiała zrobić wszystko, czego zażądałaby
od niej demonica.
- Oh, niczego, moje dziecię. Jedynie pragnę
coś… sprawdzić – powiedziała, nie odrywając od niej ani na chwilę swojego
złocistego spojrzenia. Ponownie machnęła ręką i w jej dłoni pojawił się czarny
wachlarz. – Jeśli uda ci się zadać mi choć jeden cios, puszczę was wolno.
- Ale… – dorzuciła dziewczyna, wyczuwając w
tym niezwykle niebezpieczny podstęp. Walka z tak potężną istotą jak demonica
była na zupełnie innym poziomie niż dotychczasowe walki uliczne lub pojedynki z
bratem Bazylim.
Demonica
uśmiechnęła się aprobująco, jakby była dumna, że brunetka dostrzegła to „ale” i
nie rzuciła się ślepo w wir walki.
- …Jednak jeżeli nie będziesz w stanie dalej
utrzymywać pionu, to zabiję twoich przyjaciół, a na samym końcu ciebie.
- Zabijesz moich przyjaciół tylko dlatego, że
nie będę w stanie dalej ustać na nogach? – spytała zszokowana dziewczyna, nie
za bardzo pojmując intencję kobiety.
- Non, ma amie – stanowczo odparła demonica,
kręcąc głową dla podkreślenia swoich słów. – Zabiję ich dlatego, że nie byłaś w
stanie ochronić swych przyjaciół… Jednak lubię cię, drogie dziecię, toteż nie
użyję żadnych swoich demonicznych mocy oraz zadam ci jedynie trzy ciosy. Ni
mniej, ni więcej, tylko trzy. Wytrzymasz trzy uderzenia lub zadasz mi jeden
cios – wygrasz; nie wytrzymasz trzech uderzeń – przegrasz.
Dea
zastanowiła się nad tym chwilę. Nie miała innych opcji, jak tylko przystać na
warunki demonicy.
- Que les jeux commencent – mruknęła
dziewczyna po francusku i rzuciła się do przodu. Pierwszy cios zadała od lewej,
po czym momentalnie kopnęła demonicę, jednak ona tylko zablokowała uderzenia za
pomocą wachlarza. Jest szybsza niż
myślałam, przemknęło dziewczynie przez głowę, kiedy odskoczyła od
złotookiej. Muszę wymyślić jakąś inną
strategię… Może uda mi się doprowadzić ją do odsłonięcia słabych punktów? Przypomniała
sobie, czego uczył ją brat Bazyli na ich wspólnych lekcjach. Uderzenie w brodę
– natychmiastowa, krótka utrata przytomności; uderzenie w krtań – uszkodzenie
krtani i przyduszenie, osoba niezdolna do dalszej walki; uderzenie od dołu w
nos – oślepnięcie i krwotok, możliwe uszkodzenie mózgu… Muszę spróbować. Szybciej, mocniej, celniej!
Szybciej,
mocniej, celniej!
Szybciejmocniejcelniejszybciejmocniejcelniejszybciejmocniejcelniej!
- W XVIII wieku używano ich do przekazywania
sekretnych wiadomości – powiedziała demonica, spokojnie blokując kolejne ataki,
zupełnie jakby odganiała się od natrętnej muchy. Podniosła wachlarz do twarzy i
rozłożyła go, wachlując się zalotnie, tym samym dając dziewczynie chwilę
odpoczynku.
Zasłoniła twarz wachlarzem tak, że było widać
wyłącznie oczy. – W ten sposób dama mówiła „szukam znajomości”, a w ten… –
przykryła otwartym wachlarzem lewe ucho. - …”Nie zdradź naszego sekretu”.
Szybciej,
mocniej, celniej!
Dea
zaatakowała ponownie, starając się znaleźć jakiś słaby punkt demonicy, jednak gdy
tylko zbliżała się do niej, kobieta przemieszczała się wraz z nią, przez cały
czas pozostając osłoniętą. Myśli krążyły szaleńczo po głowie dziewczyny. Ręce i
nogi drżały. Serce wybijało ogłuszający rytm. Adrenalina krążyła w żyłach. Krew
szumiała w uszach. Mięśnie spinały się i rozluźniały. Musiała walczyć.
C h c i a ł a walczyć.
C h c i a ł a walczyć.
Walcz! ATAKUJ!
Szybciej,
mocniej, celniej!
W
pewnym momencie czarnowłosa popełniła błąd: za wolno odskoczyła po zadaniu
kolejnego, niecelnego ciosu, co wykorzystała złotooka kobieta i uderzyła ją
wachlarzem w twarz tak mocno, że głowa dziewczyny odskoczyła w drugą stronę, a
całe jej ciało straciło równowagę i musiała się podtrzymać kolanem, by nie
upaść. Oszołomiona, przyłożyła dłoń do policzka i starła sączącą się krew z
głębokich zadrapań. Spojrzała zaskoczona na demonicę i na jej wachlarz, z
którego wystawały cienkie, srebrzyste blaszki o ostrych krawędziach.
- Czasem wachlarz służył również młodym
dziewczętom jako broń przed pijanymi baronami. Dzięki niewielkiemu guziczkowi
wbudowanemu w trzonek, broń pokazywała się tylko wtedy, kiedy zaszła takowa
potrzeba – wytłumaczyła zwięźle, gładząc wbudowane w czarny materiał noże. –
Czy już się poddajesz, âme perdue?
Dziewczyna
potrząsnęła głową i wstała chwiejnie na nogi. Policzek palił ją żywym ogniem, a
spływająca, ciepła krew zaburzała jej wzrok, jednak nie zamierzała się poddać.
Walcz! ATAKUJ!
Szybciej,
mocniej, celniej!
Kolejny cios kobiety posłał ją na ścianę i
pozbawił tchu w piersi. Upadła plecami na ziemię, starając się ze wszystkich
sił rozluźnić skurczone od uderzenia mięśnie. Lodowate zimno bijące od podłogi
przeniknęło materiał jej ubrań i dotarło aż do kości, sprawiając, że zaczęła
mimowolnie drżeć. I kiedy tak leżała na ziemi, demonica podeszła do niej powolnym
krokiem, a zadowolenie malowało się na jej twarzy. Stanęła nad Deą i posłała w
jej stronę okrutny, zajadły uśmieszek. – A byłaś tak blisko… – zacmokała z
fałszywym współczuciem i powachlowała się, jakby od niechcenia. – Teraz
będziesz patrzeć, jak powoli, powolutku zabijam twoich przyjaciół, rozkoszując
się przy tym każdym wydanym przez nich krzykiem bólu…
Demonica
odsunęła się od półprzytomnego ciała dziewczyny o jeden krok i nagle stanęła
jak wryta. Okręciła się na pięcie i spojrzała w palące się nieopanowaną
wściekłością rubinowe oczy, spoglądające na nią wilkiem.
Ślepia prawdziwego demona.
- Nie pozwolę ci… skrzywdzić… moich
przyjaciół… – wysapała Dea z trudem, podnosząc się najpierw na jedno kolano,
potem na drugie, aż w końcu zrównała się z demonicą i spojrzała w jej złociste,
niedowierzające oczy. Jej ręka spoczywała na ramieniu demonicy, powstrzymując
ją przed poruszeniem się choćby o milimetr i wykonaniem zapowiedzianej groźby.
- Został mi jeszcze jeden cios, ma chère –
mruknęła kobieta, mrużąc oczy z okrutnego zadowolenia.
- Choćbyś miała zadać ich sto… – odarła
dziewczyna, prostując się i wbijając mordercze spojrzenie w przeciwniczkę. –
…to i tak nie pozwolę ci dotknąć któregokolwiek z moich przyjaciół!
I w tym momencie ręka demonicy wystrzeliła do
przodu, a Dea zamknęła oczy w oczekiwaniu na cios, który tym razem na pewno
pozbawi ją przytomności, jak nie i życia, ale poczuła jedynie… delikatne
głaskanie po włosach. Otworzyła niepewnie oczy i dostrzegła rozbawioną twarz
demonicy, głaskającej ją po głowie, jak jakiegoś pudla na wystawie.
- Brawo – roześmiała się kobieta i odsunęła
od dziewczyny, jednak jej ręce nadal spoczywały na ramionach czarnowłosej. – Tu
réussi l'examen!
- Ale… ale ja nie rozumiem… Jaki egzamin? O
co tutaj chodzi? – spytała zszokowana dziewczyna, wprawiając tym demonicę w
jeszcze większą wesołość. Rzeczywiście
zabawne… Prawie mnie nie zabiła tą pojebaną zabawą, a teraz zachowuje się jak
Szalony Kapelusznik na popołudniowej herbatce…
- Wieki temu ton père – Lucifer – poprosił mnie,
że gdybym spotkała kiedyś son enfant, mam je sprawdzić, czy jest godne wypełnić
la mission. Jeśliby zawiodło, mogłabym je zabić lub zrobić z nim cokolwiek
zechcę, jednak jeszcze nigdy Dziedzic Krwi Lucifera nie dorósł do odpowiedniego
wieku, by przejść mój test. Jesteś première dzieckiem Lucifera jakie poznałam…
I jest to dla mnie zaszczyt cię poznać, młoda panienko – zaświergoliła
demonica, szokując Deę jeszcze bardziej niż przedtem. Oczywiście, chwilę zajęło
dziewczynie nim połączyła ten dziwny francusko-angielski slang w jedno. – Mam
nadzieję, że nie przeraziłam cię tą całą situation de la recherche?
- Troszkę – odpowiedziała dziewczyna, kiedy
już była w stanie wydać z siebie jakiś bardziej artykułowalny dźwięk niż
niezwykle inteligentne „aha”.
- To dobrze – mruknęła demonica, nie
przejmując się tym zbytnio. Machnęła dłonią, a wcześniejsza nowopowstała ściana
powoli zaczęła kruszeć i odpadać, robiąc tym samym przejście dla reszty
oczekującej grupki. – Niech nasza petit entretien pozostanie le secret między
nami – szepnęła jeszcze Dei do ucha i odeszła od niej na dwa kroki, pozwalając,
by jej przyjaciele dopadli do dziewczyny i obejrzeli ją od stóp do głów w razie
jakichś poważniejszych urazów.
Kiedy już zakończyły się oględziny szkód i
zapewnienia, że demonica nic nie zrobiła Dei, przyszedł czas, by dowiedzieć
się, z kim w ogóle mają do czynienia!
Ta, jakby nie mogli wpaść na to szybciej…
Ludziki wyszli pośpiesznie z podziemi, by nie
musieć już dłużej przesiadywać w tych klaustrofobicznych tunelach bez
ogrzewania. Przysiedli na schodkach przed wejściem do Bazyliki i odetchnęli
świeżym powietrzem, a ciepłe światło słoneczne oślepiło ich po tych kilku
godzinach spędzonych w niemal całkowitej ciemności.
- Dobra – mruknął Shin, kiedy już uwalił się
na schodkach i wystawił twarz do słońca z westchnieniem ulgi. – To tak w ogóle, kim jesteś?
- Leviathan Chaleur Envie, znana również jako Zawiść, Zazdrość,
Nienawiść i tak dalej… – przedstawiła się kobieta, składając i rozkładając
nieświadomie wachlarz. – Możecie mówić mi Viana, będzie krócej.
- A co sprowadza cię tutaj? – kontynuował
wywiad blondyn, od czasu do czasu spoglądając na Vianę.
- Wy – odpowiedziała krótko i zaczęła się
wachlować. Jej suknia szeleściła na wietrze, a ciemnogranatowe kosmyki opadały
na jej nagie ramiona. – Jestem Strażnikiem Bram, a wy naruszyliście pieczęć
ochronną klucza. Dotychczas pozostawałam uśpiona pod wulkanem Etna, jednak
wasze pojawienie się obudziło mnie.
- A ten strój?
- Zostałam uśpiona w 1799 roku, wtedy również
zapieczętowano ostatecznie Księgę i przekazano ją Klucznikowi ze względu na
skalę zniszczeń zapisaną w historii świata jako Rewolucja Francuska. – mruknęła
zwięźle, ale jako, że trzy z sześciu osób nadal wyglądały jak niekumające
zombie, kolejne dwie zamieniły się rolami z Kudłatym i Scooby Doo, a pozostała
osoba nadal utrzymywała swoją rolę Królowej, w tym wypadku Króla Lodu, to Viana
rozwinęła swoją historię z cichym westchnieniem irytacji. – Historia lubi
troszkę kłamać, albo przynajmniej zastępować niewygodną do wyjaśnienia prawdę contrefaçon. Księga początkowo znajdowała się w skarbcu la famille impériale, jednak została wykradziona. Człowiek, który
to uczynił zmarł zaraz po jej otwarciu, jednak lud jak stado baranów podchwycił
pomysł „magique” księgi, która poprowadziłaby ich do
zwycięstwa. Niestety, nie znaleźli wielu chętnych do otworzenia Księgi, po tym
co zrobiła ona z jej poprzednim właścicielem, więc lud postanowił, że znajdzie
kogoś, komu będzie obojętna la mort przez
gilotynę czy wywołana przez książkę, toteż zaatakowali Bastylię, licząc, że w
jej wnętrzu znajdzie się ktoś, komu uda się otworzyć Księgę. Jednak nie
znalazła się tam ani jedna osoba zdolna do tego. Zamiast tego znalazł się le voleur,
który wykradł Księgę i przekazał ją hrabiemu Honoré Gabriel Mirabeau. U
mężczyzny Księga przeczekała rok, gdy to po jego śmierci trafiła do kolejnych
rąk, które zapragnęły zgłębić jej des secrets, co poskutkowało śmiercią
ciekawskich szlachciców. Ostatecznie w 1793 roku udało się znaleźć jedną osobę,
która była zdolna do otwarcia Księgi, bez natychmiastowej śmierci – Marię
Antoninę. Księga zaakceptowała ją jako jedyną powierniczkę sekretów, jednak
kiedy Maria Antonina odmówiła przeczytania przyszłości państwa na głos przed
wielmożnymi, zabiegającymi o przejęcie rządu, sąd skazał ją na śmierć, a
tajemnice Księgi zostały pochowane wraz z królową Francji. Sama Księga została
zabezpieczona i zapieczętowana przez Absoluta, Lucifera i Pana Czasu i
przekazana specjalnie do tego przygotowanemu śmiertelnikowi, który ukrył Księgę,
a miejsce jej pobytu przekazał swojemu synowi, który przekazał je swojemu
dziecku i tak do dzisiejszych czasów. Owego śmiertelnika nazwano Klucznikiem,
natomiast klucz otwierający Księgę, czyli Pierścień Rybaka ukryty został w
Bazylice św. Piotra, natomiast jego strażnika, nazywanego od Księgi –
Strażnikiem Bram, uśpiono pod wulkanem, by czekał, gdy znajdzie się ktoś, kto
spróbuje zabrać klucz i odnaleźć Księgę.
- Wow, to o wiele lepsze niż lekcje historii!
– sapnął Shin, wpatrując się podekscytowany w Vianę. – Jednak nadal nie
rozumiem jednej rzeczy. Dlaczego Mephisto aż tak obawia się spotkania z tobą?
- Hehe, to mój drogi chłopcze, wcześniejsza
historia drugiej strony medalu – odparła powoli demonica, uśmiechając się do
blondyna. – Widzicie, początkowo to ktoś inny miał zostać Strażnikiem.
Oczywiście, Lucifer nalegał, by został nim jeden z jego Generałów, a nie jakiś
podrzędny demon, więc wspólnie stwierdziliśmy, że najlepiej i najbardziej
praktycznie będzie, gdy zostanie nim VII Generał, demon lenistwa –
Mephistopheles. Początkowo Mephisto przystał na tą propozycję, jednak dał
warunek – najpierw ja musiałam wejść do Etny i zobaczyć, czy dostanie miękkie
łóżko. Bezsensowny warunek, ale ani ja, ani Lucifer nie mieliśmy ochoty, by
dalej kłócić się z tym parszywym demonem. Jak tylko znalazłam się pod wulkanem,
zasnęłam i obudziłam się w waszych czasach z ogromną ochotą zemsty za te
zastane przez kilkaset lat mięśnie. Ale spokojnie, postaram się, by nie
krzyczał za głośno, by wam nie przeszkadzać, gołąbeczki – zwróciła się do Dei,
a brunetka momentalnie zaczerwieniła się.
- Yhym… – chrząknął ostentacyjnie Shin i
wstając, otrzepał swoje ubranie z piasku. – Dobra, może się mylę, ale chyba już
czas się zbierać, co nie? – zwrócił się do Roana, który wyciągnął klucze do
samochodu z przeczepionym breloczkiem w kształcie kociej głowy.
- Się robi! – mruknął mężczyzna i wszyscy
podnieśli się z ziemi i udali w stronę zaparkowanego samochodu.
Kiedy już siedzieli w Kotomobilu i gadali o
bzdetach, jak na przykład, co robiły kobiet w XVIII wieku, kiedy zachciało im
się siku, a miały na sobie tą dziwaczną stalową konstrukcję i tony ciężkiego
materiału. I uwierzcie mi, że nie chcielibyście poznać odpowiedzi na to
pytanie…
W pewnym momencie z tyłu dobiegł zaskoczony
okrzyk Asha.
- Moja kasa! Mój telefon! – wrzasnął na cały
głos, klepiąc się po kieszeniach. – Ah! To pewnie ten księżulek mi je
zajebał!!!
- Serio ksiądz cię okradł? – spytał z
niedowierzaniem Shin i podniósł jedną brew do góry, po czym parsknął śmiechem.
- Haha, bardzo śmieszne – warknął poirytowany
demon. – W takim razie załatw nam samolot, skoro w moim telefonie był
jednocześnie numer alarmowy do Mephisto i do Belfiego, od którego pożyczyliśmy
samolocik… Chyba, że chcesz z Włoszech do Londynu leźć na pieszo, co?! Pośpiewamy
sobie „Z ziemi włoskiej do Polski” i
tak dalej…
- Dobra, nie podniecaj się tak – odpowiedział
uspokajająco Shin, jednak jego mina zrzedła na wiadomość o prawdopodobnym
spacerku z buta do domu… – Przecież też mam numer do Mephisto, więc…
- Ty masz ten zwykły, którego nie chce mu się
nigdy odbierać – przerwał mu wkurzony demon, po czym potargał sobie włosy i
rzucił się na siedzenie w wyrazie całkowitej irytacji. – Jak spotkam tego
dziada w Terrze, to popamięta mnie, watykański gołodupiec, grrryy…
- W sumie, sam jesteś sobie winny – dorzucił
Rafael, machając nóżką i zupełnie ignorując nowopowstały problem. – To nie
ładnie na samym początku znajomości pchać się wszystkim do łóżka…
- JESTEM DEMONEM LUBIEŻNOŚCI! – wrzasnął
naprawdę wkurwiony Ash. Dea widziała go po raz pierwszy w takiej sytuacji,
ponieważ nigdy wcześniej nie wkurzył się tak na nikogo. Zawsze uważała go za
beztroskiego, napalonego kobieciarza z umysłem trzynastolatka. Nie myślała, że
jest zdolny do odczuwania, a tym bardziej do okazywania jakichkolwiek ludzkich
emocji, więc tym bardziej zaskoczył ją wybuch przyjaciela w samochodzie.
- A JA ARCHANIOŁEM! – odwrzasnął Rafael,
sapiąc z podenerwowania. Poczerwieniał na twarzy i spiął się, gotując się do
dalszej awantury.
Chłopaki niemal rzucili się sobie do gardeł z
byle powodu, ale na szczęście wparował między nich Shin i każdego trzepnął po
łbie, aby się uspokoili.
- Czy was do reszty pogięło?! – warknął na
kłócącą się dwójkę. – Jesteście gorsi od dzieci! Tak nagle zaczęliście na
siebie wrzeszczeć!
- Ale to on zaczął – poskarżyli się
równocześnie, na co Shin znowu im przypieprzył w łebki. – Au! Za co?!
- Za jajco! – odparł wkurzony blondyn i opadł
na własne siedzenie obok Dei, ponieważ dziewczyna została wyeksmitowana z
przodu przez pewną zafascynowaną nowinkami technologicznymi, przerażającą babkę
z XVIII wieku, która wsiadając do samochodu spytała „a gdzie są konie?”
… No comments…
Nagle
w samochodzie rozległ się koncert muzyki klasycznej, a po nim zafascynowany
pisk Viany siedzącej z przodu.
- Fascinante! Excellente! – zawołała
podekscytowana Viana i klasnęła w dłonie. – Nawet macie w tej metalowej
skrzynce orkiestrę symfoniczną! Uwielbiam te czasy! Ale powiedzcie mi, jak oni
się tam zmieścili?
-
Idiots… Idiots everywhere… – mruknął pod nosem Shin i zamknął oczka, starając się choć na
chwilę odseparować od tej głupoty unoszącej się w powietrzu. Siedząca obok
niego dziewczyna uśmiechnęła się lekko i oparła głowę o szybę, przyglądając się
tym wszystkim ludziom i innym istotom, niekoniecznie ludzkim. Doszedł do nas kolejny dziwak, pomyślała,
obserwując reakcje siedzącej z przodu demonicy i w pewien sposób ucieszyło ją
to o wiele bardziej niż przeraziło. Heh,
te parę miesięcy naprawdę mnie zmieniło…
Promienie zachodzącego słońca kładły się na
jej twarzy, delikatnie dopieszczając zmarzniętą po godzinach spędzonych w
katakumbach skórę. Z lekko otwartego okna wpadało chłodne powietrze,
rozwiewając jej ciemne włosy na wszystkie strony. Było tak idealnie, tak
spokojnie, jak zawsze wyobrażała sobie takie wypady z przyjaciółmi.
- Hej, czy wy też to słyszycie? – przedarł
się zaniepokojony głos Roana do jej półprzytomnej świadomości.
Otworzyła oczy i lekko uniosła głowę,
nasłuchując. I w tym samym momencie coś olbrzymiego uderzyło w bok samochodu z
niewyobrażalną siłą, wyrzucając go w powietrze. Samochód przekoziołkował kilka
razy i zatrzymał się na drzewie, a w jego wnętrzu zapanowała cisza…
Kilkadziesiąt
sekund później…
Shin otworzył oczy i momentalnie skrzywił się
z bólu. Wisiał głową w dół, zapięty w pas, a krew z rozcięcia na głowie kapała
na szklane odłamki zasnuwające dach jak dywan. Dobrą chwilę zajęło mu, aby
przypomnieć sobie i zrozumieć, że właśnie mieli w y p a d e k. Rozejrzał się po
całkowicie zniszczonym wnętrzu, sprawdzając, czy ktokolwiek jeszcze jest
przytomny i na szczęście, większość z jego przyjaciół powoli odzyskiwała
przytomność. Drżącymi dłońmi rozpiął pas i upadł na dach, po czym wyczołgał się
przez rozbite okno. Zaraz za nim wyszli po kolei Dea, Kei, Ash i Rafael,
troszkę poturbowani, ale bez poważnych obrażeń.
- Trzęsiesz się – odezwała się jako pierwsza
Dea, rozglądając się rozbieganymi oczami po okolicy. Znajdowali się w lasku, a
przez wyrwę w zaroślach widzieli drogę z której zostali przez coś zepchnięci.
Bo zostali zepchnięci, co do tego Shin nie miał wątpliwości. Ale skoro COŚ nas zepchnęło, ciągle musi tu
być, by dokończyć robotę…, pomyślał z lekka przestraszony. Bliżej przyjrzał
się wgnieceniom na blachach samochodu i przez chwilę wydawało mu się, że coś
tam widzi, jednak napomniał się w myślach, iż w końcu samochód przekoziołkował
kilka razy, co mogło spowodować te dziwne rysy, wyglądające jak ślady po
olbrzymich pazurach…
- Szok – rzucił zwięźle blondyn, nie poddając
się panice, ale szybkim krokiem obszedł samochód, aby jak najprędzej pomóc
Vianie oraz Roanowi i wynieść się stąd jak najdalej. Jako pierwszą wyciągnęli
demonicę, która po chwili odpoczynku również odzyskała przytomność i wciągnęła
powietrze w płuca niczym wyłowiona z wody ryba romantyzmu.
- Je baise! – zaklęła roztrzęsionym głosem.
Poklepała się do głowie, rękach i nogach, sprawdzając czy wszystko ma na
miejscu. – Żyję… – sapnęła i zamknęła oczy, leżąc na trawie i oddychając
głęboko, by się opanować.
- Shin! – zawołał zaniepokojonym głosem Ash,
który wraz z Rafaelem mieli wyciągnąć Roana z drugiej strony. Błagam nie!, pomyślał Shin pełen złego
przeczucia.
Blondyn szybko przeszedł na drugą stronę
samochodu i stanął jak wryty. Podtrzymywany przez demona leżał na ziemi Roan, a
z jego piersi wystawał olbrzymi kawał splamionego czerwienią szkła.
Mężczyzna trząsł się i charczał, wypluwając
strużki krwi.
- Roanie! – zawołał blondyn i dopadł do ciała
przyjaciela. Ściągnął podkoszulek i przyłożył go do rany, by zatamować
krwawienie. – Nawet nie myśl o tym, by mnie znowu opuścić! – rzucił,
spoglądając mentorowi w oczy, w których powoli przygasał blask.
- Umieram – wycharczał Roan i zakaszlał, a
kolejna stróżka jego krwi polała się na ziemię. – Przepraszam, że wtedy…
wyjechałem tak… bez pożegnania…
- Nie rób mi tego, Roanie! – warknął Shin,
będąc na granicy płaczu. – Nie przepraszaj mnie w tym momencie!
Nagle
od strony drogi rozległo się przeciągłe wycie, odwracając na chwilę uwagę
wszystkich od umierającego mężczyzny. Kiedy chłopak spojrzał na prześwit lasu,
zauważył, że na drodze stoi olbrzymi Ogar Piekieł i z płonącymi oczami zbliża
się do nich. Kłapnął zębami olbrzymimi jak ręka człowieka i zawarczał.
- Musimy go stąd zabrać! – rozkazał Shin
reszcie i rozejrzał się po nich rozbieganymi oczami, jednak nikt się nie
poruszył, zbyt przerażeni zbliżającą się bestią. – No już! Co tak stoicie?!
- Daj spokój, dzieciaku – szepnął Roan i
złapał go za rękę, powstrzymując chłopaka od próby podniesienia go z ziemi. –
Eh, nie myślałem, że… umrę… w takim miejscu….
- Nie umrzesz tu, jasne? – warknął
Shin, spoglądając spanikowany na przyjaciela. Wiem, że istniejesz Absolucie, więc błagam cię, nie pozwól mu tu
umrzeć!!! – To nie jest dobre miejsce na śmierć.
- Każde miejsce jest dobre, dzieciaku –
odszepnął Roan z coraz większym trudem. Jego pierś coraz słabiej falowała, już
niemal niewidocznie unosiła się i opadała. – Przekaż Mephisto, że… latos
powstał dla lilili… – mruknął jeszcze i jego oczy zaczęły się zamykać.
- Roanie!
- Uciekaj, dzieciaku… – wyszeptał na sam
koniec mężczyzna, zamykając oczy, a jego głowa opadła na bok.
Shin potrząsał ciałem mężczyzny, ciągle
wołając jego imię, aż w pewnym momencie Ash złapał go za ramiona i postawił na
nogi.
- Musimy uciekać! – warknął w stronę
przyjaciela, a jego oczy były pełne smutku i współczucia dla blondyna. I w
pewien sposób te dwa słowa demona podziałały na Shina jak kubeł zimnej wody.
- Okay… – szepnął krótko i wyrwał się z
uścisku bruneta.
Ash
spojrzał na niego ze zmartwioną miną, jednak nie powiedział nic więcej, zamiast
tego poprowadził bandę w głąb lasu, uciekając jak najdalej od zbliżającego się
Ogara.
Po 10 minutach znaleźli się na niewielkiej
polance. Zachodzące słońce przedzierało się przez gąszcz gałęzi i kładło się
pomarańczowymi promykami na wyschniętej trawie. Za nimi ponownie rozległo się
wycie Ogara, po czym dołączyło do niego drugie, nadciągające z przeciwnej
strony.
- To co… teraz robimy? – wysapał Shin po
biegu i przedzieraniu się przez krzewy. Jego ręce i naga pierś krwawiły z
zadrapań, ale w ogóle nie zwracał na to uwagi.
- Mam pomysł – wysapała Viana i wskazała na
Asha oraz Rafaela. – Użyjemy materializacji, aby przenieść ich do Akademii…
- Ale to cholernie niebezpieczne – przerwał
jej Rafael spanikowany. Ciągle spoglądał do tyłu, jakby Piekielny Ogar miał
zaraz wyskoczyć zza krzaka i zalizać go na śmierć. – Nie można przenosić dwóch
Istnień jednocześnie, bo może to zaburzyć ich materię.
- A co mamy innego zrobić?! – warknął na
niego demon i przejechał dłonią po spoconych od biegu, czarnych włosach. –
Musimy spróbować – zadecydował i spojrzał na Vianę. Demonica kiwnęła głową i
nakazała, by Shin, Dea i Kei podeszli do nich.
- Słuchajcie, dopóki wam nie powiemy, nie
puszczacie naszych dłoni… – poleciła, kiedy za plecami w niewielkiej odległości
ponownie rozległo się wycie już nie dwóch, a czterech Ogarów. – Jasne?! –
ponownie zwróciła na siebie ich uwagę.
Kiwnęli potulnie głowami, a ona okręciła
szyję w bok i rzuciła przez ramię do oczekujących istot: – Zaczynamy!
Ash podbiegł i złapał Shina za ramię. Zamknął
oczy i wysilił całą swoją wolę, a między
jego brwiami pojawiła się zmarszczka z wysiłku. Pot wystąpił na jego skroń,
jednak nie minęło pięć sekund, jak oboje zniknęli w delikatnym rozbłysku
pomarańczowego światła, zupełnie jakby zabrał ich promień słońca. Następni
zniknęli Rafael wraz z Keiem w rozbłysku niebieskiego światła. Dea stała
oczarowana tymi zjawiskami, kiedy pociągnęła ją za ramię Viana, obracając
dziewczynę przodem do siebie.
- Gotowa? – rzuciła jeszcze do czarnowłosej i
uśmiechnęła się uspokajająco. Za ich plecami rozległo się ogłuszające warczenie
i przeciągłe wycie.
- Zawsze – mruknęła Dea, zamykając oczy,
kiedy ciepły, niemal gorący podmuch wiatru owiał całe jej ciało i porwał w
przestworza. Demonica i Dea zniknęły w tym samym momencie, kiedy zza drzew
wypadły Ogary i skoczyły na miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stały kobiety,
błyskając kłami i wyciągając ostre jak brzytwy pazury…
Ciemnowłosa dziewczyna otworzyła oczy zaraz
po tym, jak poczuła ziemię pod stopami. Jej czerwone oczy zalało późno
popołudniowe słońce, kładąc się na skórze delikatnymi promieniami. Nagle
poczuła wszechogarniające zimno, zawroty głowy oraz nudności. Skuliła się i
złapała trzęsącymi się z zimna ramionami za brzuch.
- Spokojnie, to normalne przy pierwszym razie
– usłyszała nad sobą uspokajający głos Viany. Chciała się zapytać co z resztą,
ale jej struny głosowe odmówiły posłuszeństwa. – Twój chłoptaś właśnie rzyga w
krzakach, ale jest cały. Ten mały siedzi na krawężniku i wgapia się w
przestrzeń… To trochę niepokojące tak na marginesie.
- Spoko – wymruczała Dea, powoli prostując
się. Jej żołądek uspokoił się, zawroty minęły, a zimno zupełnie zniknęło tak
samo nagle, jak się pojawiło. – On ma tak zawsze…
Demonica
zaśmiała się i pomogła jej przejść kawałek na ławeczkę. Dziewczyna z
wdzięcznością spojrzała na Vianę i usiadła na ławce z cichym westchnieniem
ulgi, zamykając oczy. Przeżyliśmy… ale
nie wszyscy mieli to szczęście… Otworzyła oczy i rozejrzała się w
poszukiwaniu Shina. Chłopak siedział na krawężniku podjazdu, pochylając się do
przodu. Nad nim stał Ash i mamrotał coś do blondyna, jednak widać było, że
chłopak zupełnie ignoruje przyjaciela. Nagle demon wyrzucił ramiona w górę i
odwrócił się od przyjaciela. Nie oglądając się za siebie, przeszedł przez
trawnik prosto do drzwi wejściowych i po chwili zniknął we wnętrzu Akademii.
- Chyba się pokłócili – zauważyła Viana,
spoglądając oczekująco na Deę.
- Chyba tak – mruknęła dziewczyna, po czym
niechętnie podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę Shina.
- Zostaw mnie – rzucił oschle, nawet na nią
nie spoglądając, kiedy znalazła się wystarczająco blisko niego. – Po prostu
niech mi wszyscy dadzą święty spokój! Nie potrzebuję pocieszenia, a tym
bardziej wkurzającej dziewczyny ględzącej mi nad uchem, że wszystko będzie
dobrze… – wyrzucił z siebie, nim zdążył pomyśleć. Kiedy zrozumiał, co przed
chwilą powiedział, speszony podniósł głowę do góry i spojrzał w jej zszokowane
oczy. – Ja… przepraszam… Nie… nie o to mi chodziło…
- Wiem dokładnie o co ci chodziło – przerwała
mu pośpiesznie dziewczyna, roztrzęsionym głosem. – Doskonale rozumiem, że
cierpisz. Ja też kogoś straciłam, pamiętasz? Straciłam ojca - osobę, która była
dla mnie całym światem… Więc doskonale rozumiem twój ból, ale to nie powód, by
odpychać od siebie wszystkich, którym na tobie zależy. Jeśli dalej będziesz tak
postępował, pozostaniesz na świecie sam jak palec. Pamiętaj o tym… –
powiedziała, po czym odwróciła się do niego plecami i pospiesznie udała się do
budynku szkoły. Viana szła za nią, jednak nie odezwała się ani słowem, za co
Dea była jej wdzięczna.
Wbiegła po schodach na ostatnie piętro i
weszła przez uchylone drzwi do gabinetu Mephistophelesa. Ponownie oczarowało ją
wnętrze tego pomieszczenia utrzymane w kombinacji czarno-czerwonych kolorów z
ciemnobrązowym drewnem. W kominku płonął ogień, od czasu do czasu strzelając w
górę milionami złocistych iskier. Na kanapie siedział Ashmodei, zakrywając
ramieniem swoją twarz. Delikatnie poruszył się, kiedy dziewczyny weszły do
pomieszczenia, jednak nie spojrzał na nie, zbytnio pogrążony we własnych
myślach. Dea przeniosła wzrok dalej, na ciemnowiśniowe, olbrzymie biurko
stojące w centralnej części pokoju przed olbrzymim oknem na całą ścianę,
zasłoniętym grafitową zasłoną lejącą się aż do ziemi. Za biurkiem stał czarny
fotel biurowy, obrócony tak, że nie było widać, czy ktoś na nim siedzi czy nie.
Nagle fotel zatrzeszczał i okręcił się, ukazując siedzącego na nim
czarno-białego kota z charakterystycznymi białymi wąsikami na futerku. Zwierzę
miało na głowie dziwaczny, staroświecki cylinder, a w łapce trzymało papiery i
przeglądało je skupionym wzrokiem. Nagle kocisko podniosło złote oczy ku górze
i dostrzegło stojące w pokoju dwie postacie. Jego wąsiki poruszyły się z
zaniepokojenia nagłym pojawieniem się w pokoju demonicy Leviathana. Odłożył na
biurko papiery i założył łapki na brzuchu.
- Witaj, Leviathanie – odezwał się kot, a
jego ogon, jeszcze przed chwilą zwisający spokojnie z krzesła, podniósł się i
zaczął wściekle uderzać w powietrze. – Miło cię ponownie widzieć.
- Mephistopheles? – zapytała zaskoczona
demonica, po czym parsknęła nieopanowanym śmiechem. – Etes-vous un chat?
- Oui, madame – odparło kocisko z doskonałym
francuskim akcentem. - Et vous êtes belle comme toujours…
- Merci, monsieur-chat – rzuciła Viana, kiedy
już przestała trząść się ze śmiechu. – Jednak jest sprawiedliwość na tym
świecie… – mruknęła pod nosem, ukradkiem obcierając kąciki oczu.
- Yhym, tak więc, jeśli już ponapawałaś się
tą chwilą, może moglibyśmy wrócić do głównego tematu? – mruknął Mephisto,
ponownie podnosząc papierki ze stołu i zeskakując z krzesła. Podszedł do Viany
i wyciągnął do niej łapkę, która sięgnęła demonicy zaledwie do ud. – Yhym,
mogłabyś? – chrząknął znacząco, machając papierkami.
- Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję –
rzuciła Viana do Dei, ale kucnęła i przechwyciła papiery. Spojrzała na nie
uważnym wzrokiem, po czym oddała Mephisto bez słowa i zamyśliła się.
- Kiedyś tak – odparła cicho czarnowłosa i
przeszła do kanapy. Usiadła obok Asha i szturchnęła go w ramię. Demon odsunął
ramię z twarzy i spojrzał na nią zmrużonym oczami.
- Czego? – warknął zajadle.
- Łooo, spokojnie – odparła dziewczyna,
podnosząc ręce w obronnym geście. Widać
nie tylko Shin postanowił odstawić dziś swoje humorki…¸ pomyślała,
przyglądając się z lekkim niepokojem przyjacielowi. – Dobrze się czujesz?
- Hm? Ah, tak… Tylko… – zawahał się i
westchnął ciężko. – Tylko Miracle ciągle nie wróciła i nie mogę się z nią
skontaktować… Nie wiem, czy nie jest w nieb…
Nagle przez drzwi wparowała
niewysoka blondynka, przerywając Ashowi w pół zdania. Uśmiechała się od ucha do
ucha, choć jej jasnoniebieska letnia sukienka nosiła ślady pazurów i krwi.
- Jupi! Ja chcę jeszcze raz! – zawołała
zamiast powitania, rozglądając się błyszczącymi niebieskimi oczami po pokoju.
Zaraz
za nią do pokoju weszli Shin naciągający na ramiona nową koszulkę, Kei oraz
Rafael podtrzymujący ramieniem Gabriela. Były archanioł miał, podobnie jak
Miri, ślady pazurów i krwi na ubraniach, a także podłużną szramę biegnącą przez
całą jego lewą rękę. Ash i Dea poderwali się z kanapy i dopadli do przyjaciół.
- Miracle! – zawołał demon głosem pełnym ulgi
i pochwycił córkę w ramiona. – Nic ci nie jest, córeczko?
- Oh, daj spokój – odparła dziewczynka,
usilnie starając się wyrwać z objęć nadopiekuńczego ojca. – Od paru zadrapań się
nie umiera… – mruknęła jeszcze, po czym niechętnie pozwoliła się przytulić
demonowi.
Tymczasem w drugim krańcu pokoju…
- To córka Ashmodeia żyje? – spytała
zaskoczona i zaciekawiona Viana, zwracając swoje pytanie do ponownie
usadowionego na krześle za biurkiem Mephistophelesa.
- Długa historia – mruknęło kocisko i
machnęło łapą z lekceważeniem.
Demonica
wzruszyła jedynie ramionami i podeszła do kanapy, na której Rafael usadził
swojego przyjaciela, by odpoczął.
- Co się stało, Gabrielu? – spytała go Dea, kucając
przed nim i łapiąc anioła za rękę. Chłopak podniósł głowę i wbił w nią
rozgorączkowane ciemnoniebieskie oczy.
- Zaatakowały nas Ogary… – wychrypiał z
trudem i odkaszlał. – Najpierw ktoś podłożył ogień w domku, a kiedy wybiegliśmy
z niego na zewnątrz czekało z pięć Ogarów, które rzuciły się na nas, jak tylko
wyszliśmy… To była zasadzka… Azazel wiedział, że tam będziemy… Czekał na nas…
- Dobra, starszy – mruknął Rafi i popchnął
przyjaciela, by się położył. – Wiemy już wszystko, co potrzebujemy. Teraz musisz
odpocząć.
Były
archanioł nie zaprotestował. Zamknął oczy i pogrążył się w niespokojnym,
przerywanym śnie. Wszyscy odeszli od niego kawałek i zbliżyli się do biurka
Mephisto. Kocur siedział na fotelu i zamyślony wbijał swoje złociste spojrzenie
w przestrzeń, zupełnie ignorując otaczający go świat.
- Co się stało po tym, jak opuściliście
podziemia? – odezwał się nagle demon, jednak dalej uporczywie wbijał spojrzenie
w powietrze. – A tak a propos, to proszę połóżcie skrzynkę na biurku – polecił.
Wszyscy
spojrzeli ostentacyjnie na Rafaela. Archanioł wyciągnął pudełeczko w kształcie
czteroramiennej gwiazdy i z cichym westchnieniem postawił je na blacie.
- Wiecie, że jak dowie się o tym Misiek, to
mi nogi z tyłka powyrywa? – spytał retorycznie, jednak nikt nie wykazał jakoś
tym większego zainteresowania. – Nie ma co, przyjaciele z was idealni – mruknął
sarkastycznie i odsunął się kawałek od stołu.
- Jak już opuściliśmy podziemia, Viana
opowiedziała nam o tym, jak została zapieczętowana jakaś Księga, a ona uśpiona
pod wulkanem… – odezwał się Shin, zimnym, opanowanym głosem.
- Ah, Księga Bram – przerwał mu Mephisto
rozmarzonym tonem, przez co Rafael i Kei spojrzeli na niego ostrzegawczo, a Ash
i Viana rzucili mu zaciekawione spojrzenia, jednak nikt z tej piątki nie
wysilił się, by wytłumaczyć, czym jest ta cała Księga Bram.
- Potem wsiedliśmy do samochodu i…
- I nas także zaatakowały Ogary – dokończył
za przyjaciela Ash. Shin spojrzał na niego z wdzięcznością i pozwolił, by to
demon kontynuował relację. – Jeden z nich uderzył w samochód, który wyleciał z
drogi i zatrzymał się na poboczu. Nam się nic nie stało, jednak Roan nie miał
tyle szczęścia. Olbrzymi kawał przedniej szyby wbił mu się w ciało i
przedziurawił płuco oraz naruszył serce. Roan nie żyje, Mephistophelesie… –
zakończył demon, opuszczając głowę. Przez chwilę czuł się tak jak lekarz
oświadczający rodzinie, że operacja się nie udała i ich krewny umarł na stole.
Zapadła
minuta ciszy, podczas której Mephisto świadomie lub nieświadomie, upamiętnił
Roana. Może kot nie wiedział co powiedzieć? Może nie chciał nic mówić? Tego
nikt nie wiedział, bo kocur stanowił niezwykle ciężką do odczytania postać,
zwłaszcza wtedy, kiedy chciał taki być w danym momencie.
- Roan… – powiedział Shin, lecz głos mu się
załamał na imieniu przyjaciela-mentora, więc odchrząknął i spróbował jeszcze
raz. – Roan kazał ci coś przekazać przed śmiercią. Coś o dwóch kwiatach… – Shin
zagłębił się w swoją pamięć, by przypomnieć sobie dokładnie słowa przyjaciela,
choć były to kolejne bolesne wspomnienia. – Coś, że lotos powstał dla lilii…
- Latos powstał dla lilili – szepnął
przerażony Mephisto i zatrząsł się ze strachu. Tym razem całą swoją uwagę i moc
złocistego spojrzenia skupił na blondynie. Przeszywał go i przewiercał
wzrokiem, jakby chciał się dostać prosto do głowy chłopaka i samemu zobaczyć,
czy to co usłyszał było prawdą. – Czy powiedział dokładnie to, że l a t o s
p o w s t a ł d l a l i l i l i?
- Tak, myślę, że tak… Co to dla nas oznacza?
- Same kłopoty – wymruczał demon i podrapał
się po skroniach. - Same kłopoty…
Nagle ich rozmowę przerwał zupełnie inny
głos. Głos, który słyszeli dotychczas zaledwie dziesięć razy, z czego połowa
zapowiedziała kolejne, nadchodzące kłopoty.
- Ta dziewczyna umiera – rzucił Kei tym swoim
mechanicznym głosem pozbawionym emocji, spoglądając przez okno na bramę.
Wszyscy dopadli do szyby i spojrzeli we wskazanym przez Jeźdźca kierunku. Przy
bramie stała słaniająca się na nogach dziewczyna. Jej miedziane loki falowały
na wietrze, a białą sukienkę pokrywały zastygnięte błoto i krew.
Jak tylko dostrzegł ją Shin, wybiegł z gabinetu Mephistophelesa, nie
oglądając się za siebie. Cała reszta pognała zaraz za nim, by chłopak nie
narobił głupot, jak ostatnim razem. W gabinecie pozostali tylko śpiący na
kanapie i zupełnie nieświadomy sytuacji Gabriel, Kei nie za bardzo ogarniający
sytuację oraz Viana i Dea, która widziała już TO raz na oczy i nie miała
zamiaru ponownie TEGO oglądać. Odwróciła się od okna i opadła na drugą kanapę.
Ostatecznie, ona była tylko wkurzającą dziewczyną; zabawką, którą po znudzeniu
się można rzucić w kąt. To tamta dziewczyna była, jest i będzie jego największą
miłością, nie ona. Musiała przestać się oszukiwać, że Shin kiedykolwiek do niej
cokolwiek czuł, czuje i poczuje. Musi go w końcu odpuścić. Musi odpuścić sobie
swoje uczucia do niego.
Viana, jakby wyczuwając nastrój dziewczyny,
podeszła do niej i usiadła obok na kanapie. Wyciągnęła rękę i pogłaskała Deę po
włosach, a ta oparła głowę o jej ramię.
- Wszystko będzie dobrze – mruknęła demonica
z pełnym przekonaniem, ciągle głaszcząc dziewczynę po głowie. – Zobaczysz,
wszystko się jakoś ułoży…
Dea naprawdę chciała wierzyć w zapewnienia
kobiety, jednak do cholery, to było takie trudne…!
Tymczasem na dole Shin zdążył wybiec z
budynku szkoły i pędem dopadł do bramy. Ledwo co wyhamował na mokrym podłożu i
nie przewrócił się z niedowierzania. Metr przed nim stała miedzianowłosa
dziewczyna.
Asuna.
Jego ukochana Asuna…
- Shin… – wyszeptała z trudem i zwróciła
swoje czarne, demoniczne oczy na blondyna, jednak tym razem te oczy były inne.
Nie dostrzegało się w nich szaleństwa jak wcześniej…
Te oczy były w pełni przytomne…
Napisany przez ~Olusia Haik
OdpowiedzUsuńdnia 18.07.2014 o 02:40
Super rozdział!!!Wczoraj(17-tego) znalazłam tego bloga.Wciągnęłam się w to opowiadanie.Przeczytałam wszystkie rozdziały.Wszystko jest ekstra!!!! Z wielką niecierpliwością czekam na nexta i życzę dużo weny. <3
Napisany przez ~CreativeViolet
Usuńdnia 19.07.2014 o 12:21
Cześć Olu.
Bardzo mi miło, że wpadłaś na moją Burzę i że spodobała ci się. Dziękuję za miłe słowa, a wena na pewno się przyda, zresztą jak zawsze. Obecnie pracuję nad planem fabuły na http://are-you-alice-girl.blogspot.com/ jednak jak tylko to ogarnę, biorę się za dokańczanie 16 rozdziału tutaj. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, pojawi się jakoś w przyszłym tygodniu, więc serdecznie zapraszam :)
A tak P.S.-em to za niedługo pojawi się pierwsza niespodzianka, wraz z opublikowaniem przeze mnie zakładki „Bohaterowie” :D Mam nadzieję, że spodoba się wszystkim moim czytelnikom
Pozdrawiam, CreativeViolet
Napisany przez ~Olusia Haik
OdpowiedzUsuńdnia 20.07.2014 o 01:09
Weszłam na twojego drugiego bloga.Podoba mi się.Pewnie zastanawiasz się czemu piszę tutaj.Na tamtym blogu nie da się napisać koma.
Jest super i dodałam go do zakładek.Tak więc czekam na nexta i jak powyżej życzę dużo weny.<3
Napisany przez ~Camille Ceciderit
OdpowiedzUsuńdnia 20.07.2014 o 21:10
Mhmm, muzyczka od 30STM, czyli to co lubię :3. Znajoma mnie wkręciła w słuchanie tego zespołu, a ja ją w muzykę Linkin Parku.”This is War” to jeden z moich ulubionych utworów Marsów.
Świetnie opisałaś walkę Dei z Vianą. Nic dodać nic ująć.
A co do samej Asuny… musiała powrócić? Teraz Shin na pewno zapomni o Dei :(. Biedna Dea… ale nie mogę zapominać o tym, że tworzysz tutaj trylogię ;). Na pewno jakoś ich w końcu połączysz, nie ma co. Tyle może się tu jeszcze wydarzyć… tyle pomysłów i tyle możliwości. Jak ty to wszystko ogarniasz??? :D
Wybacz, że tak ubogo komentuję, ale ostatnio nie mam czasu na siedzenie na laptopie :/. Wakacje… Teraz udało mi się dorwać do niego i wpadłam, żeby naskrobać komentarz jakiś ;).
Oj, nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału… ale z tego co widzę, to pojawi się on wtedy, gdy będę w górach >.<. No nic, dam radę. Jakoś :o.
Pozdrawiam :*
PS
Tak jak pisała Ola (Moja imienniczka! :o) nie da się komentować na twoim drugim blogu. A jest naprawdę genialny!