„Kobieto, kobieto,
jesteś otchłanią, piekłem, tajemnicą,
i ten kto
powiedział, że cię poznał,
jest po
trzykroć głupcem.”
~ Aurore Dudevant
Samolotem
wstrząsnęło, gdy jego koła dotknęły ziemi w miejscowości Lido di Ostia we
Włoszech. Po pokładzie maszyny poniósł się krótki okrzyk Miracle, która
wytrzeszczała błękitne oczka z przerażenia i ściskała swego ojca za ramię,
jakby był nową torebką od Chanel na wyprzedaży… Demon nachylił się nad córką i
szepnął jej coś do ucha, a dziewczynka momentalnie zaczęła się rozluźniać.
W tym samym czasie
obudził się Kei, albo raczej poprawnie politycznie byłoby powiedzieć, że
dopiero co odzyskał przytomność po tym jak chłopaki znokautowali go jeszcze w
Akademii... Oczywiście, to nie był ich pomysł, a jakże! Całą winę ponosiła Dea,
bo uparła się, że chłopiec leci z nimi, a Mephisto uparł się, że nie leci, więc
Kei uparł się, że skoro kocur się uparł, to on też się uprze i nie poleci… Nie
próbujcie tego zrozumieć, wielu już próbowało, ale nikomu dotychczas się to nie
udało. Chłopiec rozejrzał się półprzytomnie po kabinie, po czym nieznacznie
zmarszczył czoło i spojrzał na Deę, jednak nic nie powiedział. Dziewczyna uśmiechnęła
się jedynie przepraszająco w jego stronę, na co chłopiec odwrócił się do okna,
zupełnie ignorując przyjaciółkę, więc czarnowłosej nie pozostało nic innego jak
tylko westchnąć ciężko. Właściwie, jak do tego doszło, że Kei się tak na nią
fochnął? No, ano tak…
Parę godzin wcześniej…
Mephisto siedział w
swoim fotelu i jak zwykle pykał fajeczkę, a wokół niego ustawił się wianuszek
osób, jak w jakiejś taniej, chińskiej podróbie kółka różańcowego.
- Jak to jedziemy do
Włoszech? – spytała Dea, zakładając ramiona na piersi. Jeżeli ten kot
organizował im jakiś wyjazd, to znaczyło, że przynajmniej jedna osoba nie wróci
stamtąd żywa, albo wróci z przypalonym tyłkiem. – Co jest takiego ciekawego we
Włoszech?
- Jedziecie do
Włochów i koniec kropka – fuknął kot i odwrócił się na fotelu w stronę okna,
chcąc jak najszybciej zakończyć niewygodną dla siebie rozmowę.
- A-a, nie ma tak
dobrze – odparował Shin i okręcił zdecydowanie troszkę za mocno krzesełkiem
tak, że kicia spadła z fotelika i jebła się o ziemię. – O! A mówili, że koty
zawsze spadają na cztery łapy…
- Demonem jestem! –
warknął Mephisto i wkurzony podniósł się z ziemi. – Zapamiętajcie to w końcu! A
teraz do rzeczy! We Włoszech, a dokładniej w Rzymie znajduje się bardzo ważny i
bardzo potrzebny Azazelowi w destrukcji świata przedmiot, więc jeżeli
bylibyście tak mili i przywieźli go tutaj, nim ta ślepa szwabska menda go
dorwie, to byłbym naprawdę wdzięczny. Czy wyraziłem się wystarczająco jasno?
- A ja mam takie
pytanko czysto retoryczne… – powiedział Shin, drapiąc się po głowie w wyrazie
konsternacji. – Dlaczego wciąż powtarzasz, że „pojedziecie” albo
„przywieziecie”? Przecież ty też jedziesz z nami, co nie?
- Niby tak, ale
jednak nie – odparł Mephisto i wskoczył na biurko. Przedreptał najpierw w jedną
stronę, a potem w drugą i tak cały czas. – Nie jadę z wami. Potowarzyszę wam
duchem!
- A to niby czemu?
- Bo nie odczuwam
żadnej przyjemności z gotowania się jak parówka! – syknął na syna, po czym
jakby od niechcenia dorzucił: – A poza tym, to jestem bardzo zapracowany…
- Dziwnie to słyszeć
z ust demona lenistwa – odparła Dea, na co kocur obrzucił ją jednym z tych
wielu wkurzonych spojrzeń. W sumie, dziewczyna czasem współczuła Mephistowi, że
musiał się użerać z taką bandą przygłupów jak oni, ale z drugiej strony, to
zasłużył sobie. – No, ale jak chcesz. Więc w Akademii zostaje tylko Mephisto, a
wszyscy inni jadą? – spytała resztę osób, na co większość zgodnie kiwnęła
łebkami; większość, bo jedynie Kei wyłamał się z ogólnej akceptacji pomysłu.
- Zostaję również –
mruknął tym swoim spokojnym, mechanicznym głosem.
- Jedziesz z nami! –
odparowała dziewczyna i podchwyciła spojrzenie jego lodowato-niebieskich oczu.
- Jestem obserwatorem
i muszę pilnować Mephistophelesa.
- Mam to gdzieś!
Jedziesz z nami i kropka! – upierała się Dea przy swoim, a atmosfera w pokoju
zaczęła się niebezpiecznie zagęszczać.
Shin obserwował całą
sytuację z boku i miał się nie wtrącać, jednak wolał, aby jego przyjaciółka nie
doprowadziła do wybuchu III wojny światowej, tylko dlatego, że ten uparty
Jeździec nie chciał z nią pojechać na wakacje. A tak ogółem, to kto normalny odmówiłby
wycieczki nad morze za darmochę? Ponad
głowami osób spojrzał na Asha i podniósł brwi do góry, na co brunet wyszczerzył
się i zaczął powolutku przemieszczać w stronę chłopca. Shin poszedł w jego
ślady i nim Kei albo reszta zdążyli się zorientować, Ash użył Materializacji i
w jego łapce pojawiła się wielka, ciężka patelnia, która już po chwili leciała
w stronę głowy Keia. Zaraz jak tylko sprzęt jebnął chłopca w łebek, ten stracił
przytomność i zaczął spadać w dół, a wtedy złapał go Shin, po czym przechwycił
dzieciaka Ash i zarzucił go sobie na plecy jak worek kartofli.
- No i kłopot
rozwiązany – mruknął w stronę wpatrzonych w niego zszokowanych ludzików. – Czy
teraz możemy już iść?
- Aha… – odpowiedział
niezwykle inteligentnie Mephisto. – To… ten… tego. Wiesz, że znokautowałeś
Krwawego Jeźdźca?
- Ta, i co z tego?
- Chyba cię Absolut
opuścił – rzucił z drugiego końca pokoju Gabriel, a siedzący obok niego Rafi,
który dotychczas oglądał swoje pazurki pomalowane na wściekłą zieleń, podniósł
łepetynkę i wpatrzył się w nieprzytomne ciałko Jeźdźca przewieszone przez ramię
demona.
- Wiedziałem, że
demony są głupie, ale nie sądziłem, że aż tak…
- Ej, ja tu
powstrzymałem III wojnę światową!
- Za to wywołałeś
Armagedon… Bez obrazy, Deo – mruknął Rafael i podniósł się z kanapy, a zaraz za
nim wstali Gabriel i Miri. – No, ale skoro ma być ten cały wielki i ostateczny
koniec świata, to… czas w drogę, dzióbeczki! Brać dupę w troki i lecimy na
podbój Rzymu… A może uda nam się na przy okazji wstąpić do Mediolanu, albo Paryża!
Oh, tak! Paryż jest taki piękny nocą! Już dawno tam nie byłem! Ostatnio
balowałem z Coco, ale to było lata temu! Myślicie, że moglibyśmy…
- Nie! –odparli
wszyscy jednocześnie, skutecznie zamykając aniołkowi usteczka.
- No to dzieciarnia,
miłej podróży życzę… A! I proszę, postarajcie się nie kopnąć tam w kalendarz,
bo słyszałem, że sprowadzenie zwłok zza granicy jest strasznie drogie i
piekielnie dużo z tym roboty – powiedział pocieszająco na koniec Mephisto i
łapką wskazał wszystkim, aby opuścili pokój...
Teraz…
Zaraz po tym jak
samolot zatrzymał się na pasie, wszyscy wygramolili się z niego i zeszli na
ziemię, wypatrując „znaków” od Mephisto. I w sumie dojrzeli jeden znak, ale nie
wyobrażali sobie, jak oni niby mają to zrobić. Bo oto przed nimi stał Kociowóz,
z uszami i z ogonem, a o niego opierał się młody mężczyzna w białej koszulce,
spodenkach khaki oraz w wędkarskim kapeluszu.
- No bez jaj –
mruknął Shin na ten widok, załamując się psychicznie, kiedy wszyscy ociężale
ruszyli w stronę kotomobilu.
- Shinciu, czy to
nie...? – mruknął zaskoczony Ah, wpatrując się postać mężczyzny.
- Tak, to on –
odparował blondyn, zaciskając szczękę. Zmarszczył brwi i spiął plecy, a dłoń
zacisnął w pięść jakby szykował się do walki.
Kiedy znaleźli się
wystarczająco blisko, Dea dostrzegła, że nieznajomy mężczyzna uśmiechnął się i
kiwnął lekko głową Shinowi, który zawarczał na ten widok, jednak nic nie
powiedział, natomiast mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej, jakby reakcja
chłopaka rozbawiła go do granic możliwości.
- Witam towarzystwo –
zawołał zachrypniętym głosem, mając trudności z wydobyciem z siebie
dźwięków. – Wybaczcie mi moje brzmienie, jednak jeszcze wczoraj nie
wiedziałem, że przyjedziecie, więc trochę przegiąłem na koncercie, ale pewnie
nie chcecie o tym słuchać, hehe... Coś z potrzebniejszych informacji... Nazywam
się Roan i będę tutaj waszym przewodnikiem i opiekunem na polecenie Mephisto.
Znajdujemy się w miejscowości Lido di Ostia położonej jakieś 70 kilometrów od
celu naszej misji, jednak dokładniejsze informacje poznacie w samochodzie. Tak
więc, towarzystwo zapraszam do środka – zawołał i walnął dłonią w dach
samochodu, a Kociowóz niebezpiecznie zatrzeszczał. – Udajmy, że tego ostatniego
nie było…
- Ja tam nie wsiądę –
zaprotestowała Miracle, kręcąc główką z przerażenia. – Nie chcę jeszcze
umierać...
- Przecież ty już nie
żyjesz od 400 lat – mruknął Shin pod nosem, jednak dał dobry przykład wszystkim
dzieciom i pierwszy wsiadł do samochodu. Za nim posłusznie do środka wpełzła
cała reszta, jednak, kiedy Dea zamierzała również wsiąść, Roan pokręcił głową i
wskazał przednie siedzenie.
- Śliczne dziewczyny
nie mogą gnieździć się z hołotą.
- No okay – mruknęła
Dea bez przekonania i wsiadła do samochodu. Już po kilku minutach pędzli drogą
w niewiadomym kierunku.
- A więc, Roanie –
odezwała się czarnowłosa, by jakoś przerwać panującą ciszę. – Również
jesteś demonem albo Dziedzicem?
- Nie, na szczęście
nie – odpowiedział mężczyzna, a jego piwne oczy na chwilę zwróciły się w stronę
Dei, jednak potem ponownie przeniósł wzrok na drogę. – Jestem w pełni
człowiekiem, ale zdaję sobie sprawę z istnienia tej drugiej strony i staram się
od czasu do czasu pomagać w pewnych sytuacjach.
- Taa, zależnie od
tego ile ci zapłacą – warknął z tyłu naburmuszony Shin, spoglądając z wyraźną
niechęcią na mężczyznę. – Jakoś wątpię, że działasz jako wolontariusz...
- Dostaję
wystarczająco, by wieść całkiem przyzwoite życie.
- Ty i przyzwoitość
nigdy nie szliście razem w parze, więc wątpię, czy teraz jest inaczej.
- Eh, nic się nie
zmieniłeś, Shinciu. Jak zwykle kąsasz tego, kogo nie powinieneś – odparował
mężczyzna ze spokojem i uniósł jeden kącik ust w tym wyrazie wrednego,
aroganckiego uśmieszku, dokładnie takiego samego jak u blondyna.
Dea spoglądała raz to
na Shina, raz to na Roana, starając się jakoś uporządkować ich wypowiedzi.
- Ej, chwila! To wy
się znacie? – odezwała się z tyłu Miri, zadając to pytanie, nad którym
czarnowłosa zastanawiała się od dłuższego czasu, przy okazji szczerząc się do
Roana jak chihuahua z reklamy Pedigree. – Powiedzcie, skąd się znacie!
Proooooszę... Pliiiis, chłopaki...
- Nie masz nic
lepszego do roboty, insekcie, niż wtykać nos w nieswoje sprawy? – warknął w jej
stronę Shin, na co dziewczynka wytknęła język w jego stronę i prychnęła
niezadowolona.
- Spokój dzieci, nie
bijcie się! Tata opowie wam historyjkę tylko wtedy, gdy mama wyrazi na to zgodę
– powiedział Roan, spoglądając na Deę. Dziewczyna wzruszyła ramionami, ni to
się zgadzając, ni to nie zgadzając się na bajkę na dobranoc. – No, mamusia
zaaprobowała bajeczkę, więc od początku... Dawno, dawno temu...
- Oh, na litość
Absoluta, zmiłuj się i opowiedz tą głupią historię! – przerwał mu Shin z mordem
w oczach.
- Nie denerwuj się
słońce, bo złość piękności szkodzi – zacmokał facet, leniwie drapiąc się po
nosie. – Poznałem Złotowłosą, kiedy miał 13 lat i już wtedy palił się do bitki
jak mało kto, jednak jego ciosy dało się łatwo przewidzieć, bo był ciągle o coś
zły, a gniew w walce jest wyjątkowo niebezpieczny, mówię wam. Wyglądał o wiele
gorzej niż teraz, bo zawsze miał obitą i opuchniętą twarz jak jakiś menel. No i
pewnego razu jakoś tak nudziło mi się, więc zaproponowałem mu, że go trochę
pouczę. Początkowo wyśmiał mnie i stwierdził, że taki stary bałwan jak ja
niczego go nie nauczy, jednak potem, gdy uratowałem mu życie w fabryce,
niechętnie zgodził się na moją pomoc. Stałem się jego sensei, mistrzem,
natchnieniem, muzą, celem dążenia do idealnego mężczyzny...
- Nie schlebiaj
sobie, po prostu byłeś akurat pod ręką.
- …I tak też rok później
stał się niemal niepokonany – dokończył mężczyzna z cichym westchnieniem.
- Niemal? – zapytała
Dea, wychwytując delikatną zmianę w głosie Roana na tym słowie.
- Niemal, ponieważ
tak jak w każdej genialnej bajce nadchodzi czas, by uczeń pokonał swego
mistrza, tak w tej bajce to się nie stało.
- Powiedz im,
dlaczego Roanie! – syknął już naprawdę wkurzony chłopak. – Oczywiście, wyzwałem
go do walki i obiecał się stawić na miejscu, jednak, kiedy przyszedł wyznaczony
czas, on nie pojawił się. Uciekł jak pierwszy lepszy tchórz!!! I tyle, koniec
bajki, dobranoc – warknął, po czym odwrócił się do okna i zamknął oczy.
Cała reszta nie
ważyła się poruszyć, a co dopiero się odezwać, jedynie Dea spojrzała z
niepokojem na Roana, na jego ręce zaciśnięte na kierownicy i pooraną
niewielkimi bliznami twarz. Przyszło jej na myśl, że mężczyzna coś zataił w tej
historii, coś ważnego, o czym nie wiedział nawet Shin, jednak tylko, tak samo
jak reszta, zamknęła oczy i zapadła się głębiej w fotelu, szukając chwili
wytchnienia dla labiryntu myśli i wydarzeń, w którym się znalazła.
Jakiś czas później...
Kiedy dojechali na
miejsce, ich oczom ukazały się niewielkie, drewniane domki porozrzucane na
olbrzymim placu zieleni zaraz koło morza. Powiewała lekka morska bryza,
chłodząc ich twarze w upalnym słońcu, zawieszonym wysoko na niebie. Cały czas
słychać było krzyk mew, zmieszany ze świergoleniem słowników, a od czasu do
czasu lądowało jakieś wielkie ptaszysko na dachu samochodu, kracząc
niemiłosiernie. I właśnie to głośne krakanie wyrwało Deę z letargu; obróciła
się na drugi bok i przeciągnęła, słysząc trzask prostowanych kości. Wysiadła z
samochodu i dołączyła do reszty przyjaciół, którzy już zdążyli zająć się sami
sobą i zapomnieć o pozostawionej w samochodzie dziewczynie. No doprawdy, lepszych przyjaciół to
ja nie mogłam sobie znaleźć…
Miri leżała razem z
Rafim na trawie, opalając się w popołudniowym słońcu; Gabriel usadowił się pod
drzewem z komórką w ręce, zupełnie ignorując pozostałych, natomiast Shin z
Ashem, jak to zwykle oni, obczajali dziewczyny w bikini. Demon machnął rączką i
pojawiły się dwie puszki zimnego piwka w ich łapkach. Każdy czuł się tak, jakby
to były zupełnie zwyczajne wakacje nad morzem, a nie próba ocalenia świata
przed hordą złych, wygłodniałych potworów, jednak gdzieś tam, na samym dnie
umysłu czaiła się myśl, że to może być ich ostatnia wspólna podróż...
Roan wrócił po jakimś
czasie z powrotem do samochodu, a na jego twarzy malowała się nietęga mina.
- Niestety, w domku,
w którym będziemy mieszkali znajdują się pokoje: jeden jednoosobowy, dwa
dwuosobowe i jeden trzyosobowy, więc tatuś z mamusią zajmą dwójeczkę, a dzieci
same się podzielą.
- Zmień dilera, bo za
bardzo odleciałeś do krainy fantazji – warknął blondyn i chwycił Deę pod ramię.
– Nasza gwiazdka idzie ze mną…
- Jakbym ci na to
pozwolił – przerwał mu Gabriel w pół słowa, pojawiając się nie wiadomo kiedy, i
chwycił dziewczynę za drugą rękę, ciągnąc ją w swoją stronę.
- Śnij dalej, głupi
aniołku! – warknął Shin i ponownie pociągnął czarnowłosą w swoim kierunku.
- Możecie przestać?
Nie jestem ostatnim kawałkiem pizzy na talerzu – mruknęła dziewczyna, jednak
oba wygłodniałe kociaki zignorowały ją. – Cholerni faceci...
- To może ja z nią
zamieszkam – zaproponował Ash, unosząc brwi do góry i uśmiechając się.
- NIE! – warknęli
Shin i Gabriel w tym samym momencie, na co Ash wzruszył ramionami, zabrał klucz
skonsternowanemu Roanowi, chwycił Miracle oraz Keia pod ramię i polazł z nimi
do domku.
- Nie, to nie. Łaski
bez. My zajmujemy jedną trójkę, a wy radźcie sobie sami! – zawołał, znikając we
wnętrzu domku.
I tyle z jego pomocy, pomyślała Dea, coraz bardziej wkurzając się na tych dwóch pacanów.
I tyle z jego pomocy, pomyślała Dea, coraz bardziej wkurzając się na tych dwóch pacanów.
- Okay, starczy tego
dobrego! – zawołała, wyrywając się jednemu i drugiemu. – Już wolę spać na
kanapie, niż z którymkolwiek z was, niewyżytych seksualnie małpiszonów.
- Nie żartuj, Deo –
odpowiedział Gabriel, wyciągając w jej stronę dłoń. – Wiesz, że będziesz ze mną
bezpieczna...
- Aha, a ja się
nazywam Matka Teresa z Kolumbii… – odparował sarkastycznie Shin.
- Z Kalkuty, jełopie
jeden – zawołał gdzieś z tyłu Rafael, na co blondyn zmroził go wzrokiem, więc
aniołek skulił się i odszedł do domku jak grzeczna dziewczynka, nie dyskutując
z nimi ani chwili dłużej.
Shin wykorzystał
chwilę nieuwagi rywala i chamsko odepchnął szatyna, chwycił Deę w pasie i
polazł do domku. Po chwili zwolnił i przystanął, spoglądając na nią z tym swoim
półuśmieszkiem.
- Nie wyrywasz się –
stwierdził bardziej niż zapytał.
- Nie – potwierdziła
dziewczyna i również się uśmiechnęła, na co chłopak parsknął i zaczął kręcić
głową.
- Trzeba ci przyznać,
że przez te parę miesięcy stałaś się niezłą kokietką, Deciu. Nieźle to sobie
wymyśliłaś, zmanipulowałaś Gabriela, Asha, Roana i nawet mnie. Brawo, jestem z
ciebie dumny!
Dea zarumieniła się
na te słowa i szybko schowała twarz w jego koszuli.
- Jakby mnie to
obchodziło – wymruczała, na co blondyn podrzucił ją do góry, a brunetka pisnęła
przerażona. – Idioto! Co robisz?
- Tak sobie myślę, że
to straszna szkoda, że nie mamy łóżka wodnego...
- Nie odważysz się –
pogroziła mu dziewczyna. Shin spojrzał na nią pobłażająco, jakby chciał zapytać "czy naprawdę myślisz, że
mógłbym przepuścić taką okazję?" –
O nie! NIE! Obiecałeś, że mnie więcej nie dotkniesz bez mojej zgody.
- I dotrzymam
obietnicy, ale serio sądzisz, że nie mam innych sposobów doprowadzenia
dziewczyny na skraj szaleńczej rozkoszy bez dotykania jej? – zapytał,
spoglądając jej w oczy, a drewniane schody zatrzeszczały pod jego nogami, kiedy
wchodził na piętro.
Kopniakiem otworzył
drzwi i rzucił piszczącą dziewczynę na łóżko. Chwycił leżący na boku koc
i narzucił go na Deę, po czym siadł na łóżku i zgarnął materiał do dłoni,
odsłaniając jej twarz. Czarnowłosa spoglądała na niego błyszczącymi, rubinowymi
oczami, a rumieniec pokrywał jej policzki. Otworzyła usta, coraz szybciej
wdychając i wydychając powietrze, w miarę jak jej serce przyśpieszało swój rytm.
Shin przejechał
krańcem koca po jej policzku, zarysował kształt ust i przejechał w dół szyi,
pilnując się, by przypadkiem nie dotknąć jej skóry gołą dłonią. Pierwszy raz
jakaś dziewczyna fascynowała go w ten sposób, nie w czysto erotyczny, ale coś
jakby mentalny. Chciał poznać jej myśli, widzieć reakcje na swój dotyk, leżeć
godzinami w łóżku bez myśli, że wszystko, czego chce od tej dziewczyny, to
zaspokojenie seksualne. Dea wypełniała każdą jego myśl, każdą cząstkę jego
ciała, wżerała się w jego duszę jak kwas, powodując rozkoszny ból podniecenia i
niebezpieczeństwa. Stanowiła najlepszej klasy whisky dla nałogowego alkoholika,
czystą dawkę koki dla ćpuna, najlepsze kubańskie cygaro dla palacza,
niekończący się skok adrenaliny i ciąg niespodzianek. Z każdą kolejną reakcją
pragnął poznawać ją dalej i głębiej, aż znałby ją tak dobrze jakby byli jednym
ciałem. Jednak jednocześnie nie wiedział, jak ma się przy niej zachowywać, by
nie zrazić jej do siebie. Choć już i tak pewnie było za późno, ale nadal miał
jak głupi nadzieję, że nie znienawidzi go, ani że nie odtrąci, gdy dowie się
całej prawdy.
Dea cicho westchnęła
pod delikatnym dotykiem blondyna. Nie mogła mu zarzucić złamania obietnicy, bo
praktycznie jej nie dotykał, ale do cholery, to było tak przyjemne, że nie
miała ochoty, aby przestawał, jednak jak tylko o tym pomyślała, chłopak zabrał
rękę i zaczął wstawać. Dziewczyna instynktownie chwyciła go za ramię i
przyciągnęła do siebie.
- Nie przestawaj –
wymruczała jak kociak zachrypniętym głosem.
Blondyn ponownie
opadł na łóżko i tym razem już bez koca położył dłoń na jej policzku.
- Co chcesz bym
uczynił, ma pani?
- Pocałuj mnie –
szepnęła władczo, na co chłopak zniżył się i zamknął jej usta w delikatnym, jak
muśnięcie skrzydeł motyla, pocałunku. – Nie tak...
Shin uśmiechnął się
szerzej i jeszcze raz pocałował dziewczynę, jednak tym razem o wiele dłużej i
bardziej namiętnie. Jedną ręką zagłębił się pod materiał jej bluzki i
delikatnie musnął skórę brzucha, na chwilę zatrzymując się na strukturze blizn.
Oderwał się od ust Dei i przeniósł je na skórę jej brzucha. Zaczął od tej delikatniejszej
strony i z każdym następnym pocałunkiem zbliżał się coraz bardziej do
poszarpanej krawędzi blizny. Kiedy dotknął szramy swoimi ustami, dziewczyna
jęknęła i złapała go za dłoń, starając się powstrzymać chłopaka od dalszego
doprowadzania ją na „skraj szaleńczej rozkoszy”, jednak on tylko podniósł na
nią oczy, w których tliły się iskierki pożądania, powoli zamieniające się w
ogień, po czym ponownie zaczął całkować jej skórę.
Dziewczyna myślała
już, że eksploduje z gorąca, gdy ktoś uporczywie zapukał do drzwi, a z drugiej
strony odezwał się dziwnie rozradowany głos Asha:
- Shinciu, wiem, że
jesteś zajęty, ale idziemy na plażę!!! – zawołał zza drzwi demon. – Morze!
Chodźże, Shinciu, będziesz miał jeszcze całą noc na baraszkowanie, khe khe khe.
Blondyn momentalnie
podniósł się z łóżka z cichym westchnieniem, a Dea zauważyła, że również był
rozpalony tak samo jak ona. Chłopak spojrzał na nią, po czym kącik jego ust
uniósł się w aroganckim uśmieszku.
- Nie martw się
słoneczko, dokończymy wieczorem – obiecał, po czym podszedł do drzwi i chamsko
je otworzył do wewnątrz, a opierający się o nie demon wleciał do środka i
zatoczył się na przyjaciela. – Powiedz mi, Ash, czy ktoś ci włożył w dupę
budzik, że zawsze pojawiasz się w najmniej odpowiednich momentach?
- To moja naturalna
cecha – odparł demon z szaleńczy uśmiechem. – Morze?
- Może…
- Yupi! – zawołał
brunet i wyciągnął Shina z pokoju.
Brunetka leżała
jeszcze chwilę na łóżku przy otwartych drzwiach, starając się nie roztopić,
kiedy w progu pojawili się Rafael i Miri z niebezpiecznymi uśmieszkami na
ustach. Jak tylko dziewczyna ich zobaczyła, usiadła sztywno na łóżku, szykując
się do walki.
- O nie, tylko nie
to… – mruknęła do siebie, po czym zawołała do nich: – Żywej mnie nie weźmiecie!
- To dla twojego
dobra, Deo… Zobaczysz, nie będzie bolało – odpowiedzieli razem, coraz bardziej
zbliżając się do czarnowłosej ze swoimi wyciągniętymi łapkami
I choć biedna dziewczyna starała się jak najbardziej mogła, to i tak ją w końcu dorwali, a po domku poniósł się szaleńczy śmiech i przerażony dziewczęcy pisk…
I choć biedna dziewczyna starała się jak najbardziej mogła, to i tak ją w końcu dorwali, a po domku poniósł się szaleńczy śmiech i przerażony dziewczęcy pisk…
Na plaży…
Znad morza powiewała
chłodna bryza, a słona woda rozbijała się o nogi chłopaków, gdy wskoczyli do
morza i dali nura w lodowate odmęty. Wypłynęli jakieś 10 metrów dalej i zaczęli
się pluskać jak dzieci.
- Kto pierwszy na
lądzie! – zawołał uchachany demon i zaczął płynąć do brzegu, a zaraz za nim
próbował doścignąć go Shin, jednak Ash jako były marynarz miał o wiele większą
przewagę, co też zaowocowało tym, że dopłynął jako pierwszy.
- Znowu wygrałem! –
zawołał, padając brzuchem na piasku.
- Oszukujesz! – wysapał
Shin i również padł na plażę koło przyjaciela. – Ty pływanie masz opanowane do
perfekcji.
- Za to ty nie umiesz
przegrywać – odparował demon i przewrócił się na plecy, po czym odchylił głowę
do tyłu. – O! Popatrz! Mają nawet budkę z lodami i jestem pewien, że na pewno w
menu znajduje się deser czekoladowy…
- Kto pierwszy przy
budce! – zawołał blondyn, podniósł swój portfel leżący na piasku, gdzie go
wcześniej rzucił, i jak struś pędziwiatr rzucił się na deser lodowy.
Dopadł do baru,
strasząc przy okazji barmankę i wysapał:
- Jeden podwójny
deser czekoladowy…
Dziewczyna spojrzała
na niego ciemnymi oczami, zarumieniła się lekko i wzruszyła ramionami.
Ciemnobrązowe loczki zakołysały się na jej głowie, opadając na plecy, kiedy
poruszyła biodrami, starając pokazać się w jak najlepszej pozie.
- Buongiorno. Come
posso aiutarti? – spytała po włosku, na co chłopak wytrzeszczył oczka i zaczął
się jąkać.
- Yyy… lody… yyy…
czekoladowe… poproszę? – powtórzył po angielsku, jednak kobitka nadal go nie
rozumiała. Czy przypadkiem
angielski nie jest międzynarodowym językiem? Ale chwila, jak to było po
francusku?, pomyślał, przeklinając swoje gapienie się na cycki nauczycielki
na lekcjach francuskiego przez ostatnie 4 lata nauki. Ale na te balony po prostu nie dało
się nie gapić!!! – Glacée au
chocolat, s'il vous plaît…?
- Bien sur! Attendez
un moment, s'il vous plaît – zaświergoliła, po czym posłała mu szeroki uśmiech
i zaczęła się krzątać, przygotowując deser, a chłopak opadł na krzesło z cichym
jękiem.
Jak to możliwe, że zupełnie obce dziewczyny, w dodatku nierozumiejące ni w ząb mojego języka, są bardziej podatne na mój urok, niż ta, na którą chcę by działał?! pomyślał poirytowany, przyglądając się szybko powstającej porcji lodów. Nagle poczuł strzał w plecy i usłyszał jak czyjeś ciało opadło na krzesło obok niego. Leniwie przekręcił głowę w bok i zauważył przyjaciela, posyłającego swój firmowy, rozbierający uśmiech w stronę grupki dziewcząt w bikini.
Jak to możliwe, że zupełnie obce dziewczyny, w dodatku nierozumiejące ni w ząb mojego języka, są bardziej podatne na mój urok, niż ta, na którą chcę by działał?! pomyślał poirytowany, przyglądając się szybko powstającej porcji lodów. Nagle poczuł strzał w plecy i usłyszał jak czyjeś ciało opadło na krzesło obok niego. Leniwie przekręcił głowę w bok i zauważył przyjaciela, posyłającego swój firmowy, rozbierający uśmiech w stronę grupki dziewcząt w bikini.
- Voila votre
commande! – wymruczała barmanka, stawiając pucharek pełen czekoladowych lodów z
polewą przed blondynem, jednak chłopak nawet na nią nie spojrzał, zbyt zajęty
obserwowaniem reakcji przyjaciela. Ash przeniósł wzrok za plecy blondyna,
podniósł brwi do góry i cicho gwizdnął.
Shin odwrócił głowę w tamtą stronę, pewien,
że demon wyczaił jakąś super gorącą laskę, jednak ten widok pobijał nawet
konkurs Miss Mokrego Podkoszulka bez podkoszulka… Jakieś 20 metrów od nich szła
Dea w czarnym bikini, kołysząc lekko biodrami, jakby robiła to zupełnie
nieświadomie, a czarne włosy powiewały za nią, poruszając się jak żywe istoty
na wietrze. Blada skóra odcinała się od reszty opalonych panienek, a dziwny
tatuaż na brzuchu w kształcie gwiazdy sprawiał, że niemal wszyscy faceci na
plaży oglądali się za nią. Zaraz, tatuaż?! Shin zamrugał powiekami i przez
krótką chwilę tatuaż ponownie stał się krwistoczerwoną, poszarpaną blizną, lecz
jak ponownie mrugnął, na powrót zmienił się w czarną gwiazdą. Dziewczyna
wyglądała zjawiskowo, Shin musiał to przyznać w myślach, ale jednocześnie
poczuł jakieś ukłucie gdzieś wewnątrz, wynikające z tych maślanych spojrzeń
innych facetów wlepionych w jego zabaweczkę.
Obok brunetki podskakiwała Miracle w słodkim,
frędzelkowatym, różowym stroju, szczerząc się i machając do każdego napotkanego
chłopaka, a za raz za nią wędrował Kei z posępną miną, towarzyszącą mu niemal
codziennie. Jednak i tak najwięcej spojrzeń, w sumie jak zwykle, przyciągał
Rafael, który wystąpił w stroju… Borata!!!
- Hahaha, no nie wierzę!!! – zawołał Ash i
spadł z krzesła, bo nie mógł opanować ataku śmiechu na ten widok. Shin ledwo,
co łapał powietrze, za wszelką cenę starając się opanować chichot, natomiast
demon turlał się po ziemi i zwijał boki ze śmiechu. – Chyba już się uspokoiłem…
– zawołał i spojrzał do góry, po czym ponownie zaczął się chichrać.
- Chyba jednak nie – odparł blondyn pomiędzy
atakami wesołości. Wciągnął powietrze głęboko w płuca i zatkał nasadę nosa,
powstrzymując się tym samym od kolejnego napadu głupawki. Okay, już, już, spokój chłopie, bo Dea pomyśli jeszcze, że to z niej
stroisz sobie żarty…
- Gapisz się – mruknął Ash do ucha
przyjaciela, wyrywając go z otrzęsienia i blondyn momentalnie odwrócił głowę w
stronę topniejącego deseru lodowego.
- Ale pyszne lody! – zawołał przesadnie
zadowolony, kiedy dziewczyny i Kei i… to cuś podeszli do baru.
- Mówiłam, że mi nie pasuje – usłyszał
mruknięcie Dei i już chciał odwrócić się w jej stronę i powiedzieć, że pasuje
idealnie, kiedy za jego plecami rozległ się najbardziej znienawidzony,
zniewieściały głos, jaki kiedykolwiek słyszał. I to nie był Bieber…
- Bardzo ładnie wyglądasz…, ale w swoich
zwykłych ciuchach również jesteś śliczna – odezwał się Gabriel, a Shin o mało,
co nie zakrztusił się. Co to, do cholery
miał być za komplement?! Głupi aniołek brzmiał jak prawiczek przed swoją
pierwszą randką, nie ma mowy, żeby ta dziewczyna, czy jakakolwiek inna, mogła się
na to nabrać!
- Dzięki, Gabrielu – odpowiedziała brunetka
nieśmiało, uśmiechając się niepewnie. – To co? Idziemy do wody?
- Oczywiście, złotko, ale biedny Shin nie
może, bo właśnie je lody, a po posiłku trzeba odczekać 45 minut, by nie dostać
skurczu – powiedział fałszywie współczującym tonem demon, na co Dea kiwnęła
głową ze zrozumieniem i udała się z całą resztą do wody.
- Zrobiłeś to specjalnie? – mruknął wkurzony
blondyn do przyjaciela, spoglądając na niego spode łba.
- Może tak, może nie – odpowiedział
wymijająco demon i wyszczerzył się. – Miałeś swoją szansę, zmarnowałeś ją. A
Gabryś to taka sierotka, kiedy chodzi o kobiety, więc trochę mu pomagamy z
Rafciem i Mirisią…
- A kto was w ogóle prosił o pomoc, co?! –
warknął Shin, z hukiem wrzucając łyżeczkę do pustego już kufelka. – To moja
zabawka i wara od niej!
- No widzisz, Shinciu. Sam się pogrążasz –
odparł demon i nagle spoważniał. Całą moc swojego złocistego spojrzenia skupił
na blondynie, przez co chłopak mimowolnie się zatrząsł. – Mówisz jedno, myślisz
drugie. Póki nie uświadomisz sobie tego, czego chcesz, nie pomogę ci, a nawet
będę przeszkadzał.
Demon odbił się ręką od baru i odwrócił od
przyjaciela. Stanął do niego plecami i mruknął: – Czas, abyś wreszcie dorósł,
Shin – po czym odszedł, zostawiając blondyna samego sobie z pustym pucharkiem
lodów.
- Może chcesz gdzieś wyjść ze mną? – zapytała
barmanka ze strasznym akcentem, normalnie aż raniącym uszy.
- To teraz potrafisz gadać po angielsku, co?
– mruknął wkurzony chłopak pod nosem, na tyle cicho, by dziewczyna go nie
dosłyszała. – Nie, dzięki, ale wolę poimprezować ze znajomymi – odpowiedział
głośniej, zapłacił i odszedł. Zauważył, że jakieś 3 metry od linii wody wszyscy
rozłożyli się z ręcznikami i innymi duperelami, więc rzucił tam swój portfel i
wszedł do morza.
Zanurzył się do połowy klatki piersiowej i
poczuł ostry ból w nodze. Próbował się utrzymać jakoś na powierzchni, ale fale
znosiły go na coraz głębsze obszary, aż w pewnym momencie woda przykryła go
całego. Wynurzył się, wypluł słony płyn i zaczął płynąć w stronę brzegu.
- Shin! – usłyszał skądś głos któregoś ze
swoich przyjaciół, ale był zbytnio zamroczony, by określić, którego dokładnie.
Po chwili podpłynął do niego Ash i wyciągnął go na brzeg. Chłopaki padli cali
zmachani, wypluwając wodę, a Shin złapał się za nogę, starając się nie skrzywić
z bólu.
- Ty zawsze musisz coś wykrakać – wysapał do
przyjaciela, leżąc na plecach i wpatrując się w błękitne niebo. Po chwili
podbiegła do nich cała reszta ferajny, spoglądając z niepokojem na Shina. – No,
nic mi nie jest! Dajcie spokój! – zaprotestował, kiedy jakiś zbytnio
altruistyczny samarytanin (czytaj Dea) zaproponował, że zawiozą go do szpitala.
– Jak wyłamałem sobie palce, to nie pojechałem do szpitala, a teraz chcecie
mnie zawieść? Dajcie sobie spokój, wyłożę się chwilę na kocyku, odpocznę i znów
będę waszym cudnym ideałem.
- W takim razie, zostanę z tobą na plaży –
powiedziała Dea poważnym tonem. – Idźcie, wykorzystajcie ten czas najlepiej jak
możecie, a ja popilnuję tej ofiary losu…
- Ej! Nie ładnie tak mówić do poszkodowanego!
- Póki jesteś pod moją opieką, będę mówić jak
będę chciała! – odparowała dziewczyna, ciągnąć biedaka za sobą na koc. Usiadła
i pociągnęła Shina w dół, opierając jego głowę o własne kolana. – A teraz
leżeć!
- Czy ja ci na psa wyglądam? – warknął
blondyn, starając się podnieść, jednak Dea nie pozwoliła mu na to. – Co za
irytująca dziewczyna… – mruknął, zamykając oczy. Ból powoli mijał, jednak nie
chciał tego mówić głośno, by nie musieć tak szybko schodzić z jej kolan.
- Odpoczywaj – poleciła Dea cicho.
Leżeli tak dłuższy czas, Shin z głową na
kolanach Dei, a dziewczyna wpatrując się w zrelaksowaną twarz blondyna, aż w
pewnym momencie podbiegła do nich calutka mokrutka Miracle i każdy już
wiedział, że szykuje się coś, co najprawdopodobniej skończy się tragedią, tak
jak każdy pomysł tego pasożyta…
- Idziemy wieczorem na imprezę!!! – zawołała,
podskakując w miejscu i tym samym wyrywając przysypiającego Shina z błogiego
stanu.
- Chyba cię główka boli, paskudo – mruknął Shin
śpiąco i przekręcił się na drugą stronę. Dobrze wiedział, co zaraz nastąpi,
jednak po ostatnim zakończeniu rewelacyjnego pomysłu dziewczynki, nie zamierzał
zgadzać się na ten pomysł za żadne skarby.
- No okay – rzuciła jakby od niechcenia
dziewczynka i opadła na koc obok Dei, oglądając własne paznokietki.
Shin
uchylił jedno oko i spojrzał sceptycznie na blondynkę.
- Zgadzasz się? Tak po prostu się zgadzasz?
- Ano – mruknęła Miri, rzucając chłopakowi
spojrzenie z politowaniem. – Przecież rozumiem, że jesteście zmęczeni, więc nie
namawiam was. Nie jestem głupia.
Ta, jasne, pomyślał
chłopak, ale podniósł się z kolan Dei, zainteresowany nową strategią Miracle. Ciekawe, co też ta mała paskuda wymyśliła
tym razem? Shin przeniósł wzrok na Deę, jednak ona wzruszyła lekko
ramionami i nie odezwała się w ogóle, pozwalając mu zadecydować.
- Dobra – rzucił blondyn, sprawiając, że obie
dziewczyny zrobiły zdziwioną minę, więc pośpiesznie wyjaśnił. – Nie naciskasz,
więc pewnie masz jakiegoś asa w rękawie, a skoro się teraz zgodzę, mogę
postawić parę warunków. Zgadzasz się na to? – spytał dziewczynkę, a ona ochoczo
kiwnęła łebkiem. – Okay, po pierwsze, żadnego picia dziwnych, kolorowych
drinków od nieznajomych. Po drugie, nie siedzimy do rana. Jak ktoś powie, że ma
dosyć, zbieramy się wszyscy bez marudzenia. Po trzecie, każdy pilnuje każdego,
bo naprawdę nie mam ochoty łazić potem po śmietnikach, szukając jakiejś waszej
zapitej mordy, co w szczególności tyczy się Asha i Rafaela. Jasne?
- Jak słoneczko, moje ty kochanie! –
wrzasnęła blondynka podekscytowana, podskoczyła, przytuliła się do Shina i
odbiegła w stronę morza, przekazując reszcie „dobrą nowinę”.
Chłopak złapał się za głowę, już odczuwając
skutki swojej decyzji. Normalnie czuł w kościach, że coś pójdzie nie tak, ale
jak to mówią, od czegoś trzeba umrzeć.
- Nie załamuj się. Nie będzie tak źle –
starała się pocieszyć go brunetka i nawet uśmiechnęła się, aby zwiększyć efekt.
- Nadzieja umiera ostatnia – odpowiedział
Shin i ponownie padł na ziemię, przy okazji ciągnąc za sobą Deę z piskiem.
- Au! To bolało, idioto!
- Nie oddalaj się ode mnie w tym klubie,
jasne? – przerwał jej poważnie. Jego skupione, zielone oczy odbijały się w jej
rubinowych tęczówkach wraz z ciepłymi promieniami słońca, i mówiąc szczerze,
mógłby się przyzwyczaić do tego widoku…
- Okay – mruknęła Dea, a delikatny rumieniec
wypełznął na jej policzki. Wtuliła się delikatnie w tors Shina i zamknęła oczy.
To rzeczywiście może być ich ostatni wspólny
wyjazd. Doskonale zdawała sobie sprawę, że w każdej chwili Azazel może
zaatakować, więc pomyślała, że musi jak najlepiej wykorzystać dany im czas. –
Shin?
- Hm? – ziewnął sennie blondyn.
- Cieszę się, że tu jesteś…
- Ja też, słoneczko – wymruczał, po czym
zasnął. Dea uśmiechnęła się na ten widok, wtuliła głębiej w jego pierś i
również zamknęła oczy, ale nie zasnęła, zamiast tego wsłuchiwała się w spokojny
oddech chłopaka, starając się zapamiętać ten dźwięk, ciepło bijące z jego ciała
i delikatny dotyk jego gołej skóry na swoich nagich plecach.
I chyba wtedy też po raz pierwszy pomyślała
nad tym, jakby to było, gdyby byli razem. Czy zachowywaliby się jak każda inna
para? Czy trzymaliby się za ręce i chodzili na normalne, ludzkie randki,
zupełnie jakby ten cały świat aniołów i demonów w ogóle nie istniał? Czy po
paru latach zerwaliby albo czy ich związek wszedłby na wyższy poziom? Czy
mogliby mieć normalne życie, gdzieś na uboczu, razem z dwójką dzieci? Czy dane
byłoby im zestarzeć się razem?
Jedno wiedziała na pewno. Byli tu - teraz,
razem, a przyszłość mieli niepewną. Nic więcej nie potrzebowała, oprócz
uśmiechu Shina i towarzystwa przyjaciół. Pierwszy raz od bardzo dawna poczuła
się w pełni… szczęśliwa.
Wieczorem…
Światła stroboskopowe rozbłyskiwały faerią
barw, tworząc zadziwiający efekt we wnętrzu klubu. Wszędzie unosił się dym,
spomiędzy którego od czasu do czasu wynurzały się jakieś ciała pogrążone w
egzotycznym tańcu. Ludzie ocierali się o siebie, pot spływał po nagich skórach,
dookoła unosiło się czyste pożądanie. Dea po raz pierwszy była w takim miejscu,
toteż z zapartym tchem wpatrywała się w pojawiające się i znikające postacie,
wyginające swoje ciała w takt rytmu. Cała sala pulsowała. Było to w pewien
sposób zachwycające, co przerażające.
- I jak ci się podoba?! – wrzasnął jej przy
uchu Shin, starając się jakoś przekrzyczeć muzykę.
- Jest super! – odwrzasnęła dziewczyna,
uśmiechając się promiennie, na co chłopak pociągnął ją w stronę parkietu i już
po chwili zniknęli w oparach gęstego dymu, zamknięci przez tłum osób
wyginających się w każdy możliwy sposób. – Ale ja nie umiem tańczyć!
- To nic! Zaufaj mi! – krzyknął i położył
swoje dłonie na jej biodrach. Przyciągnął ją do swej piersi i lekko zakołysał
jej ciałem. – Ruszaj tyłkiem! Jakbyś kręciła hula hop!
Dziewczyna mimo małego oporu posłuchała jego
rady i zaczęła kręcić pupą, dając się porwać muzyce. Zupełnie się zapomniała,
pozwoliła, by jej ciało samo się poruszało i już po chwili tańczyli razem jak
zawodowi tancerze. Zakręciła biodrami, schodząc coraz niżej, by później
wystrzelić w górę i obrócić się przodem do Shina. Założyła mu ręce na ramiona i
pozwoliła, by to on poprowadził dalej. Chłopak wygiął swoją pierś do środka i
zrobił kółeczko, po czym okręcił Deę wokół własnego ciała. Muzyka dudniła im w
uszach, krew pulsowała w żyłach, dym i światła oszałamiały. Nagle piosenka się
zmieniła, stała się bardziej skoczna, brzmiała i wyglądała jak impulsy
elektryczne, więc ludzie także zaczęli się tak poruszać. Wyciągnęli ręce w górę
i zaczęli skakać, kręcąc się i ocierając o siebie jak rzucone bezwładnie o
ziemię piłki. Shin i Dea zostali porwani przez ten wielobarwny tłum rozmaitych
osobowości mających jedną cechę wspólną – nagość. Gdziekolwiek Dea spojrzała,
migały jej całkiem spore kawałki gołej, połyskującej potem skóry. Czuła oddechy
tej setki ludzi na swoim karku, ogrzewające ją niczym termos. W dodatku na
parkiecie nie dało się nie ruszać, więc już po chwili zrobiło się jej strasznie
gorąco. Obraz lekko zamazał się jej przed oczami, przez co straciła równowagę i
musiała oprzeć się o Shina.
- Co jest?! – zawołał zaniepokojony chłopak.
- Nic, tylko muszę się napić!!! – odkrzyknęła
dziewczyna, na co blondyn poprowadził ją w stronę baru.
Zawołał
do barmana dwie dziwne nazwy, na co ten kiwnął głową i odwrócił się do nich
plecami, sięgając po szklane butelki zawieszone na ścianie. Mężczyzna pokręcił
się chwilę, potrząsnął paroma pojemniczkami, po czym postawił na blacie dwa
kolorowe drinki.
- Przecież mieliśmy nie pić dziwnych,
kolorowych drinków!
- Od nieznajomych! – dopowiedział,
uśmiechając się i podając dziewczynie zielono-fioletowy koktajl. – A te są
swojskie! Na zdrowie! – po czym duszkiem wypił swojego drinka.
Dea najpierw powąchała zawartość i już od
tego zakręciło się jej w głowie, ale pomyślała sobie, że raz kozie śmierć i
wychyliła kieliszek do dna. Płyn wybuchnął jej w ustach, powodując na przemian
fale gorąca i zimna. Dziewczyna miała wrażenie, że pije czystą rozkosz.
- Co to jest?! – zawołała do Shina.
- Nektar bogów – odpowiedział i odstawił jej
kieliszek, po czym poprowadził dziewczynę w zupełnie przeciwnym kierunku niż
parkiet. Po chwili okazało się, że nad parkietem znajdują się przeszkolone
pokoje, a w jednym z nich siedziała gromadka nieznajomych osób, wśród których
pałętała się cała reszta ferajny. Shin i Dea weszli do środka i momentalnie
zalała ich wrzawa rozchichotanych, roześmianych i już nie do końca trzeźwych
głosów.
- Shinciu! – odezwało się głośne muczenie i z
tłumku osób wychynęła głowa Asha. – Mordo ty moja!!!
Demon
przebił się przez resztę ludzkiej ściany i pochwycił Shina w swe ramiona. –
Gdzieś ty się podziewał?!
- Na dole, z Deą…
- Aaaaahhhaaaa – mruknął demon, przeciągając
samogłoski w nieskończoność. Jego oddech już w tym momencie capił jak u
szanownego pana spod Biedronki. Ash zatoczył się niebezpiecznie do tyłu, więc
Shin musiał go złapać, by chłopak nie upadł.
- Okay, starczy ci, zbieramy się – mruknął do
przyjaciela i rozejrzał się po grupce w poszukiwaniu reszty.
- Oj, nie bądź taki! – zaczął marudzić demon,
jednak, kiedy ta taktyka nie przyniosła żadnych efektów, zmienił ją na
błagający ton – Wypij ze mną jeszcze jednego drinka i możemy spadać…
Shin
zakołysał się lekko pod ciężarem przyjaciela, pragnąc się stąd jak najszybciej
wyrwać, ale jednocześnie wiedział, że Ash, zupełnie jak Miri, nie odpuści tak
łatwo.
- Jeden drink i spadamy!
Demon
kiwnął ugodowo głową i zawołał do jakiegoś dryblasa z tyłu. – Ciuciuś! 3
specjały szefa kuchni poproszę!!!
I
już po kilku momentach 3 specjały szefa kuchni wędrowały przez tłumik ludzi w
ich kierunku prosto do wyciągniętych łapek demona. – Dzięki, Ciuciuś!!!
Demon podał jednego drinka Shinowi, drugiego
Dei, a trzeciego podniósł do góry ze słowami „Na zdrowie” na ustach. Dziewczyna
spojrzała sceptycznie na biały, mulisty płyn i podniosła tak jak poprzedni do
nosa, spodziewając się ostrego zapachu alkoholu, więc zdziwiła się, gdy poczuła
słodki aromat mleka kokosowego i ananasa. Zanurzyła czubek języka w napoju i
momentalnie zalała ją fala dziwnych, przeciwnych sobie smaków. Słodki mieszał
się z kwaśnym, początkowo delikatnie muskając jej kubki smakowe, by już po
chwili zaatakować ostrym aromatem jak od papryczki chili. Pierwszy raz doznała
tak intensywnego odczucia, więc wypiła kolejny łyk napoju i kolejny i kolejny,
aż w pewnym momencie coś stało się ze światem.
Wszystkie kolory pojaśniały, dźwięki stały
się bardziej wyraźne, mogła dojrzeć najmniejszy element czyjegoś ciała w
ciemnościach, a jej ciało stało się lżejsze, zupełnie jakby unosiła się w
powietrzu. Zafascynowana tymi doznaniami wypiła drinka do końca, a obraz
momentalnie zaczął falować i zmieniać się… Istny kalejdoskop barw; dziwne,
zniekształcone postacie; wirujące i zmieniające się kolorowe wzory. Cały świat
stawający na głowie i potem… ciemność…
Jakiś czas
później…
- Różowy jednorożec! – wyrwało się Dei, kiedy
nagle obudziła się w jakimś pokoju. Zsunęła z głowy materiał, który okazał się
być… męskimi, różowymi slipkami w kwiatki.
- Fuj! – mruknęła i odrzuciła ten dziwny
specyfik jak najdalej od siebie. Niezidentyfikowany obiekt latający spadł na
podłogę, a wzrok dziewczyny podążył za nim i aż zachłysnęła się z wrażenia. – O
cholera…!
Na
podłodze walało się dosłownie wszystko: staniki, majtki, jakieś dziwne
piórkowate szale, błyszczące sukienki, strzępki innych materiałów, resztki
żarcia, papierki i plastikowe kubki, a do tego cała sterta pustych, kolorowych
buteleczek. Wstała z fotela, na którym jeszcze przed chwilą smacznie drzemała
po narkotykowym odlocie do Honolulu i pobiegła do łazienki, spodziewając się
zastać tam wkurzonego tygrysa/małpę/chińczyka (prawidłową odpowiedź zaznaczyć
kółeczkiem), jednak, na całe szczęście w łazience nikogo ani niczego nie było.
Przeszła dalej do swojej sypialni, błagając w myślach wszystkie wyimaginowane
przez ludzkość istotki o to, by również tam nie było żadnego wkurzonego tygrysa
czy nagiego chińczyka. Pełna obaw weszła do środka i momentalnie owiało ją
ciepłe, świeże powietrze. Na paluszkach przeszła na balkon i zauważyła, że Shin
opiera się o barierkę i jak zahipnotyzowany wpatruje się w zachód słońca. Nagle
zaschło jej w ustach, a serce przyśpieszyło. Zatrzymała się w połowie drogi i
nie mogła drgnąć, zbytnio zafascynowana tym widokiem. Świat płonął, skąpany w
krwawych płomieniach, a pośrodku tego wszystkiego stał ognisty anioł. Płomienie
tańczyły w jego złocistych włosach i odbijały się w zielonozłotych oczach. Ten
widok naprawdę fascynował ją, aż do ostatniej komórki w ciele. Jeżeli teraz powiedziałabym mu, co do niego
czuję i zostałabym odrzucona, zawsze mogłabym to zwalić na dalszy efekt
narkotyków. A jeżeli nie odrzuciłyby mnie, to może w końcu dowiedziałabym się,
jak on mnie postrzega. Nie masz już za wiele możliwości, dziewczyno. Czas
postawić wszystko na jedną kartę i niech się dzieje, co chce. Przynajmniej nie
będziesz żałować, że nie spróbowałaś…
Dea poruszała się, jakby otaczała ją woda,
ale po paru ociężałych krokach podeszła do niego i objęła zaskoczonego chłopaka
od tyłu w pasie, wtulając głowę w miękki materiał jego białej koszulki. Czuła
ulotny zapach szamponu i cytrynowego mydła do ciała, kiedy obrócił się do niej
przodem i kciukiem podniósł jej głowę, by spojrzała mu oczy, w których już nie
tylko tliło się, ale aż buchało pożądanie.
- Deo… – mruknął, ale nie powiedział nic
więcej, bo dziewczyna wspięła się na palce i zamknęła jego usta w słodkim
pocałunku. Chciała tego, chciała jego bliskości. I niech ją piekło pochłonie,
ale naprawdę pragnęła tego upierdliwego, aroganckiego, upartego jak osioł,
bezwstydnego, zboczonego idiotę…
Shin zupełnie stracił kontrolę nad swoim
ciałem, kiedy tylko ona pojawiła się na tarasie i objęła go w pasie. Nie mógł
się powstrzymać od dotykania jej, od całowania, od wdychania jej zapachu, od
spoglądania w jej czerwone, płonące oczy.
Podniósł ją wyżej i przyparł do ściany, a ona owinęła nogi w jego pasie i
delikatnie ugryzła go w wargę. Sam już nie wiedział, co czyni. Liczyła się
tylko ona: jego słodka Dea. Nie protestowała, kiedy przeniósł ją do pokoju i
delikatnie położył na łóżku, jedynie uśmiechnęła się do niego, a jej oczy
pozostawały tak samo rozbawione jak za pierwszym razem, gdy ją spotkał. O
słodki Absolucie! Jak ona się cudownie uśmiechała!!! Jej uśmiech przywodził
Shinowi na myśl rozkwitający kwiat orchidei, ponieważ na różę była zbyt piękna,
aby mógł ją określać tak wyświechtany komercyjnie kwiat. Jej miękka, blada
skóra pokrywała się gęsią skórką, w każdym miejscu, w którym jej dotknął, a
jego pożądanie sięgało niemal zenitu.
- Shin… – ledwo, co zdołała wyszeptać, jednak
to w jakiś dziwny sposób zadziałało na chłopaka jak kubeł zimnej wody. Co ty robisz, cholerny pacanie?!, skarcił
się w myślach i jak oparzony odskoczył od niej. Oparł głowę o zimną ścianę,
odwracając się do niej plecami. O
Absolucie! Jak mogłem się tak zapomnieć?! Niemal uległem moim żądzom i
skrzywdziłem osobę, na której mi najbardziej zależy…
- Shin? – zapytała nieśmiało Dea z łóżka,
spoglądając na niego ze zmartwioną miną. – Dobrze się czujesz?
- Tak, tylko… – mruknął nadal odwrócony
plecami i westchnął. Uderzył głową w ścianę, aby zachować trzeźwość umysłu i
spojrzał na nią przez ramię. Wspierała się na jednej ręce na łóżku, a jej
czarne włosy rozsypały się po pościeli jak zeschnięte pąki. Była piękna, z
blizną czy bez niej, po prostu stanowiła czystą esencję piękna. – Tylko… nie
chcę cię wykorzystać. Nadal jesteś pod wpływem narkotyków… więc może lepiej…
Lepiej zapomnijmy o tym, co się przed chwilą stało…
Dea nie potrafiłaby na to odpowiedzieć,
nawet, jeżeli by chciała, a nie chciała. Gardło ścisnęło się jej, niemal dusząc
ją, a serce bolało, jakby było ze szkła, które ktoś przed chwilą rzucił na
chodnik. Ledwo, co powstrzymywała się od płaczu i wiedziała, że jeżeli jeszcze,
choć przez chwilę spojrzy na tą anielską twarz, rozpłacze się na dobre. Chłopak
musiał uznać jej milczenie jako zgodę, ponieważ szybko opuścił pokój,
pozostawiając ją samą. Brunetka podwinęła nogi pod siebie i schowała twarz
między ramionami, marząc, by móc zapaść się pod ziemię z nadzieją, że choć tam
nie będzie tak upiornie boleć. Ale, do pieprzonego Lucifera i Absoluta, choć
siedziała tak coraz dłużej, ból pozostawał dokładnie taki sam jak na początku.
***
Shin szybko wybiegł z pokoju i zatrzasnął za
sobą drzwi, a nogi momentalnie odmówiły mu posłuszeństwa. Opadł na podłogę pod
drzwiami, cały się trzęsąc. Idioto!!! Jak
zwykle wszystko musiałeś spieprzyć! Coś ty sobie myślał, do jasnej cholery?!
Ale dlaczego akurat ONA musiała się wtedy pokazać na tym tarasie? Dlaczego to
nie mogła być ta barmanka z rana albo jakakolwiek inna dziewczyna, której nie p…
Ej, chwila?! Coś ty właśnie pomyślał?! Shin, weź się ogarnij, mózg ci się
zresetował po tej dawce LSD, co w tych głupich koktajlach była. No, stary,
stand up i leć na podryw! Nie przejmuj się jakąś jedną panienką, która miesza
ci w głowie. Po prostu potrzebujesz starego dobrego lekarstwa na doła – seksu.
Blondyn
chwiejnie podniósł się z ziemi i przeszedł parę kroków, ale nie w kierunku
schodów, tylko do pokoju Asha, mając nadzieję, że będą mogli chwilę pogadać na
osobności. Po raz pierwszy w historii zapukał, nim wszedł i zastał rozwalonego
na łóżku demona, a obok niego Miracle i Keia. Szlag, chyba mam dzisiaj pecha…
- Ej, wstawaj Ash. Musimy pogadać! – mruknął
i kopnął przyjaciela w wystającą z pościeli łydkę. Demon momentalnie uniósł się
na łokciach i spojrzał półprzytomnie na przyjaciela, na jego kredowobiałą
twarz, rozczochrane włosy i drżące ręce.
- Dzieciaki, idźcie sprawdzić, czy jest cała
reszta naszych w domku i zacznijcie sprzątać – polecił zwięźle głosem
nieznoszącym sprzeciwów, a dziewczynka i chłopczyk momentalnie podnieśli się z
łóżka i bez jakichkolwiek pytań wyszli z pokoju.
Shin
opadł na drugie łóżko i zasłonił swoją twarz ramieniem.
- Miałeś rację – przyznał cicho przed
przyjacielem, ale tak naprawdę i przed samym sobą. – Ona stała się dla mnie
kimś więcej niż zabawką…
- To chyba dobrze, co nie? – spytał brunet i
machnął ręką, w której pojawiła się butelka zimnej wody. – Chyba jej tego nie
powiedziałeś teraz…
- Nie! Pojebało cię?! – warknął Shin i usiadł
na łóżku. Spojrzał gniewnie na przyjaciela, po czym westchnął i potargał sobie
jeszcze bardziej już i tak potargane włosy. – Nie powiedziałem jej nic, ale
prawie wykorzystałem ją…
Demon podniósł brwi do góry w wyrazie
zaskoczenia, ale nic się nie odezwał, pozwalając blondynowi wygadać się ile
dusza zapragnie.
- Myślałem o… myślałem o Asunie i… o Shunie,
jeszcze zanim to wszystko się zaczęło. Myślałem, że gdyby ich losy nie
potoczyły się tak jak się potoczyły, nie bylibyśmy tu, gdzie teraz jesteśmy, a
ja nigdy najprawdopodobniej nie poznałbym kogoś takiego jak Dea. I wtedy ONA
się pojawiła… Ta dziewczyna całkowicie zapanowała nade mną. Jest jak jakaś
pieprzona, nieuleczalna choroba, Ash! Chcę się jej pozbyć z mojej głowy, ale im
bardziej się staram, tym więcej o niej myślę i tym więcej sobie wyobrażam, a
jeżeli kiedyś dowie się o tym, co powiedział mi Shun…
- Zaraz… Co takiego powiedział ci Sonnelion?
– przerwał mu demon poważnym głosem, przyglądając się przyjacielowi złocistymi
oczami.
- Nie mogę ci powiedzieć… – odparł blondyn ze
smutkiem w głosie. – Jeżeli to jest prawdą, to myślę, że nikt tego nie powinien
usłyszeć, a zwłaszcza Dea. Jeśli dowiedziałaby się o tym, to wolę sobie nie
wyobrażać, co stałoby się potem… Jedynie mam nadzieję, że to kłamstwo, a jeżeli
nie, to że nigdy nie nadarzy się taka okazja, w której dowiedziałaby się
prawdy. Dla jej własnego dobra… i dla dobra całego świata…
- A więc co teraz zrobisz? – zapytał po
chwili milczenia brunet.
- Na razie, najlepiej będzie, jak odseparuję
się od niej. Tak... To, choć na chwilę powinno pomóc…
- Pomóc komu? Jej czy tobie? – zapytał demon
zwięźle, a Shin nie potrafił na to pytanie odpowiedzieć. – Ale jak uważasz,
dostosuję się do twojego widzimisię.
Shin kiwnął głową i wstał z łóżka, a zaraz za
nim podniósł się Ash, przeciągając się i ziewając.
- Nie wiem, czy ci kiedyś mówiłem, ale dobry
z ciebie przyjaciel – mruknął blondyn, na co demon parsknął śmiechem.
- Tylko nie rozklejaj mi się tu! Jak chcesz
mnie wyrwać, to musisz się bardziej wysilić.
- Ja nie… – odpowiedział pośpiesznie Shin,
jednak nie dokończył, ponieważ po schodach wbiegli zziajani Miri i Kei.
- Mamy problem! – zawołała dziewczynka, jak
tylko ich zobaczyła. – Rafael został porwany!
***
Chłopaki błyskawicznie zwołali sztab
kryzysowy na dole w salonie w sprawie porwanego anioła. Na kanapach rozsiadli
się Roan, Dea i Ash, natomiast Miri usiadła w fotelu, oczekując dalszego toku
wydarzeń. Jedynie Kei oparł się o ścianę i z tą samą, mechaniczną miną
przyglądał się sytuacji z boku. Gabriel odszedł od nich kilka metrów z komórką
w dłoni i próbował się połączyć z Rafaelem, a Shin przechadzał się w kółko po
pokoju, starając się jakoś wyjaśnić zaistniałą sytuację.
- Okay, jeszcze raz, wszystko od początku –
polecił, na co siedzący obok Dei mężczyzna westchnął.
- Zadzwoniłeś do mnie gdzieś koło 4 rano z
klubu, abym po was przyjechał, ponieważ wszyscy, cytuję – „udupili się w trzy
dupy” – więc pojechałem po was, jednak w tamtym momencie Rafael był z wami.
Zawiozłem was do domku i pojechałem kupić wam coś na ból głowy jak wstaniecie.
Kiedy przyjechałem po półgodzinie, zastałem ten oto syf i Deę śpiącą w fotelu,
jednak nikogo innego nie było na dole. Pomyślałem, więc, że wszyscy poszli do
swoich pokoi się przespać. Nie przypuszczałem, że zgubicie dorosłego człowieka,
a właściwie to dorosłego archanioła. I to tyle. Poszedłem do swojego pokoju i
obudziłeś mnie ty, Shin.
- Czyli nie wiemy, co się działo z Rafaelem
przez te półgodziny… Może narkotyki jeszcze działały, więc wyszedł na zewnątrz,
by się przewietrzyć i…
- Rafael dzwoni! – przerwał mu Gabriel i
podszedł do zgromadzenia, przełączając telefon na głośnik. – Halo? Rafi, gdzie
jesteś?
- Zamknij się i słuchaj! – odezwał się gruby
zniekształcony głos z głośnika, który na sto procent nie brzmiał jak głos
Rafaela. – Wasza przyjaciółka jest z nami. Jeżeli nie chcecie, byśmy oszpecili
jej tą twarzyczkę, to przynieście do jutra milion euro do skrzynki pocztowej
koło pubu…
- Ej, a wiecie, że to facet? – odezwał się ni
z tego ni z owego Ash z kanapy, po czym w słuchawce zapadła cisza, w czasie
której dało się usłyszeć kilka przytłumionych męskich głosów i jeden wybijający
się głos, którzy wszyscy tak dobrze znali.
- Halo, panowie! Wiecie, ja bardzo chętnie to
całe wiązanie i kneblowanie, ale może najpierw przedstawimy się sobie…
I w tym momencie porywacze rozłączyli się od
tak. Jeszcze chwilę trwało, nim ktoś spróbował jakoś sensownie ogarnąć tą
sytuację.
- To było… dziwne – odezwał się jako pierwszy
Roan, a siedzący obok niego Ash parsknął śmiechem.
- Wzięli go za laskę! Jak można wziąć tego
paszteta za płeć piękną? – mruknął do siebie Ash, na co wszyscy zaczęli głupio
chichotać bez opamiętania. Całe ich nerwy wywołane tą sytuacją zeszły z nich
jak powietrze za balona.
Nie
minęło nawet 10 minut, gdy usłyszeli pisk hamulców pod domkiem i trzask
zamykanych drzwi.
- Miło było was poznać chłopaki! Pójdźmy
jeszcze kiedyś na drinka! – usłyszeli przytłumiony przez drewniane ściany głos
Rafaela, po czym anioł otworzył drzwi do domku i wszedł do środka, a samochód
odjechał na pełnym gazie.
- Naprawdę miłych macie tu taksówkarzy! –
powiedział na dzień dobry rozradowany archanioł. – No naprawdę! Tak ciężko
wykonujących swoją pracę ludzi, to ja jeszcze nigdy w życiu nie widziałem.
Mówię wam, też powinniście spróbować!
- Rafaelu, co się z tobą działo przez ten
cały czas? – zapytał Shin, starając się nie parsknąć śmiechem.
- Hm? No jakoś tak w nocy wyszedłem
pooddychać świeżym powietrzem i patrzę, a tu nagle pojawiła się tak fajna,
czarna limuzyna i wyszedł z niej taki słodziak, co z deczka przypominał mi
Hardkorowego Koksa, ale był jeszcze słodszy, że aż się normalnie zarumieniłem,
no. A potem tak szarmancko zaprosił mnie do środka na przejażdżkę i jak tu
odmówić takiemu ciasteczku? Więc wsiadłem i Pan Słodziak zawiózł mnie do
jakiegoś apartamentu wybudowanego w starej fabryce, no ale mówię ci! Jak tam
było fajnie! Nawet nie zdążyłem się przedstawić, a już zaczęli się do mnie
dopierać. Związali mnie i zakneblowali, a potem posadzili na takim fajnym
krześle i dwóch Panów Słodziaków mnie podrywało. Czułem się jakbym wygrał na
loterii, a potem zadzwonił Gabriel i zepsuł całą zabawę. Łeeee, nienawidzę cię
normalnie, stary! – zwrócił się z tym ostatnim do zszokowanego Gabriela,
któremu aż gały wyłaziły z orbit. – Potem zapytali się mnie czy jestem kobietą,
a ja odpowiedziałem im, że mogę być kimkolwiek zechcą, na co oni rozwiązali
mnie i odwieźli tutaj. A zapowiadała się taka dobra zabawa!
- Może się powtórzę albo powiem coś
banalnego… – mruknął Roan, robiąc najbardziej zajebistego facepalma, jakiego
ludziki dotychczas widziały. - …ale ten facet to kompletny świr i kosmita…
Na
to wyznanie wszyscy zgodnie kiwnęli główkami, a nawet Rafael kiwnął łebkiem, a
potem zaczął się pytać „ale, o co chodzi?”, co spowodowało jeszcze większą
wesołość u ludzików.
- No dobra – powiedział ostatecznie Roan,
ocierając kącik oczu, bo aż się popłakał ze śmiechu. – Co chcecie teraz robić?
Bo wątpię, czy pójdziecie spać, a do klubu więcej was nie puszczę. Ogółem, to
mieliśmy dzisiaj załatwić Rzym, jednak w waszym wcześniejszym stanie, nie
byłoby to możliwe, a teraz jest już ciemno, więc misję ratowania świata
odkładamy na jutro. A teraz… co robimy?
Zapadła chwilka napiętej ciszy, ponieważ
wszyscy starali się pobudzić ich mózgi do pracy, aby wymyślić, co niby będą
robić aż do rana.
- Uh! Wiem! – zawołała z fotela Miri,
zrywając się z szaleńczym uśmiechem, jednak wszyscy zgodnie jak jeden mąż
spojrzeli na nią, unosząc jedną brew do góry, a dziewczynka momentalnie opadła
na fotel. – No to nie wiem…
- A może pogramy w karty? – zaproponował
Shin, a Ash wyczarował talię kart. Chłopaki spojrzeli po sobie i jednocześnie
zawołali na cały głos:
- Diaboliczny Poker!
- A o co w tym chodzi? – zapytała Dea
chłopaków.
- To proste – odpowiedział jej Shin. – To
jest jak normalny poker, tylko że…
- …osoba, która przegra, musi wykonać jeden
rozkaz osoby, która wygrała. Niezależnie od tego, co to będzie za rozkaz, musi
on zostać wykonany – dokończył Ash i już przetasował talię oraz rozdał każdemu
karty. – To gramy?
- Jasne! – odparła zdecydowanie zbyt
ucieszona Dea i chwyciła z blatu swoje karty. Hehe, teraz mam ich w garści. Odkąd skończyłam 5 lat, ogrywałam
wszystkich w zakonie, nie znając żadnej litości.
- Coś kręcisz… – mruknął na ten
widok Shin, ponownie czując niebezpieczne podniecenie. Jeżeliby teraz wygrał,
mógłby zażądać wszystkiego i Dea musiałaby to wykonać – Wchodzę!
- Ja też – odezwali się wszyscy inni i
zasiedli do stołu. Ogółem początkowo wszystko szło dla Dei ładnie pięknie, bo
ogrywała wszystkich po kolei, doprowadzając ich do spasowania, jednak
największym wyzwaniem okazał się dla niej być Kei, ponieważ posiadał naturalną
twarz pokerzysty.
Dziewczyna spojrzała w karty i uśmiechnęła
się do siebie w myślach. Mam dzisiaj niezłego
farta, bo trafił mi się aż Poker, więc sorry Winnetou Kei, ale polegniesz!
- Sprawdzam! – rzuciła Dea pewna
swojego zwycięstwa, a przyglądający się im ludkowie zastygli w oczekiwaniu. Kei
spokojnym ruchem dłoni położył swoje karty na stole i…
- NIE!!! TO NIEMOŻLIWE!!! – zawołała wściekła
dziewczyna, bo na stole wprost przed jej oczami leżał Poker Królewski. –
Przecież na Pokera Królewskiego szanse są jak
0,0002%. Oczekiwałeś, Kei!
- Przyjmij to z godnością! – zarechotał Shin
i wraz z Ashem chwycił dzieciaka i odciągnął go na stronę. Po chwili wrócili i
Shin i Ash z wrednymi minkami ogłosili:
- Kei już wie, jaką karę powinnaś otrzymać,
hihi…
Dziewczyna
przełknęła ślinę i czekała.
- Przez kolejne 12 godzin musisz nam
usługiwać ubrana w ten strój – mruknął mechanicznie i rączką wskazał Asha,
który zza pleców wyciągnął uniform pokojówki. Bardzo krótki i wyzywający
uniform pokojówki, trzeba dodać. – A do tego musisz się zwracać do nas per „Panie”
i „Pani”.
- Nie zrobię tego! – zastrzegła Dea,
wycofując się powoli na górę.
- Obowiązuje cię obietnica. Zgodziłaś się na
warunki, więc teraz ponieś konsekwencje swoich słów! – zawołał Ash i podał jej
sukienkę.
Naburmuszona brunetka chwyciła ten skrawek
materiału i powlekła się z nim do łazienki. Po kilku minutach zeszła na dół,
ubrana w tą cudowną sukieneczkę, cała czerwona na twarzy.
- Zadowoleni?
- Aa, umowa – przypomniał jej wrednie Shin.
- Zadowolony, Panie? – poprawiła się
dziewczyna, zgrzytając zębami.
- Hoho, jak najbardziej! – zarechotał Shin,
rozwalając się na kanapie. – A teraz przynieś mi puszkę coli z lodówki.
- Tak, Panie – odpowiedziała Dea i powlekła
się do kuchni. Wyciągnęła z lodówki colę i postawiła ją na blacie.
- Ja ci dam Pana, ty cholerna podróbo
faceta!!! – warknęła pod nosem i wyciągnęła z górnej szuflady tabletki
przeczyszczające. Wysypała na rękę kilka z nich, spojrzała na tą kupkę
sceptycznie i wysypała niemal połowę buteleczki. Zadowolona, wrzuciła tabletki
po puszki i dokładnie wymieszała, po czym z uśmiechem na ustach wyszła do nich
i podała napój Shinowi.
- Proszę, Panie, twoja cola – powiedziała
wesoło. I ażebyś przez miesiąc nie mógł z
kibla wyjść!, dodała słodko w myślach.
- Dziękuję ci moja droga, a teraz, Gabrielu,
bądź łaskaw i weź tę puszkę na przeprosiny za nazywanie cię głupim aniołkiem.
Zrozumiałem swój błąd i przepraszam cię za niego – powiedział poważnie Shin i
podał puszkę zdziwionemu aniołowi.
- Uh, oh… Nie spodziewałem się od ciebie
takich słów, ale przeprosiny przyjęte – odpowiedział Gabriel, chwytając puszkę.
- Nn… – mruknęła bezwiednie na ten widok Dea,
wytrzeszczając oczka z przerażenia.
- Czy coś się stało, Deo? – spytał słodko
Shin i uśmiechnął się jak aniołek. Ugh,
przejrzał mnie! Bliżej mu do szatana niż do aniołka…
- Nie, nic mój Panie – odpowiedziała hardo
dziewczyna, zachowując kamienną twarz i z olbrzymimi wyrzutami sumienia
obserwowała, jak Gabriel wypija colę aż do ostatniej kropelki. Biedny facet...
- No dobra, skoro już mamy naszą służącą, to
czas pobawić się dalej – powiedział Ash, wstając z kanapy i podchodząc do
barku. Wyciągnął pełną flaszkę tequili i zakołysał nią z wymownym uśmieszkiem.
- Co powiecie na obozowe historie o duchach
przy ognisku, tylko że bez ogniska? – spytał nagle, ni z tego ni z owego Shin,
spoglądając na bandę wyzywająco. – Kto pierwszy spietra, dołączy do Dei...
- To może chodźmy już spać? – mruknął nagle
pobladły Ash i przycisnął flaszeczkę do piersi. – Ja nie lubię historii o
duchach.
- Nie mów, że wierzysz w ich istnienie –
rzuciła brunetka i zaśmiała się, na co reszta spojrzała na nią z politowaniem i
główkami wskazali Miracle i Keia, którzy tak teoretycznie byli martwi od
jakichś kilkuset lat. – Oh, no tak...
- Ash miał niemiłe przeżycia z pewną laską,
co nawet po śmierci chciała zostać jego żoną i od tamtego momentu biedak unika
duchów jak diabeł święconej wody – wyjaśnił Shin, bawiąc się pozostałą na stole
talią kart. Ułożył z niej karciany domek i już miał dołożyć ostatnią kartę,
kiedy to podeszła do niego Miri i chamsko zdmuchnęła całą misterną
konstrukcję. – Cholerny pasożycie!
Chcesz zginąć marną i bardzo bolesną śmiercią?!
- Tam siedzi mój tatuś, hihi – odparowała
dziewczynka, pokazując blondasowi język.
- Nie, spoko, możesz ją sprowadzić na
normalne tory – mruknął Ash w stronę przyjaciela i nalał sobie alkoholu, aby
się uspokoić.
Dziewczynka
na te słowa uciekła z piskiem od morderczego błysku w oczach Shina i schowała
się za plecami Rafaela, jakby miało to jej w jakikolwiek sposób pomóc.
- No, skoro paskuda już nie będzie się więcej
wtrącać, to pora zacząć – rzucił chłopak, zakładając ramiona na piersi. – Kei,
możesz zgasić światło? Z góry dzięki! A ty Ash, weź machnij i wyczaruj
świeczki. Musimy zrobić odpowiedni klimat!
Chłopaki ogarnęli jakoś „klimat”, przy okazji
sprzątając ten syf ze stołu, a dziewczyny zadowolone obserwowały jak też radzą
sobie te kury domowe. Jak już wszystko było ładnie pięknie wysprzątane na cacy,
ludziki rozsiedli się wygodniej na kanapie i na fotelach, a Shin zapalił
poustawiane na stoliku świeczki. Złote płomyki zatańczyły w jego oczach i na
skórze, nadając jego twarzy jakiegoś rodzaju mistycyzmu, a że Dea siedziała
obok Asha, poczuła, jak demon dostał dreszczy.
- „Zdarzyło
się to jakiś czas temu. Pewien chłopak chciał się popisać przed kolegami i
dziewczyną, którą miał nadzieję przelecieć, a że to towarzystwo było jakieś
takie dziwne, więc większość czasu przesiadywali na cmentarzach. Pewnego dnia
chłopak powiedział znajomym, że w lasku, obok którego mieszka jest taki stary, olbrzymi,
opuszczony dom. Dziwna banda ochoczo zaaprobowała pomysł, aby się tam udać
jeszcze tej nocy i zorganizować seans spirytystyczny. Chłopak pomimo lekkiego
niepokoju również obiecał przyjść, bo przecież nie mógł wyjść na takiego
tchórza przed laską i resztą znajomych. Kiedy zapadła noc, dziwni znajomi
zjawili się przed jego domem i razem udali się na „zwiedzanie” tajemniczego
budynku. Jak tylko znaleźli się w środku, chłopak poczuł jeszcze większy
niepokój niż przedtem, ale dalej uparcie parł naprzód. Po chwili ktoś zawołał z
przodu, że ten budynek wygląda jak szpital.
- Uciekaj
stąd – usłyszał zniekształcony głos gdzieś z korytarza, którym przyszli.
Odwrócił się, ale nikogo tam nie było, jednak po chwili jego uszu doszedł
mrożący krew w żyłach krzyk. Wszyscy zbiegli się do miejsca, gdzie przed chwilą
stał ich kolega, ale na ziemi pozostała tylko jego latarka i jakaś mokra plama.
Znajomi chłopaka początkowo zaczęli się śmiać, myśląc, że to kawał i zawołali
zaginionego chłopaka po imieniu, jednak odpowiedziało im tylko zwielokrotnione
echo. Adrenalina i strach powoli zaczęły krążyć im w żyłach, ale nikt nie
chciał wyjść z tego budynku bez zaginionego chłopaka. Przeszli do kolejnych
pokoi i na wyższe kondygnacje, jednak było tak, jakby chłopak zapadł się pod
ziemię, aż w pewnym momencie, nagle zostali rozdzieleni z kolejnym kolegą.
Chłopak był zaraz za nimi, a po chwili gdzieś zniknął i podobnie jak w tamtym
wypadku, na ziemi leżała latarka i mokra plama. Przecież usłyszelibyśmy, jak
spadałaby latarka albo jakby ktoś rozlewał wodę, pomyślał pozostały chłopak, a
lodowaty dreszcz przeszedł mu po plecach. Dziewczyna również zaczęła być
przerażona, chwyciła chłopaka za ramię i pociągnęła dalej.
- Chodźmy
stąd! Znajdźmy chłopaków i spadajmy stąd! – wyszeptała nerwowo.
- Uciekaj
stąd – ponownie doszedł go przytłumiony głos gdzieś z korytarza, jednak tym
razem brzmiał na bardziej natarczywy, zaniepokojony.
Chłopak
zatrzymał się w pół kroku i odwrócił plecami do dziewczyny. Spojrzał nerwowo na
ciemny korytarz przed sobą i wydawało mu się, że coś nakazuje mu iść w tamtym
kierunku… w kierunku wyjścia. Sam nie wiedział jak to możliwe, ale skądś był
pewien, że tam powinni iść, aby jak najszybciej opuścić to straszne miejsce. –
Tam jest wyjście – powiedział do dziewczyny, jednak ona pokręciła przecząco
głową, będąc niemal na granicy płaczu.
- Wyjście
jest w tą stronę! – spierała się z nim, wskazując na zupełnie przeciwny
kierunek, jednak chłopak wierzył, że właśnie tamta droga jest tą odpowiednią.
- Dobra –
powiedział ugodowo. – Przejdę kilka metrów w tamtym kierunku, a jak nie
natrafię na wyjście, pójdziemy twoją trasą. Poczekaj tutaj na mnie, wrócę za
minutę… – polecił i wyswobodził się ze stalowego uścisku dłoni dziewczyny na
swoim ramieniu. Przeszedł kilka kroków i zniknął za korytarzem, po czym trafił
do zupełnie innej części budynku, w której strasznie śmierdziało. Zrobiło mu
się niedobrze i pociemniało przed oczami od tego smrodu. Fetor śmierdział jak
gnijące mięso, ale pomimo tego chłopak poszedł naprzód. Po chwili trafił do ciemnego
pokoju; postąpił krok naprzód i usłyszał trzask łamanej gałązki. Spojrzał w dół
i zauważył z przerażeniem, że po podłodze walają się tysiące białych kości, a
na niektórych nadal pozostawały kawałki gnijącego mięsa. Nagle spomiędzy
chaotycznego pulsowania krwi w uchach, dosłyszał damski pisk, który nagle
zupełnie ucichł. Opuścił pokój i biegiem wrócił na miejsce, gdzie zostawił
dziewczynę, jednak jej już tam nie było. Na ziemi za to leżała latarka i mokra
plama.
- Uciekaj
stąd – usłyszał polecenie wydane tym samym głosem wybrzmiewającym jakby z
wnętrza budynku. Teraz już go zupełnie nie obchodzili inni; czuł, że jeszcze
chwila w tym miejscu, a narobi w gacie ze strachu. Puścił się biegiem przez
korytarz, nie wiedząc, gdzie dokładnie ma biec i przypadkiem ponownie trafił do
tamtej przerażającej części budynku z kośćmi. Potknął się o coś i upadł na
ziemię, a nad nim pojawiło się coś przeźroczystego. Zafalowało w powietrzu i
wyciągnęło w jego stronę rękę, a w tym momencie serce chłopaka eksplodowało bólem.
Złapał się za pierś i padł na ziemię, a na jego twarzy zastygło przerażenie.
- Haha,
mówiłem wam, że straci przytomność – rozległ się w mroku męski głos, do którego
dołączyły się dwa kolejne – chłopaka i dziewczyny.
- Chyba
trochę przegięliśmy… – mruknęła dziewczyna, podchodząc i kucając przy chłopaku.
Dotknęła jego ręki i po chwili wciągnęła powietrze, naprawdę przerażona. – On…
on nie żyje…
- Że co
takiego?! – wrzasnęli tamci i zaczęli świrować. Podeszli do ciała i nachylili
się nad nim, myśląc, że chłopak się zgrywa. – Wstawaj stary, to były takie
żarty…
Nagle
dziewczyna poczuła, jak coś kładzie lodowato zimną rękę na jej ramieniu. Powoli
odwróciła głowę w tamtą stronę i dojrzała dziwną postać, po której twarzy
ściekała na ziemię krew.
- Doprawdy,
zero kultury… – mruknęła postać i uśmiechnęła się do dzieciaków. Nie miała
normalnych zębów, tylko kły, spomiędzy których wystawały kawałki kości i mięsa.
– Mama was nie nauczyła, że nie wolno bawić się jedzeniem?”
…Nagle Dea poczuła jak coś łapie ją od tyłu za
ramię i przerażona podskoczyła na miejscu i zaczęła się wydzierać przerażona.
Kiedy tylko gwałtownie wstała, podmuch wywołanego przez nią powietrza zgasił
zapalone na stole świeczki, a w pokoju zapanowała ciemność. I równie nagle z
tej ciemności doszedł ją śmiech Shina i Asha, a po chwili ktoś zapalił światło
w pokoju. Demon trzymał w łapce sztuczną łapkę i miział dziewczynę po ramieniu,
powodując u niej dreszcz przerażenia.
- Nie sądziłem, że ktoś się na to jeszcze
nabierze! – wysapał Shin, zwijając się na fotelu ze śmiechu.
- Agh! Zabiję cię! – warknęła dziewczyna i
rzuciła się na niego, przyduszając chłopaka do fotela. – Jesteście pojebani!
Nie rozmawiam z wami więcej!!! – syknęła i puściła go. Na sztywnych nogach i z
wciąż szaleńczo bijącym z przerażenia sercem, poszła do góry i trzasnęła za
sobą drzwiami…
- Chyba trochę przesadziliście – powiedział
Roan z kanapy, podnosząc się i przeciągając.
- E tam, do jutra jej przejdzie – pocieszył
go Shin bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia i sięgnął po stojąco na blacie
flaszkę. Olał zupełnie kieliszek, szklankę czy Absolut wie, co jeszcze i od
razu pociągnął z gwinta. – Ah, tego mi było trzeba!
- Skoro jesteś już zadowolony, to idź sapać –
rzucił Gabriel i ziewnął. Wstał i lekko się zataczając, wszedł po schodach. –
Dobranoc wszystkim – rzucił jeszcze i zniknął w pokoju, a w ślad za nim zebrali
się Rafael, Miri i Kei. Nawet Roan i Ash podnieśli się i zaczęli zmierzać w
kierunku własnych pokoi.
- Shin, weź idź spać. Serio – rzucił jeszcze
demon, po czym zniknął za drzwiami.
- Ma rację, Shinciu – dopowiedział Roan,
opierając się o balustradę. – Przeproś ją i idź spać – poradził i odbił się od
barierki, a po chwili również i on zniknął we własnym pokoju.
- Taa, jakby to było takie proste – mruknął w
przestrzeń blondyn, przekręcając się na fotelu. To będzie ciężka noc, pomyślał, starając się jakoś wygodnie ułożyć,
kiedy z góry sfrunęła poduszka i koc, jednak nim zdążył jej podziękować, Dea
ponownie trzasnęła drzwiami do ich pokoju. Shin okrył się kocem i wtulił twarz
w poduszkę, marząc, by wszystko się jakoś ułożyło.
Dea jeszcze chwilę leżała w łóżku, nie mogąc
zasnąć przez wydarzenia tego dnia. Czuła się jednocześnie wyczerpana i
nabuzowana, jednak po jakichś 10 minutach senność wygrała, a jej oczy zaczęły
się zamykać. Jeszcze zanim zdążyła w pełni zasnąć, zdawało się jej, że mignęły
jej olbrzymie skrzydła opadające na balkon, jednak spowiła ją ciemność, a to
jedno ulotne wspomnienie zniknęło wraz z nastaniem nowego dnia.
***
Rano, kiedy słońce stało już całkiem wysoko na
nieboskłonie, do pokoju Dei wparował Ash w ręczniku i z komórką w ręce, jakby
został wyrwany prosto z kąpieli.
- Mephisto chce wiedzieć, czy łaskawie
ruszysz swój tyłek i pojedziesz do Rzymu – mruknął w jej stronę demon na dzień
dobry, a widać było, że ten poranny telefon od kocura nieźle go wkurzył. Brunet
obrzucił ją szybkim spojrzeniem i nie czekając na jej słowa, zwrócił się
ponownie do Mephistophelesa. – Wyjedziemy za jakieś pół godziny – rzucił i
chamsko rozłączył się, po czym westchnął ciężko i zwrócił się w jej stronę:
- Zbieraj się. Za 20 minut widzę wszystkich
na dole, bez gadania! – i tak po prostu wyszedł.
Dziewczyna
wstała z łóżka i powlekła się do łazienki. Wzięła szybki prysznic i przebrała
się w świeże ciuchy, przy okazji słysząc z reszty pokojów jęki dopiero co
obudzonych osób. Jednak, tak jak Ash zapowiedział, wszyscy sumiennie wypełnili
jego polecenie i po 20 minutach w salonie stała grupka ludzików gotowa do
wyjścia…
- A gdzie Gabriel? – spytał demon,
rozglądając się po pomieszczeniu.
- W kiblu. Chyba się czymś zatruł –
odpowiedział mu Rafael i wzruszył ramionami, a Dea ponownie poczuła wyrzuty
sumienia.
- No nic, obejdziemy się bez niego –
zadecydował Ash naprędce i skierował swoje złote spojrzenie wprost na córkę. –
Ty, zostajesz.
- Że co niby?! – zawołała wściekła
dziewczynka, a Dea aż zaczęła się obawiać, czy aby blondynka nie zacznie toczyć
piany z ust. – Chyba cię pogrzało…
- Nie – odpowiedział spokojnie demon i zaczął
przemieszczać się w stronę wyjścia. – Nie chcę mieć teraz problemów ze
zgubionymi dziećmi albo czymś jeszcze gorszym, więc zostajesz tutaj, pod
kluczem. Pilnuj Gabriela i niech on cię także pilnuje. Wrócimy wieczorem.
Banda
wylała się za drzwi, a Ash, jako ostatni zamknął je i przekręcił klucz. Po
chwili coś uderzyło z hukiem w drewno od środka, a demon tak na wszelki wypadek
odsunął się na bezpieczną odległość. Wszyscy grzecznie zapakowali się do
Kotomobilu, a Roan odpalił silnik i wyjechali.
Jechali przez jakąś godzinkę, podczas której
Roan wyjaśnił im dokładnie co i jak.
- Nasz cel znajduje się w podziemiach
Bazyliki św. Piotra. Został zamknięty w drewnianym pudle o kształcie
czteroramiennej gwiazdy…
- Znamiono Wszechrzeczy – sapnął z tyłu
Rafael, a jego oczy rozszerzyły się z przerażenia. – Czy Mephisto znalazł położenie
Księgi?
- Nie, jedynie klucza do niej…
- Ej, czekajcie! O czym wy tu teraz
szprechacie? – przerwała im dziewczyna, spoglądając raz to na Rafaela, raz to
na Roana i ostatecznie na Asha, który zdawał się dokładnie wiedzieć, o co
chodzi, jednak wolał się nie odzywać. – Mówcie albo wysiadam! – pogroziła
poważnym głosem.
- W dawnych czasach znamiono Wszechrzeczy
służyło do odróżnienia prawdziwego Bytu Koniecznego od falsyfikatu, ponieważ
nosił on znamię w kształcie czteroramiennej gwiazdy. Również Elementy
Pierwotne, do których należy Miecz Damoklesa, posiadały znamiono Wszechrzeczy,
toteż do dzisiejszych czasów zachowała się symbolika czteroramiennej gwiazdy,
jako czegoś absolutnego, pochodzącego od pierwszej, wszechpotężnej istoty,
która dała początek wszelkiemu istnieniu – wyjaśnił archanioł zamyślony. Dla
Dei wyglądało to tak, jakby recytował wykutą na pamięć formułkę, więc przyszło
jej na myśl, czy anioły chodzą w Luminosie do szkoły anielskiej, gdzie ich tego
wszystkiego uczą. To byłoby chyba dziwne,
co nie?
- A o co chodzi z tym całym „naszym celem”? –
spytał lekko poirytowany blondyn, zakładając ramiona za głowę i odchylając się
do tyłu. – Bawicie się w ninja czy co? Mówcie, o co chodzi, bo potem mogą
wyniknąć kłopoty z tym, co autor w danej chwili miał na myśli.
- Już rozumiem, dlaczego Mephisto jest ciągle
zirytowany i na wszystkich warczy – mruknął Roan, podnosząc brwi do góry i
kręcąc główką, jakby nie mógł uwierzyć, że tacy ludzie jak oni jeszcze
istnieją.
- W szkatułce znajduje się Pieczęć Mordercy -
pierwszy, oryginalny pierścień św. Piotra - papieża. Późniejsze Pierścienie
Rybaka były wykonywane na jego podobieństwo, ale o samej Pieczęci zapomniano.
Wykonany ze stopu miecza, którym św. Paweł zabijał chrześcijan przed
nawróceniem i właśnie tym pierścieniem został zapieczętowany drugi Twór -
Księga Bram. Niestety, położenie Księgi zna tylko jedna osoba na całym świecie,
która w dodatku pała olbrzymią nienawiścią zarówno do demonów jak i aniołów –
dorzucił Ash, na co Shin ziewnął, a demon spojrzał na przyjaciela z naganą.
- No co? Dzięki, że się tutaj produkujesz,
ale nawet nie wiesz, jak ciężko śpi się na kanapie. Nie moja wina, że jestem
niewyspany…
Dea chciała już coś na to odpowiedzieć, ale
nie zdążyła, ponieważ Roan ostro skręcił i zahamował, a wszyscy polecieli do
przodu.
- Jesteśmy na miejscu – mruknął facet, a
banda wyjrzała przez szybę. Centralnie przed nimi wznosił się olbrzymi budynek
zwieńczony kopułą. Poranne słońce odbijało się od białego kamienia. – Musimy
zejść do podziemi.
Wszyscy
wysiedli z samochodu i poleźli do bazyliki, po drodze mijając nielicznych
ludzi, modlących się lub spacerujących po placu, toteż nikt nie zwracał na nich
uwagi. Kłopoty zaczęły się dopiero, kiedy zeszli do podziemi.
- Gdzie to jest? – szepnęła Dea, pocierając
swe ramiona, aby je ogrzać, ponieważ kluczyli w tych korytarzach już dobre
kilkadziesiąt minut.
- Jeszcze kawałek – odszepnął jej Roan idący
na przedzie z mapą.
Nagle
w jednym z bocznych korytarzy zauważyli zbliżającą się postać mężczyzny
ubranego w habit. Spanikowani rozejrzeli się za jakąś kryjówką, jednak żadnej
nie było w pobliżu, a kroki mężczyzny stawały się coraz bliższe. I w tym
momencie do przodu przeszedł Ash. Posłał im krzywy uśmieszek i podniósł kciuk
do góry, po czym zniknął w korytarzu, którym szedł zakonnik. Mężczyzna wydał
cichy okrzyk zaskoczenia, a po chwili dało się słyszeć ich cichą konwersację. W
następnym momencie do ich uszu doszedł dźwięk oddalających się kroków i wszyscy
odetchnęli z ulgą.
- Streszczajmy się – ponaglił Shin i pomógł
Roanowi z mapą.
Już
po chwili znaleźli się w olbrzymiej komnacie ze złotym grobowcem, na którego
płycie widniał napis „Hic est Petrus, Apostolorum Principis”, natomiast nad
trumną wbudowano w ścianę niewielkie pudełeczko w kształcie czteroramiennej
gwiazdy.
- Wyjmę je – zaoferował Rafael i nie czekając
na opinię innych, przeszedł za grobowiec i sięgnął po pudełeczko. Jak tylko
jego ręce dotknęły drewna, ziemia zatrzęsła się niebezpiecznie, a po
korytarzach rozeszło się wibrowanie metalowych zdobień. Shin spojrzał z
niepokojem na sufit i mruknął do reszty:
- Nie wiem, jak wy, ale ja odczuwam w tym
miejscu lekką klaustrofobię… Lepiej spadajmy stąd. I to jak najszybciej!
Archanioł
wyciągnął pudełeczko ze ściany i dołączył do reszty, przyciskając szkatułkę do
piersi jak najcenniejszy skarb. Wszyscy ruszyli do wyjścia jak najszybciej i na
szczęście dotarli na powierzchnię bez żadnych niezaplanowanych niespodzianek.
Nagle ciszę podziemi rozdarł dzwonek komórki
i Shin sięgnął do kieszeni. – Halo? – mruknął na przywitanie, po czym wysłuchał
czyichś słów, a mina rzedła mu z każdą sekundą. Cała reszta odwróciła się
plecami do wyjścia i spoglądała na chłopaka, starając się rozszyfrować jego
mimikę, więc przełączył rozmowę na głośnomówiący.
- Powiedzcie mi, że wyjęliście pudełeczko
wspólnie: anioł, demon, człowiek i Jeździec – rozległo się doskonale im znane
kocie mruczenie.
- A to było potrzebne? – spytał inteligentnie
Rafi, spoglądając na szkatułkę.
- O słodki Absolucie! – jęknął Mephisto i w
telefonie dało się usłyszeć, jak drepta w te i wewte i drapie się po pyszczku.
– No nic. Jeżeli natkniecie się na pewną kobietę w ubraniach z XVIII wieku, to
za żadne skarby nie mówcie jej, że to ja was wysłałem…
- A powiedz mi, czy ona ma na sobie
czerwono-czarną suknię oraz czerwone, chińskie pałeczki wpięte w granatowe
włosy? – spytał Shin nagle zmienionym głosem i przełknął gulę w gardle.
- Tak, dokładnie tak! – odpowiedział Mephisto
i nagle zamilkł. – Oj…
- Spójrzcie… – szepnął Kei i wskazał drżącym palcem na
wejście do krypty.
W progu opierała się o ścianę młoda kobieta w
podartej, balowej sukni, a strzępki czarno-czerwonego materiału falowały wokół
jej nóg, porywane przez chłodne powietrze z zewnątrz. Ciemnogranatowe włosy
spływały z jednej strony na ramię, a z drugiej podtrzymywały je czerwone
patyczki. Złote oczy spoglądały na nich jak na pieczonego kurczaka na rożnie.
Wszyscy, jak jeden mąż, dostali dreszczy na ten widok, ponieważ kobieta, a
właściwie demonica, wytwarzała wokół siebie morderczą aurę, jeszcze
straszniejszą niż Mikael i Mephisto razem wzięci.
- Bonjour, âmes perdues – odezwała się
zmysłowym głosem po francusku i uniosła wargi w okrutnym, demonicznym uśmiechu…
Napisany przez ~summon creature
OdpowiedzUsuńdnia 21.06.2014 o 18:42
Pierwsza! Haha.
Nadrobię jutro albo w poniedziałek.
Napisany przez ~CreativeViolet
Usuńdnia 24.06.2014 o 17:39
Okay, czekam z niecierpliwością na twoją opinię :D
CreativeViolet
Napisany przez ~CreativeViolet
Usuńdnia 27.06.2014 o 18:13
I się chyba nie doczekam :’( buuuuuu, normalnie zaraz zacznę płakać…
Gdzie oni są?
Ci wszyscy moi przyjaciele -ele-ele-ele-ele-ele
Zabrakło ich
Choć zawsze było ich niewielu -elu-elu-elu-elu-elu
(fragment tekstu z Republika – Biała Flaga
Napisany przez ~summon creature
Usuńdnia 01.07.2014 o 17:25
Jestem! Jestem! Wreszcie. Przepraszam, wziął mnie leń i zapomniałam tu wejść i doczytać do końca, ale powracam i komentuję. 8)
Tryskam radością i jestem happy (to chyba to samo), bo w końcu Shin i Dea się do siebie zbliżyli. W zasadzie to Shin wkurzył mnie tak straszliwie, że mam ochotę go zabić. No jak może uważać taką fajną dziewczynę, jak Dea, za zabawkę? Mam nadzieję, że w następnych rozdziałach przekona się, że tak nie jest.
Trochę głupie, że najpierw się zabawiają a dopiero później biorą się za robotę. Ale jak tak wolą, to ich sprawa. :D
Jak Mephi mógł się podrapać po bródce? Koty tak mogą? :D
No i przerwałaś w takim momencie. Mam nadzieję, że nie był on ważny. Po prostu nieeeenaaawidzę, jak ktoś przerywa w decydującym momencie! Także myślę, że to nie będzie aż taka ważna sprawa z tą kobietą.
A Dea z tym proszkiem… Śmiałam się przez kilka minut. :D
Czekam na następny!