niedziela, 13 lipca 2014

15. Demon z czeluści

„Gdy zbyt długo patrzysz w czeluść,
czeluść zaczyna patrzeć na ciebie...”
~Fryderyk Nietzsche

Demonica postąpiła jeden krok do przodu, a jej suknia zaszeleściła w zamarłej ciszy podziemia. Miało się wrażenie, jakby nawet zmarli wstrzymali oddech w oczekiwaniu, natomiast kobieta zrobiła kolejny krok i kolejny, a jej pantofelki wybijały przerażający rytm na marmurowej posadzce. Pojedyncze, ogłuszające, przenikające do kości klik, klak, klik, klak… Kiedy demonica znalazła się wystarczająco blisko, że wyciągnąwszy rękę do przodu, mogłaby złapać kogoś z zastygłej grupki… nagle znikąd pojawił się cały w skowronkach Ash…
- Halo? Czemu tak stoicie na środku? – zawołał do reszty, ale jako, że nikt mu nie odpowiedział, przepchnął się do przodu i stanął twarzą w twarz z demonicą.
- Ashmodei – wymruczała kobieta, opierając jedną dłoń na biodrze. – Mon chérie, faux renard… Ileż to lat się nie widzieliśmy?
Brunet spojrzał na demonicę, jakby dopiero co ją zauważył, a jego oczka rozszerzyły się jak u prawiczka na pierwszy widok kobiecego biustu… I nagle demon wydał z siebie dziewiczy pisk i w jednej chwili znalazł się na ramionach zaskoczonego archanioła.
- Oh, mon chérie... Nie uciekaj przede mną – mruknęła demonica i rozejrzała się po zastygłych jak posągi postaciach. – Szczególnie,  że sprowadziłeś tu takie... interessant personnages...
Wyciągnęła rękę do przodu  i wskazała palcem na Deę.
- Podejdź do mnie drogie dziecię. Nie gryzę… no, przynajmniej non maintenant
Dziewczyna przełknęła gulę strachu zalegającą jej w gardle i nakazała swoim trzęsącym się nogom, by ruszyły się do przodu. Nagle poczuła, że została złapana od tyłu za dłoń. Momentalnie rozpoznała ten dotyk, właściwie rozpoznałaby go wszędzie, bo tylko jedna osoba miała taki dotyk…
 Shin chwycił jej dłoń i ścisnął, by dodać dziewczynie jakoś otuchy. Sam nie mógł za wiele zrobić, skoro Mephisto, Ash i Rafael nawet nie starali się zamaskować strachu wywołanego pojawieniem się owej kobiety. W nim samym wywoływała dziwne uczucie, zupełnie jakby jakaś dręcząca, ssąca dziura zaległa się w jego wnętrzu, wprawiając go w coraz większą depresję. Blondyn rzucił krótkie spojrzenie przyjaciółce i puścił jej dłoń, co nie umknęło uwadze demonicy.
- Hmm… Extremement... rzuciła i roześmiała się dźwięcznie. Jej delikatny, zmysłowy, francuski głosik poniósł się echem po korytarzach i powrócił do nich ze zdwojoną siłą. – Impeccablement!!! Impeccablement!!!
Dea obróciła się do złotookiej i weszła na wyższe stopnie, stając przy samej demonicy. Wypuściła powietrze przez usta i dopiero kiedy to zrobiła, zauważyła, że cały czas wstrzymywała oddech. Jej pierś zafalowała, gdy ponownie nabrała powietrza w palące żywym ogniem płuca, jednak ogień w jej piersi był niczym w porównaniu do intensywności wpatrzonych w nią zmrużonych, złocistych oczu.
- Piękne… – mruknęła demonica, niezupełnie zdając sobie sprawę z wypowiedzenia tego na głos. – Piękne oczy… Zupełnie jak u niego!
Nagle zwróciła całą swoją uwagę na niewielką postać dziewczyny stojącej przed nią i zagryzła usta w wyrazie konsternacji. – Jak cię zwą?
- Dea Leacú… proszę pani – powiedziała niewyraźnie, jednak kobieta, słysząc to, skrzywiła się nieznacznie.
- Wystarczy sama „Pani” – mruknęła i machnęła dłonią lekceważąco. – Jak cię zwą, drogie dziecię? – ponowiła swe pytanie, naciskając na każdą głoskę w zdaniu.
- Armagedon Lucifer Deis, pani…
- Ah! Excellemment! – krzyknęła krótko i klasnęła w dłonie z idealnym francuskim manikiurem. – Jeżeli pozwolisz, Armagedonie, to chciałabym zamienić z tobą parę słówek par separement – powiedziała i nim ktokolwiek zdąrzył zareagować, machnęła dłonią, a kamienny tunel rozrósł się w przeciągu sekundy, odgradzając demonicę i Deę od reszty przyjaciół czarnowłosej.
Zszokowana brunetka odwróciła się do tyłu i podbiegła do nowopowstałej ściany. Z drugiej strony dobiegały ją spanikowane głosy jej przyjaciół, więc odetchnęła z ulgą. Demonica nie zabiła ich. Przynajmniej jeszcze nie...
- A więc, czego chcesz ode mnie? – spytała Dea, powoli obracając się z powrotem w stronę oczekującej na nią kobiety. Za plecami czuła chłód kamiennej ściany, co trochę ochłodziło jej rozpalone od adrenaliny ciało i pozwoliło pomyśleć racjonalnie. Nie mogła w żaden sposób zdenerwować kobiety, ponieważ ta w odwecie zabiłaby jej przyjaciół bez mrugnięcia okiem. Musiała zrobić wszystko, czego zażądałaby od niej demonica.
- Oh, niczego, moje dziecię. Jedynie pragnę coś… sprawdzić – powiedziała, nie odrywając od niej ani na chwilę swojego złocistego spojrzenia. Ponownie machnęła ręką i w jej dłoni pojawił się czarny wachlarz. – Jeśli uda ci się zadać mi choć jeden cios, puszczę was wolno.
- Ale… – dorzuciła dziewczyna, wyczuwając w tym niezwykle niebezpieczny podstęp. Walka z tak potężną istotą jak demonica była na zupełnie innym poziomie niż dotychczasowe walki uliczne lub pojedynki z bratem Bazylim.
Demonica uśmiechnęła się aprobująco, jakby była dumna, że brunetka dostrzegła to „ale” i nie rzuciła się ślepo w wir walki.
- …Jednak jeżeli nie będziesz w stanie dalej utrzymywać pionu, to zabiję twoich przyjaciół, a na samym końcu ciebie.
- Zabijesz moich przyjaciół tylko dlatego, że nie będę w stanie dalej ustać na nogach? – spytała zszokowana dziewczyna, nie za bardzo pojmując intencję kobiety.
- Non, ma amie – stanowczo odparła demonica, kręcąc głową dla podkreślenia swoich słów. – Zabiję ich dlatego, że nie byłaś w stanie ochronić swych przyjaciół… Jednak lubię cię, drogie dziecię, toteż nie użyję żadnych swoich demonicznych mocy oraz zadam ci jedynie trzy ciosy. Ni mniej, ni więcej, tylko trzy. Wytrzymasz trzy uderzenia lub zadasz mi jeden cios – wygrasz; nie wytrzymasz trzech uderzeń – przegrasz.
Dea zastanowiła się nad tym chwilę. Nie miała innych opcji, jak tylko przystać na warunki demonicy.
- Que les jeux commencent – mruknęła dziewczyna po francusku i rzuciła się do przodu. Pierwszy cios zadała od lewej, po czym momentalnie kopnęła demonicę, jednak ona tylko zablokowała uderzenia za pomocą wachlarza. Jest szybsza niż myślałam, przemknęło dziewczynie przez głowę, kiedy odskoczyła od złotookiej. Muszę wymyślić jakąś inną strategię… Może uda mi się doprowadzić ją do odsłonięcia słabych punktów? Przypomniała sobie, czego uczył ją brat Bazyli na ich wspólnych lekcjach. Uderzenie w brodę – natychmiastowa, krótka utrata przytomności; uderzenie w krtań – uszkodzenie krtani i przyduszenie, osoba niezdolna do dalszej walki; uderzenie od dołu w nos – oślepnięcie i krwotok, możliwe uszkodzenie mózgu… Muszę spróbować. Szybciej, mocniej, celniej!
Szybciej, mocniej, celniej!
Szybciejmocniejcelniejszybciejmocniejcelniejszybciejmocniejcelniej!
- W XVIII wieku używano ich do przekazywania sekretnych wiadomości – powiedziała demonica, spokojnie blokując kolejne ataki, zupełnie jakby odganiała się od natrętnej muchy. Podniosła wachlarz do twarzy i rozłożyła go, wachlując się zalotnie, tym samym dając dziewczynie chwilę odpoczynku.
Zasłoniła twarz wachlarzem tak, że było widać wyłącznie oczy. – W ten sposób dama mówiła „szukam znajomości”, a w ten… – przykryła otwartym wachlarzem lewe ucho. - …”Nie zdradź naszego sekretu”.
Szybciej, mocniej, celniej!
Dea zaatakowała ponownie, starając się znaleźć jakiś słaby punkt demonicy, jednak gdy tylko zbliżała się do niej, kobieta przemieszczała się wraz z nią, przez cały czas pozostając osłoniętą. Myśli krążyły szaleńczo po głowie dziewczyny. Ręce i nogi drżały. Serce wybijało ogłuszający rytm. Adrenalina krążyła w żyłach. Krew szumiała w uszach. Mięśnie spinały się i rozluźniały.            Musiała walczyć.
       C h c i a ł a walczyć.
Walcz! ATAKUJ!
Szybciej, mocniej, celniej!
W pewnym momencie czarnowłosa popełniła błąd: za wolno odskoczyła po zadaniu kolejnego, niecelnego ciosu, co wykorzystała złotooka kobieta i uderzyła ją wachlarzem w twarz tak mocno, że głowa dziewczyny odskoczyła w drugą stronę, a całe jej ciało straciło równowagę i musiała się podtrzymać kolanem, by nie upaść. Oszołomiona, przyłożyła dłoń do policzka i starła sączącą się krew z głębokich zadrapań. Spojrzała zaskoczona na demonicę i na jej wachlarz, z którego wystawały cienkie, srebrzyste blaszki o ostrych krawędziach.
- Czasem wachlarz służył również młodym dziewczętom jako broń przed pijanymi baronami. Dzięki niewielkiemu guziczkowi wbudowanemu w trzonek, broń pokazywała się tylko wtedy, kiedy zaszła takowa potrzeba – wytłumaczyła zwięźle, gładząc wbudowane w czarny materiał noże. – Czy już się poddajesz, âme perdue?
Dziewczyna potrząsnęła głową i wstała chwiejnie na nogi. Policzek palił ją żywym ogniem, a spływająca, ciepła krew zaburzała jej wzrok, jednak nie zamierzała się poddać.
Walcz! ATAKUJ!
Szybciej, mocniej, celniej!
Kolejny cios kobiety posłał ją na ścianę i pozbawił tchu w piersi. Upadła plecami na ziemię, starając się ze wszystkich sił rozluźnić skurczone od uderzenia mięśnie. Lodowate zimno bijące od podłogi przeniknęło materiał jej ubrań i dotarło aż do kości, sprawiając, że zaczęła mimowolnie drżeć. I kiedy tak leżała na ziemi, demonica podeszła do niej powolnym krokiem, a zadowolenie malowało się na jej twarzy. Stanęła nad Deą i posłała w jej stronę okrutny, zajadły uśmieszek. – A byłaś tak blisko… – zacmokała z fałszywym współczuciem i powachlowała się, jakby od niechcenia. – Teraz będziesz patrzeć, jak powoli, powolutku zabijam twoich przyjaciół, rozkoszując się przy tym każdym wydanym przez nich krzykiem bólu…
Demonica odsunęła się od półprzytomnego ciała dziewczyny o jeden krok i nagle stanęła jak wryta. Okręciła się na pięcie i spojrzała w palące się nieopanowaną wściekłością rubinowe oczy, spoglądające na nią wilkiem.
Ślepia prawdziwego demona.
- Nie pozwolę ci… skrzywdzić… moich przyjaciół… – wysapała Dea z trudem, podnosząc się najpierw na jedno kolano, potem na drugie, aż w końcu zrównała się z demonicą i spojrzała w jej złociste, niedowierzające oczy. Jej ręka spoczywała na ramieniu demonicy, powstrzymując ją przed poruszeniem się choćby o milimetr i wykonaniem zapowiedzianej groźby.
- Został mi jeszcze jeden cios, ma chère – mruknęła kobieta, mrużąc oczy z okrutnego zadowolenia.
- Choćbyś miała zadać ich sto… – odarła dziewczyna, prostując się i wbijając mordercze spojrzenie w przeciwniczkę. – …to i tak nie pozwolę ci dotknąć któregokolwiek z moich przyjaciół!
I w tym momencie ręka demonicy wystrzeliła do przodu, a Dea zamknęła oczy w oczekiwaniu na cios, który tym razem na pewno pozbawi ją przytomności, jak nie i życia, ale poczuła jedynie… delikatne głaskanie po włosach. Otworzyła niepewnie oczy i dostrzegła rozbawioną twarz demonicy, głaskającej ją po głowie, jak jakiegoś pudla na wystawie.
- Brawo – roześmiała się kobieta i odsunęła od dziewczyny, jednak jej ręce nadal spoczywały na ramionach czarnowłosej. – Tu réussi l'examen!
- Ale… ale ja nie rozumiem… Jaki egzamin? O co tutaj chodzi? – spytała zszokowana dziewczyna, wprawiając tym demonicę w jeszcze większą wesołość. Rzeczywiście zabawne… Prawie mnie nie zabiła tą pojebaną zabawą, a teraz zachowuje się jak Szalony Kapelusznik na popołudniowej herbatce…
- Wieki temu ton père – Lucifer – poprosił mnie, że gdybym spotkała kiedyś son enfant, mam je sprawdzić, czy jest godne wypełnić la mission. Jeśliby zawiodło, mogłabym je zabić lub zrobić z nim cokolwiek zechcę, jednak jeszcze nigdy Dziedzic Krwi Lucifera nie dorósł do odpowiedniego wieku, by przejść mój test. Jesteś première dzieckiem Lucifera jakie poznałam… I jest to dla mnie zaszczyt cię poznać, młoda panienko – zaświergoliła demonica, szokując Deę jeszcze bardziej niż przedtem. Oczywiście, chwilę zajęło dziewczynie nim połączyła ten dziwny francusko-angielski slang w jedno. – Mam nadzieję, że nie przeraziłam cię tą całą situation de la recherche?
- Troszkę – odpowiedziała dziewczyna, kiedy już była w stanie wydać z siebie jakiś bardziej artykułowalny dźwięk niż niezwykle inteligentne „aha”.
- To dobrze – mruknęła demonica, nie przejmując się tym zbytnio. Machnęła dłonią, a wcześniejsza nowopowstała ściana powoli zaczęła kruszeć i odpadać, robiąc tym samym przejście dla reszty oczekującej grupki. – Niech nasza petit entretien pozostanie le secret między nami – szepnęła jeszcze Dei do ucha i odeszła od niej na dwa kroki, pozwalając, by jej przyjaciele dopadli do dziewczyny i obejrzeli ją od stóp do głów w razie jakichś poważniejszych urazów.
Kiedy już zakończyły się oględziny szkód i zapewnienia, że demonica nic nie zrobiła Dei, przyszedł czas, by dowiedzieć się, z kim w ogóle mają do czynienia!
Ta, jakby nie mogli wpaść na to szybciej…
Ludziki wyszli pośpiesznie z podziemi, by nie musieć już dłużej przesiadywać w tych klaustrofobicznych tunelach bez ogrzewania. Przysiedli na schodkach przed wejściem do Bazyliki i odetchnęli świeżym powietrzem, a ciepłe światło słoneczne oślepiło ich po tych kilku godzinach spędzonych w niemal całkowitej ciemności.
- Dobra – mruknął Shin, kiedy już uwalił się na schodkach i wystawił twarz do słońca z westchnieniem ulgi.  – To tak w ogóle, kim jesteś?
- Leviathan Chaleur Envie, znana również jako Zawiść, Zazdrość, Nienawiść i tak dalej… – przedstawiła się kobieta, składając i rozkładając nieświadomie wachlarz. – Możecie mówić mi Viana, będzie krócej.
- A co sprowadza cię tutaj? – kontynuował wywiad blondyn, od czasu do czasu spoglądając na Vianę.
- Wy – odpowiedziała krótko i zaczęła się wachlować. Jej suknia szeleściła na wietrze, a ciemnogranatowe kosmyki opadały na jej nagie ramiona. – Jestem Strażnikiem Bram, a wy naruszyliście pieczęć ochronną klucza. Dotychczas pozostawałam uśpiona pod wulkanem Etna, jednak wasze pojawienie się obudziło mnie.
- A ten strój?
- Zostałam uśpiona w 1799 roku, wtedy również zapieczętowano ostatecznie Księgę i przekazano ją Klucznikowi ze względu na skalę zniszczeń zapisaną w historii świata jako Rewolucja Francuska. – mruknęła zwięźle, ale jako, że trzy z sześciu osób nadal wyglądały jak niekumające zombie, kolejne dwie zamieniły się rolami z Kudłatym i Scooby Doo, a pozostała osoba nadal utrzymywała swoją rolę Królowej, w tym wypadku Króla Lodu, to Viana rozwinęła swoją historię z cichym westchnieniem irytacji. – Historia lubi troszkę kłamać, albo przynajmniej zastępować niewygodną do wyjaśnienia prawdę contrefaçon. Księga początkowo znajdowała się w skarbcu la famille impériale, jednak została wykradziona. Człowiek, który to uczynił zmarł zaraz po jej otwarciu, jednak lud jak stado baranów podchwycił pomysł „magique” księgi, która poprowadziłaby ich do zwycięstwa. Niestety, nie znaleźli wielu chętnych do otworzenia Księgi, po tym co zrobiła ona z jej poprzednim właścicielem, więc lud postanowił, że znajdzie kogoś, komu będzie obojętna la mort przez gilotynę czy wywołana przez książkę, toteż zaatakowali Bastylię, licząc, że w jej wnętrzu znajdzie się ktoś, komu uda się otworzyć Księgę. Jednak nie znalazła się tam ani jedna osoba zdolna do tego. Zamiast tego znalazł się le voleur, który wykradł Księgę i przekazał ją hrabiemu Honoré Gabriel Mirabeau. U mężczyzny Księga przeczekała rok, gdy to po jego śmierci trafiła do kolejnych rąk, które zapragnęły zgłębić jej des secrets, co poskutkowało śmiercią ciekawskich szlachciców. Ostatecznie w 1793 roku udało się znaleźć jedną osobę, która była zdolna do otwarcia Księgi, bez natychmiastowej śmierci – Marię Antoninę. Księga zaakceptowała ją jako jedyną powierniczkę sekretów, jednak kiedy Maria Antonina odmówiła przeczytania przyszłości państwa na głos przed wielmożnymi, zabiegającymi o przejęcie rządu, sąd skazał ją na śmierć, a tajemnice Księgi zostały pochowane wraz z królową Francji. Sama Księga została zabezpieczona i zapieczętowana przez Absoluta, Lucifera i Pana Czasu i przekazana specjalnie do tego przygotowanemu śmiertelnikowi, który ukrył Księgę, a miejsce jej pobytu przekazał swojemu synowi, który przekazał je swojemu dziecku i tak do dzisiejszych czasów. Owego śmiertelnika nazwano Klucznikiem, natomiast klucz otwierający Księgę, czyli Pierścień Rybaka ukryty został w Bazylice św. Piotra, natomiast jego strażnika, nazywanego od Księgi – Strażnikiem Bram, uśpiono pod wulkanem, by czekał, gdy znajdzie się ktoś, kto spróbuje zabrać klucz i odnaleźć Księgę.
- Wow, to o wiele lepsze niż lekcje historii! – sapnął Shin, wpatrując się podekscytowany w Vianę. – Jednak nadal nie rozumiem jednej rzeczy. Dlaczego Mephisto aż tak obawia się spotkania z tobą?
- Hehe, to mój drogi chłopcze, wcześniejsza historia drugiej strony medalu – odparła powoli demonica, uśmiechając się do blondyna. – Widzicie, początkowo to ktoś inny miał zostać Strażnikiem. Oczywiście, Lucifer nalegał, by został nim jeden z jego Generałów, a nie jakiś podrzędny demon, więc wspólnie stwierdziliśmy, że najlepiej i najbardziej praktycznie będzie, gdy zostanie nim VII Generał, demon lenistwa – Mephistopheles. Początkowo Mephisto przystał na tą propozycję, jednak dał warunek – najpierw ja musiałam wejść do Etny i zobaczyć, czy dostanie miękkie łóżko. Bezsensowny warunek, ale ani ja, ani Lucifer nie mieliśmy ochoty, by dalej kłócić się z tym parszywym demonem. Jak tylko znalazłam się pod wulkanem, zasnęłam i obudziłam się w waszych czasach z ogromną ochotą zemsty za te zastane przez kilkaset lat mięśnie. Ale spokojnie, postaram się, by nie krzyczał za głośno, by wam nie przeszkadzać, gołąbeczki – zwróciła się do Dei, a brunetka momentalnie zaczerwieniła się.
- Yhym… – chrząknął ostentacyjnie Shin i wstając, otrzepał swoje ubranie z piasku. – Dobra, może się mylę, ale chyba już czas się zbierać, co nie? – zwrócił się do Roana, który wyciągnął klucze do samochodu z przeczepionym breloczkiem w kształcie kociej głowy.
- Się robi! – mruknął mężczyzna i wszyscy podnieśli się z ziemi i udali w stronę zaparkowanego samochodu.
Kiedy już siedzieli w Kotomobilu i gadali o bzdetach, jak na przykład, co robiły kobiet w XVIII wieku, kiedy zachciało im się siku, a miały na sobie tą dziwaczną stalową konstrukcję i tony ciężkiego materiału. I uwierzcie mi, że nie chcielibyście poznać odpowiedzi na to pytanie…
W pewnym momencie z tyłu dobiegł zaskoczony okrzyk Asha.
- Moja kasa! Mój telefon! – wrzasnął na cały głos, klepiąc się po kieszeniach. – Ah! To pewnie ten księżulek mi je zajebał!!!
- Serio ksiądz cię okradł? – spytał z niedowierzaniem Shin i podniósł jedną brew do góry, po czym parsknął śmiechem.
- Haha, bardzo śmieszne – warknął poirytowany demon. – W takim razie załatw nam samolot, skoro w moim telefonie był jednocześnie numer alarmowy do Mephisto i do Belfiego, od którego pożyczyliśmy samolocik… Chyba, że chcesz z Włoszech do Londynu leźć na pieszo, co?! Pośpiewamy sobie „Z ziemi włoskiej do Polski” i tak dalej…
- Dobra, nie podniecaj się tak – odpowiedział uspokajająco Shin, jednak jego mina zrzedła na wiadomość o prawdopodobnym spacerku z buta do domu… – Przecież też mam numer do Mephisto, więc…
- Ty masz ten zwykły, którego nie chce mu się nigdy odbierać – przerwał mu wkurzony demon, po czym potargał sobie włosy i rzucił się na siedzenie w wyrazie całkowitej irytacji. – Jak spotkam tego dziada w Terrze, to popamięta mnie, watykański gołodupiec, grrryy…
- W sumie, sam jesteś sobie winny – dorzucił Rafael, machając nóżką i zupełnie ignorując nowopowstały problem. – To nie ładnie na samym początku znajomości pchać się wszystkim do łóżka…
- JESTEM DEMONEM LUBIEŻNOŚCI! – wrzasnął naprawdę wkurwiony Ash. Dea widziała go po raz pierwszy w takiej sytuacji, ponieważ nigdy wcześniej nie wkurzył się tak na nikogo. Zawsze uważała go za beztroskiego, napalonego kobieciarza z umysłem trzynastolatka. Nie myślała, że jest zdolny do odczuwania, a tym bardziej do okazywania jakichkolwiek ludzkich emocji, więc tym bardziej zaskoczył ją wybuch przyjaciela w samochodzie.
- A JA ARCHANIOŁEM! – odwrzasnął Rafael, sapiąc z podenerwowania. Poczerwieniał na twarzy i spiął się, gotując się do dalszej awantury.
Chłopaki niemal rzucili się sobie do gardeł z byle powodu, ale na szczęście wparował między nich Shin i każdego trzepnął po łbie, aby się uspokoili.
- Czy was do reszty pogięło?! – warknął na kłócącą się dwójkę. – Jesteście gorsi od dzieci! Tak nagle zaczęliście na siebie wrzeszczeć!
- Ale to on zaczął – poskarżyli się równocześnie, na co Shin znowu im przypieprzył w łebki. – Au! Za co?!
- Za jajco! – odparł wkurzony blondyn i opadł na własne siedzenie obok Dei, ponieważ dziewczyna została wyeksmitowana z przodu przez pewną zafascynowaną nowinkami technologicznymi, przerażającą babkę z XVIII wieku, która wsiadając do samochodu spytała „a gdzie są konie?”
… No comments
Nagle w samochodzie rozległ się koncert muzyki klasycznej, a po nim zafascynowany pisk Viany siedzącej z przodu.
- Fascinante! Excellente! – zawołała podekscytowana Viana i klasnęła w dłonie. – Nawet macie w tej metalowej skrzynce orkiestrę symfoniczną! Uwielbiam te czasy! Ale powiedzcie mi, jak oni się tam zmieścili?
- IdiotsIdiots everywhere… – mruknął pod nosem Shin i zamknął oczka, starając się choć na chwilę odseparować od tej głupoty unoszącej się w powietrzu. Siedząca obok niego dziewczyna uśmiechnęła się lekko i oparła głowę o szybę, przyglądając się tym wszystkim ludziom i innym istotom, niekoniecznie ludzkim. Doszedł do nas kolejny dziwak, pomyślała, obserwując reakcje siedzącej z przodu demonicy i w pewien sposób ucieszyło ją to o wiele bardziej niż przeraziło. Heh, te parę miesięcy naprawdę mnie zmieniło…
Promienie zachodzącego słońca kładły się na jej twarzy, delikatnie dopieszczając zmarzniętą po godzinach spędzonych w katakumbach skórę. Z lekko otwartego okna wpadało chłodne powietrze, rozwiewając jej ciemne włosy na wszystkie strony. Było tak idealnie, tak spokojnie, jak zawsze wyobrażała sobie takie wypady z przyjaciółmi.
- Hej, czy wy też to słyszycie? – przedarł się zaniepokojony głos Roana do jej półprzytomnej świadomości.
Otworzyła oczy i lekko uniosła głowę, nasłuchując. I w tym samym momencie coś olbrzymiego uderzyło w bok samochodu z niewyobrażalną siłą, wyrzucając go w powietrze. Samochód przekoziołkował kilka razy i zatrzymał się na drzewie, a w jego wnętrzu zapanowała cisza…

Kilkadziesiąt sekund później…

Shin otworzył oczy i momentalnie skrzywił się z bólu. Wisiał głową w dół, zapięty w pas, a krew z rozcięcia na głowie kapała na szklane odłamki zasnuwające dach jak dywan. Dobrą chwilę zajęło mu, aby przypomnieć sobie i zrozumieć, że właśnie mieli w y p a d e k. Rozejrzał się po całkowicie zniszczonym wnętrzu, sprawdzając, czy ktokolwiek jeszcze jest przytomny i na szczęście, większość z jego przyjaciół powoli odzyskiwała przytomność. Drżącymi dłońmi rozpiął pas i upadł na dach, po czym wyczołgał się przez rozbite okno. Zaraz za nim wyszli po kolei Dea, Kei, Ash i Rafael, troszkę poturbowani, ale bez poważnych obrażeń.
- Trzęsiesz się – odezwała się jako pierwsza Dea, rozglądając się rozbieganymi oczami po okolicy. Znajdowali się w lasku, a przez wyrwę w zaroślach widzieli drogę z której zostali przez coś zepchnięci. Bo zostali zepchnięci, co do tego Shin nie miał wątpliwości. Ale skoro COŚ nas zepchnęło, ciągle musi tu być, by dokończyć robotę…, pomyślał z lekka przestraszony. Bliżej przyjrzał się wgnieceniom na blachach samochodu i przez chwilę wydawało mu się, że coś tam widzi, jednak napomniał się w myślach, iż w końcu samochód przekoziołkował kilka razy, co mogło spowodować te dziwne rysy, wyglądające jak ślady po olbrzymich pazurach…
- Szok – rzucił zwięźle blondyn, nie poddając się panice, ale szybkim krokiem obszedł samochód, aby jak najprędzej pomóc Vianie oraz Roanowi i wynieść się stąd jak najdalej. Jako pierwszą wyciągnęli demonicę, która po chwili odpoczynku również odzyskała przytomność i wciągnęła powietrze w płuca niczym wyłowiona z wody ryba romantyzmu.
- Je baise! – zaklęła roztrzęsionym głosem. Poklepała się do głowie, rękach i nogach, sprawdzając czy wszystko ma na miejscu. – Żyję… – sapnęła i zamknęła oczy, leżąc na trawie i oddychając głęboko, by się opanować.
- Shin! – zawołał zaniepokojonym głosem Ash, który wraz z Rafaelem mieli wyciągnąć Roana z drugiej strony. Błagam nie!, pomyślał Shin pełen złego przeczucia.
Blondyn szybko przeszedł na drugą stronę samochodu i stanął jak wryty. Podtrzymywany przez demona leżał na ziemi Roan, a z jego piersi wystawał olbrzymi kawał splamionego czerwienią szkła.
Mężczyzna trząsł się i charczał, wypluwając strużki krwi.
- Roanie! – zawołał blondyn i dopadł do ciała przyjaciela. Ściągnął podkoszulek i przyłożył go do rany, by zatamować krwawienie. – Nawet nie myśl o tym, by mnie znowu opuścić! – rzucił, spoglądając mentorowi w oczy, w których powoli przygasał blask.
- Umieram – wycharczał Roan i zakaszlał, a kolejna stróżka jego krwi polała się na ziemię. – Przepraszam, że wtedy… wyjechałem tak… bez pożegnania…
- Nie rób mi tego, Roanie! – warknął Shin, będąc na granicy płaczu. – Nie przepraszaj mnie w tym momencie!
Nagle od strony drogi rozległo się przeciągłe wycie, odwracając na chwilę uwagę wszystkich od umierającego mężczyzny. Kiedy chłopak spojrzał na prześwit lasu, zauważył, że na drodze stoi olbrzymi Ogar Piekieł i z płonącymi oczami zbliża się do nich. Kłapnął zębami olbrzymimi jak ręka człowieka i zawarczał.
- Musimy go stąd zabrać! – rozkazał Shin reszcie i rozejrzał się po nich rozbieganymi oczami, jednak nikt się nie poruszył, zbyt przerażeni zbliżającą się bestią. – No już! Co tak stoicie?!
- Daj spokój, dzieciaku – szepnął Roan i złapał go za rękę, powstrzymując chłopaka od próby podniesienia go z ziemi. – Eh, nie myślałem, że… umrę… w takim miejscu….
- Nie umrzesz tu, jasne? – warknął Shin, spoglądając spanikowany na przyjaciela. Wiem, że istniejesz Absolucie, więc błagam cię, nie pozwól mu tu umrzeć!!! – To nie jest dobre miejsce na śmierć.
- Każde miejsce jest dobre, dzieciaku – odszepnął Roan z coraz większym trudem. Jego pierś coraz słabiej falowała, już niemal niewidocznie unosiła się i opadała. – Przekaż Mephisto, że… latos powstał dla lilili… – mruknął jeszcze i jego oczy zaczęły się zamykać.
- Roanie!
- Uciekaj, dzieciaku… – wyszeptał na sam koniec mężczyzna, zamykając oczy, a jego głowa opadła na bok.
Shin potrząsał ciałem mężczyzny, ciągle wołając jego imię, aż w pewnym momencie Ash złapał go za ramiona i postawił na nogi.
- Musimy uciekać! – warknął w stronę przyjaciela, a jego oczy były pełne smutku i współczucia dla blondyna. I w pewien sposób te dwa słowa demona podziałały na Shina jak kubeł zimnej wody.
- Okay… – szepnął krótko i wyrwał się z uścisku bruneta.
Ash spojrzał na niego ze zmartwioną miną, jednak nie powiedział nic więcej, zamiast tego poprowadził bandę w głąb lasu, uciekając jak najdalej od zbliżającego się Ogara.
Po 10 minutach znaleźli się na niewielkiej polance. Zachodzące słońce przedzierało się przez gąszcz gałęzi i kładło się pomarańczowymi promykami na wyschniętej trawie. Za nimi ponownie rozległo się wycie Ogara, po czym dołączyło do niego drugie, nadciągające z przeciwnej strony.
- To co… teraz robimy? – wysapał Shin po biegu i przedzieraniu się przez krzewy. Jego ręce i naga pierś krwawiły z zadrapań, ale w ogóle nie zwracał na to uwagi.
- Mam pomysł – wysapała Viana i wskazała na Asha oraz Rafaela. – Użyjemy materializacji, aby przenieść ich do Akademii…
- Ale to cholernie niebezpieczne – przerwał jej Rafael spanikowany. Ciągle spoglądał do tyłu, jakby Piekielny Ogar miał zaraz wyskoczyć zza krzaka i zalizać go na śmierć. – Nie można przenosić dwóch Istnień jednocześnie, bo może to zaburzyć ich materię.
- A co mamy innego zrobić?! – warknął na niego demon i przejechał dłonią po spoconych od biegu, czarnych włosach. – Musimy spróbować – zadecydował i spojrzał na Vianę. Demonica kiwnęła głową i nakazała, by Shin, Dea i Kei podeszli do nich.
- Słuchajcie, dopóki wam nie powiemy, nie puszczacie naszych dłoni… – poleciła, kiedy za plecami w niewielkiej odległości ponownie rozległo się wycie już nie dwóch, a czterech Ogarów. – Jasne?! – ponownie zwróciła na siebie ich uwagę.
Kiwnęli potulnie głowami, a ona okręciła szyję w bok i rzuciła przez ramię do oczekujących istot: – Zaczynamy!
Ash podbiegł i złapał Shina za ramię. Zamknął oczy  i wysilił całą swoją wolę, a między jego brwiami pojawiła się zmarszczka z wysiłku. Pot wystąpił na jego skroń, jednak nie minęło pięć sekund, jak oboje zniknęli w delikatnym rozbłysku pomarańczowego światła, zupełnie jakby zabrał ich promień słońca. Następni zniknęli Rafael wraz z Keiem w rozbłysku niebieskiego światła. Dea stała oczarowana tymi zjawiskami, kiedy pociągnęła ją za ramię Viana, obracając dziewczynę przodem do siebie.
- Gotowa? – rzuciła jeszcze do czarnowłosej i uśmiechnęła się uspokajająco. Za ich plecami rozległo się ogłuszające warczenie i przeciągłe wycie.
- Zawsze – mruknęła Dea, zamykając oczy, kiedy ciepły, niemal gorący podmuch wiatru owiał całe jej ciało i porwał w przestworza. Demonica i Dea zniknęły w tym samym momencie, kiedy zza drzew wypadły Ogary i skoczyły na miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stały kobiety, błyskając kłami i wyciągając ostre jak brzytwy pazury…
Ciemnowłosa dziewczyna otworzyła oczy zaraz po tym, jak poczuła ziemię pod stopami. Jej czerwone oczy zalało późno popołudniowe słońce, kładąc się na skórze delikatnymi promieniami. Nagle poczuła wszechogarniające zimno, zawroty głowy oraz nudności. Skuliła się i złapała trzęsącymi się z zimna ramionami za brzuch.
- Spokojnie, to normalne przy pierwszym razie – usłyszała nad sobą uspokajający głos Viany. Chciała się zapytać co z resztą, ale jej struny głosowe odmówiły posłuszeństwa. – Twój chłoptaś właśnie rzyga w krzakach, ale jest cały. Ten mały siedzi na krawężniku i wgapia się w przestrzeń… To trochę niepokojące tak na marginesie.
- Spoko – wymruczała Dea, powoli prostując się. Jej żołądek uspokoił się, zawroty minęły, a zimno zupełnie zniknęło tak samo nagle, jak się pojawiło. – On ma tak zawsze…
Demonica zaśmiała się i pomogła jej przejść kawałek na ławeczkę. Dziewczyna z wdzięcznością spojrzała na Vianę i usiadła na ławce z cichym westchnieniem ulgi, zamykając oczy. Przeżyliśmy… ale nie wszyscy mieli to szczęście… Otworzyła oczy i rozejrzała się w poszukiwaniu Shina. Chłopak siedział na krawężniku podjazdu, pochylając się do przodu. Nad nim stał Ash i mamrotał coś do blondyna, jednak widać było, że chłopak zupełnie ignoruje przyjaciela. Nagle demon wyrzucił ramiona w górę i odwrócił się od przyjaciela. Nie oglądając się za siebie, przeszedł przez trawnik prosto do drzwi wejściowych i po chwili zniknął we wnętrzu Akademii.
- Chyba się pokłócili – zauważyła Viana, spoglądając oczekująco na Deę.
- Chyba tak – mruknęła dziewczyna, po czym niechętnie podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę Shina.
- Zostaw mnie – rzucił oschle, nawet na nią nie spoglądając, kiedy znalazła się wystarczająco blisko niego. – Po prostu niech mi wszyscy dadzą święty spokój! Nie potrzebuję pocieszenia, a tym bardziej wkurzającej dziewczyny ględzącej mi nad uchem, że wszystko będzie dobrze… – wyrzucił z siebie, nim zdążył pomyśleć. Kiedy zrozumiał, co przed chwilą powiedział, speszony podniósł głowę do góry i spojrzał w jej zszokowane oczy. – Ja… przepraszam… Nie… nie o to mi chodziło…
- Wiem dokładnie o co ci chodziło – przerwała mu pośpiesznie dziewczyna, roztrzęsionym głosem. – Doskonale rozumiem, że cierpisz. Ja też kogoś straciłam, pamiętasz? Straciłam ojca - osobę, która była dla mnie całym światem… Więc doskonale rozumiem twój ból, ale to nie powód, by odpychać od siebie wszystkich, którym na tobie zależy. Jeśli dalej będziesz tak postępował, pozostaniesz na świecie sam jak palec. Pamiętaj o tym… – powiedziała, po czym odwróciła się do niego plecami i pospiesznie udała się do budynku szkoły. Viana szła za nią, jednak nie odezwała się ani słowem, za co Dea była jej wdzięczna.
Wbiegła po schodach na ostatnie piętro i weszła przez uchylone drzwi do gabinetu Mephistophelesa. Ponownie oczarowało ją wnętrze tego pomieszczenia utrzymane w kombinacji czarno-czerwonych kolorów z ciemnobrązowym drewnem. W kominku płonął ogień, od czasu do czasu strzelając w górę milionami złocistych iskier. Na kanapie siedział Ashmodei, zakrywając ramieniem swoją twarz. Delikatnie poruszył się, kiedy dziewczyny weszły do pomieszczenia, jednak nie spojrzał na nie, zbytnio pogrążony we własnych myślach. Dea przeniosła wzrok dalej, na ciemnowiśniowe, olbrzymie biurko stojące w centralnej części pokoju przed olbrzymim oknem na całą ścianę, zasłoniętym grafitową zasłoną lejącą się aż do ziemi. Za biurkiem stał czarny fotel biurowy, obrócony tak, że nie było widać, czy ktoś na nim siedzi czy nie. Nagle fotel zatrzeszczał i okręcił się, ukazując siedzącego na nim czarno-białego kota z charakterystycznymi białymi wąsikami na futerku. Zwierzę miało na głowie dziwaczny, staroświecki cylinder, a w łapce trzymało papiery i przeglądało je skupionym wzrokiem. Nagle kocisko podniosło złote oczy ku górze i dostrzegło stojące w pokoju dwie postacie. Jego wąsiki poruszyły się z zaniepokojenia nagłym pojawieniem się w pokoju demonicy Leviathana. Odłożył na biurko papiery i założył łapki na brzuchu.
- Witaj, Leviathanie – odezwał się kot, a jego ogon, jeszcze przed chwilą zwisający spokojnie z krzesła, podniósł się i zaczął wściekle uderzać w powietrze. – Miło cię ponownie widzieć.
- Mephistopheles? – zapytała zaskoczona demonica, po czym parsknęła nieopanowanym śmiechem. – Etes-vous un chat?
- Oui, madame – odparło kocisko z doskonałym francuskim akcentem. - Et vous êtes belle comme toujours…
- Merci, monsieur-chat – rzuciła Viana, kiedy już przestała trząść się ze śmiechu. – Jednak jest sprawiedliwość na tym świecie… – mruknęła pod nosem, ukradkiem obcierając kąciki oczu.
- Yhym, tak więc, jeśli już ponapawałaś się tą chwilą, może moglibyśmy wrócić do głównego tematu? – mruknął Mephisto, ponownie podnosząc papierki ze stołu i zeskakując z krzesła. Podszedł do Viany i wyciągnął do niej łapkę, która sięgnęła demonicy zaledwie do ud. – Yhym, mogłabyś? – chrząknął znacząco, machając papierkami.
- Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję – rzuciła Viana do Dei, ale kucnęła i przechwyciła papiery. Spojrzała na nie uważnym wzrokiem, po czym oddała Mephisto bez słowa i zamyśliła się.
- Kiedyś tak – odparła cicho czarnowłosa i przeszła do kanapy. Usiadła obok Asha i szturchnęła go w ramię. Demon odsunął ramię z twarzy i spojrzał na nią zmrużonym oczami.
- Czego? – warknął zajadle.
- Łooo, spokojnie – odparła dziewczyna, podnosząc ręce w obronnym geście. Widać nie tylko Shin postanowił odstawić dziś swoje humorki…¸ pomyślała, przyglądając się z lekkim niepokojem przyjacielowi. – Dobrze się czujesz?
- Hm? Ah, tak… Tylko… – zawahał się i westchnął ciężko. – Tylko Miracle ciągle nie wróciła i nie mogę się z nią skontaktować… Nie wiem, czy nie jest w nieb…
            Nagle przez drzwi wparowała niewysoka blondynka, przerywając Ashowi w pół zdania. Uśmiechała się od ucha do ucha, choć jej jasnoniebieska letnia sukienka nosiła ślady pazurów i krwi.
- Jupi! Ja chcę jeszcze raz! – zawołała zamiast powitania, rozglądając się błyszczącymi niebieskimi oczami po pokoju.
Zaraz za nią do pokoju weszli Shin naciągający na ramiona nową koszulkę, Kei oraz Rafael podtrzymujący ramieniem Gabriela. Były archanioł miał, podobnie jak Miri, ślady pazurów i krwi na ubraniach, a także podłużną szramę biegnącą przez całą jego lewą rękę. Ash i Dea poderwali się z kanapy i dopadli do przyjaciół.
- Miracle! – zawołał demon głosem pełnym ulgi i pochwycił córkę w ramiona. – Nic ci nie jest, córeczko?
- Oh, daj spokój – odparła dziewczynka, usilnie starając się wyrwać z objęć nadopiekuńczego ojca. – Od paru zadrapań się nie umiera… – mruknęła jeszcze, po czym niechętnie pozwoliła się przytulić demonowi.
Tymczasem w drugim krańcu pokoju…
- To córka Ashmodeia żyje? – spytała zaskoczona i zaciekawiona Viana, zwracając swoje pytanie do ponownie usadowionego na krześle za biurkiem Mephistophelesa.
- Długa historia – mruknęło kocisko i machnęło łapą z lekceważeniem.
Demonica wzruszyła jedynie ramionami i podeszła do kanapy, na której Rafael usadził swojego przyjaciela, by odpoczął.
- Co się stało, Gabrielu? – spytała go Dea, kucając przed nim i łapiąc anioła za rękę. Chłopak podniósł głowę i wbił w nią rozgorączkowane ciemnoniebieskie oczy.
- Zaatakowały nas Ogary… – wychrypiał z trudem i odkaszlał. – Najpierw ktoś podłożył ogień w domku, a kiedy wybiegliśmy z niego na zewnątrz czekało z pięć Ogarów, które rzuciły się na nas, jak tylko wyszliśmy… To była zasadzka… Azazel wiedział, że tam będziemy… Czekał na nas…
- Dobra, starszy – mruknął Rafi i popchnął przyjaciela, by się położył. – Wiemy już wszystko, co potrzebujemy. Teraz musisz odpocząć.
Były archanioł nie zaprotestował. Zamknął oczy i pogrążył się w niespokojnym, przerywanym śnie. Wszyscy odeszli od niego kawałek i zbliżyli się do biurka Mephisto. Kocur siedział na fotelu i zamyślony wbijał swoje złociste spojrzenie w przestrzeń, zupełnie ignorując otaczający go świat.
- Co się stało po tym, jak opuściliście podziemia? – odezwał się nagle demon, jednak dalej uporczywie wbijał spojrzenie w powietrze. – A tak a propos, to proszę połóżcie skrzynkę na biurku – polecił.
Wszyscy spojrzeli ostentacyjnie na Rafaela. Archanioł wyciągnął pudełeczko w kształcie czteroramiennej gwiazdy i z cichym westchnieniem postawił je na blacie.
- Wiecie, że jak dowie się o tym Misiek, to mi nogi z tyłka powyrywa? – spytał retorycznie, jednak nikt nie wykazał jakoś tym większego zainteresowania. – Nie ma co, przyjaciele z was idealni – mruknął sarkastycznie i odsunął się kawałek od stołu.
- Jak już opuściliśmy podziemia, Viana opowiedziała nam o tym, jak została zapieczętowana jakaś Księga, a ona uśpiona pod wulkanem… – odezwał się Shin, zimnym, opanowanym głosem.
- Ah, Księga Bram – przerwał mu Mephisto rozmarzonym tonem, przez co Rafael i Kei spojrzeli na niego ostrzegawczo, a Ash i Viana rzucili mu zaciekawione spojrzenia, jednak nikt z tej piątki nie wysilił się, by wytłumaczyć, czym jest ta cała Księga Bram.
- Potem wsiedliśmy do samochodu i…
- I nas także zaatakowały Ogary – dokończył za przyjaciela Ash. Shin spojrzał na niego z wdzięcznością i pozwolił, by to demon kontynuował relację. – Jeden z nich uderzył w samochód, który wyleciał z drogi i zatrzymał się na poboczu. Nam się nic nie stało, jednak Roan nie miał tyle szczęścia. Olbrzymi kawał przedniej szyby wbił mu się w ciało i przedziurawił płuco oraz naruszył serce. Roan nie żyje, Mephistophelesie… – zakończył demon, opuszczając głowę. Przez chwilę czuł się tak jak lekarz oświadczający rodzinie, że operacja się nie udała i ich krewny umarł na stole.
Zapadła minuta ciszy, podczas której Mephisto świadomie lub nieświadomie, upamiętnił Roana. Może kot nie wiedział co powiedzieć? Może nie chciał nic mówić? Tego nikt nie wiedział, bo kocur stanowił niezwykle ciężką do odczytania postać, zwłaszcza wtedy, kiedy chciał taki być w danym momencie.
- Roan… – powiedział Shin, lecz głos mu się załamał na imieniu przyjaciela-mentora, więc odchrząknął i spróbował jeszcze raz. – Roan kazał ci coś przekazać przed śmiercią. Coś o dwóch kwiatach… – Shin zagłębił się w swoją pamięć, by przypomnieć sobie dokładnie słowa przyjaciela, choć były to kolejne bolesne wspomnienia. – Coś, że lotos powstał dla lilii…
- Latos powstał dla lilili – szepnął przerażony Mephisto i zatrząsł się ze strachu. Tym razem całą swoją uwagę i moc złocistego spojrzenia skupił na blondynie. Przeszywał go i przewiercał wzrokiem, jakby chciał się dostać prosto do głowy chłopaka i samemu zobaczyć, czy to co usłyszał było prawdą. – Czy powiedział dokładnie to, że  l a t o s   p o w s t a ł   d l a   l i l i l i?
- Tak, myślę, że tak… Co to dla nas oznacza?
- Same kłopoty – wymruczał demon i podrapał się po skroniach. - Same kłopoty…
Nagle ich rozmowę przerwał zupełnie inny głos. Głos, który słyszeli dotychczas zaledwie dziesięć razy, z czego połowa zapowiedziała kolejne, nadchodzące kłopoty.
- Ta dziewczyna umiera – rzucił Kei tym swoim mechanicznym głosem pozbawionym emocji, spoglądając przez okno na bramę. Wszyscy dopadli do szyby i spojrzeli we wskazanym przez Jeźdźca kierunku. Przy bramie stała słaniająca się na nogach dziewczyna. Jej miedziane loki falowały na wietrze, a białą sukienkę pokrywały zastygnięte błoto i krew.
Jak tylko dostrzegł ją Shin,  wybiegł z gabinetu Mephistophelesa, nie oglądając się za siebie. Cała reszta pognała zaraz za nim, by chłopak nie narobił głupot, jak ostatnim razem. W gabinecie pozostali tylko śpiący na kanapie i zupełnie nieświadomy sytuacji Gabriel, Kei nie za bardzo ogarniający sytuację oraz Viana i Dea, która widziała już TO raz na oczy i nie miała zamiaru ponownie TEGO oglądać. Odwróciła się od okna i opadła na drugą kanapę. Ostatecznie, ona była tylko wkurzającą dziewczyną; zabawką, którą po znudzeniu się można rzucić w kąt. To tamta dziewczyna była, jest i będzie jego największą miłością, nie ona. Musiała przestać się oszukiwać, że Shin kiedykolwiek do niej cokolwiek czuł, czuje i poczuje. Musi go w końcu odpuścić. Musi odpuścić sobie swoje uczucia do niego.
Viana, jakby wyczuwając nastrój dziewczyny, podeszła do niej i usiadła obok na kanapie. Wyciągnęła rękę i pogłaskała Deę po włosach, a ta oparła głowę o jej ramię.
- Wszystko będzie dobrze – mruknęła demonica z pełnym przekonaniem, ciągle głaszcząc dziewczynę po głowie. – Zobaczysz, wszystko się jakoś ułoży…
Dea naprawdę chciała wierzyć w zapewnienia kobiety, jednak do cholery, to było takie trudne…!
Tymczasem na dole Shin zdążył wybiec z budynku szkoły i pędem dopadł do bramy. Ledwo co wyhamował na mokrym podłożu i nie przewrócił się z niedowierzania. Metr przed nim stała miedzianowłosa dziewczyna.
Asuna.
Jego ukochana Asuna…
- Shin… – wyszeptała z trudem i zwróciła swoje czarne, demoniczne oczy na blondyna, jednak tym razem te oczy były inne. Nie dostrzegało się w nich szaleństwa jak wcześniej…

Te oczy były w pełni przytomne… 

4 komentarze:

  1. Napisany przez ~Olusia Haik
    dnia 18.07.2014 o 02:40

    Super rozdział!!!Wczoraj(17-tego) znalazłam tego bloga.Wciągnęłam się w to opowiadanie.Przeczytałam wszystkie rozdziały.Wszystko jest ekstra!!!! Z wielką niecierpliwością czekam na nexta i życzę dużo weny. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisany przez ~CreativeViolet
      dnia 19.07.2014 o 12:21

      Cześć Olu.
      Bardzo mi miło, że wpadłaś na moją Burzę i że spodobała ci się. Dziękuję za miłe słowa, a wena na pewno się przyda, zresztą jak zawsze. Obecnie pracuję nad planem fabuły na http://are-you-alice-girl.blogspot.com/ jednak jak tylko to ogarnę, biorę się za dokańczanie 16 rozdziału tutaj. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, pojawi się jakoś w przyszłym tygodniu, więc serdecznie zapraszam :)
      A tak P.S.-em to za niedługo pojawi się pierwsza niespodzianka, wraz z opublikowaniem przeze mnie zakładki „Bohaterowie” :D Mam nadzieję, że spodoba się wszystkim moim czytelnikom
      Pozdrawiam, CreativeViolet

      Usuń
  2. Napisany przez ~Olusia Haik
    dnia 20.07.2014 o 01:09

    Weszłam na twojego drugiego bloga.Podoba mi się.Pewnie zastanawiasz się czemu piszę tutaj.Na tamtym blogu nie da się napisać koma.
    Jest super i dodałam go do zakładek.Tak więc czekam na nexta i jak powyżej życzę dużo weny.<3

    OdpowiedzUsuń
  3. Napisany przez ~Camille Ceciderit
    dnia 20.07.2014 o 21:10

    Mhmm, muzyczka od 30STM, czyli to co lubię :3. Znajoma mnie wkręciła w słuchanie tego zespołu, a ja ją w muzykę Linkin Parku.”This is War” to jeden z moich ulubionych utworów Marsów.
    Świetnie opisałaś walkę Dei z Vianą. Nic dodać nic ująć.
    A co do samej Asuny… musiała powrócić? Teraz Shin na pewno zapomni o Dei :(. Biedna Dea… ale nie mogę zapominać o tym, że tworzysz tutaj trylogię ;). Na pewno jakoś ich w końcu połączysz, nie ma co. Tyle może się tu jeszcze wydarzyć… tyle pomysłów i tyle możliwości. Jak ty to wszystko ogarniasz??? :D
    Wybacz, że tak ubogo komentuję, ale ostatnio nie mam czasu na siedzenie na laptopie :/. Wakacje… Teraz udało mi się dorwać do niego i wpadłam, żeby naskrobać komentarz jakiś ;).
    Oj, nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału… ale z tego co widzę, to pojawi się on wtedy, gdy będę w górach >.<. No nic, dam radę. Jakoś :o.
    Pozdrawiam :*
    PS
    Tak jak pisała Ola (Moja imienniczka! :o) nie da się komentować na twoim drugim blogu. A jest naprawdę genialny!

    OdpowiedzUsuń