niedziela, 5 października 2014

17. Pożegnanie w deszczu

Witam wszystkich moich czytelników! Tych stałych bywalców - można powiedzieć, że wręcz weteranów, oraz tych młodych, którzy dopiero niedawno rozpoczęli przygodę z bandą błaznów. Bardzo mi miło zakomunikować, iż rozdział 17 pojawił się tak szybko, bo zaledwie 2 tygodnie od poprzedniego postu i mogę obiecać, że postaram się skończyć rozdział 18 do dwóch tygodni od dzisiaj. Moim skrytym marzeniem jest, żeby zakończyć pracę nad Burzą równo rok po ich rozpoczęciu, czyli do 15 listopada, a zostało mi jeszcze coś koło 4-6 rozdziałów do ogarnięcia i basta! Nie wiem, jak ja się z tym wyrobię, ale postaram się spiąć pupcię i dokonać niemożliwego! ^_^
Jak pewnie zauważyliście, zmieniła się muzyczka. Macie do każdego rozdziału osobną piosenkę, a czasem będą pojawiać się nawet dwie do jednego posta! Mrau, tyle wygrać... Jeśli macie jakieś propozycje muzyki, wysyłajcie do mnie na maila lub na gg. Z chęcią posłucham, jakie nutki chodzą moim czytelnikom po główkach :)
Powstała zakładka Postacie, tak jak kiedyś obiecałam, ale została ona zmieniona niż w starej Burzy. Postacie są przedstawione już nie za pomocą rysunków, ale to prawdziwi, żyjący ludkowie, dlatego też ani nie zachęcam ani nie odradzam zaglądania tam. To do was należy podjęcie decyzji, czy chcecie tam kliknąć.
Jeszcze jedna ważna informacja. Ostatnia przyrzekam! Na http://are-you-alice-girl.blogspot.com/ pojawiły się nieoczekiwane problemy z szablonem, co zostało już zgłoszone, jednak nadal czekam na odpowiedź. Do czasu aż nie zostanie rozwiązany ten problem, na Alicji nie pojawi się nowy rozdział, nawet jeśli go szybko skończę pisać, ale jak na razie nie mam głowy dla Alicji, więc...
Dobra, ja zmykam, a wszystkich zapraszam do czytania oraz do KOMENTOWANIA. Naprawdę, nie bójcie się, ja nie gryzę ani nie zjadam niegrzecznych, nieposłusznych dzieci na śniadanie, jak pewnie niektórzy sądzą. -_-
Pozdrawiam,
wasza CreativeViolet <3
***
Trzeba nam było rzec dawniej te słowa,
Co dzisiaj zabrzmią — spóźnione i puste!
Trzeba nam było spleść dłonie uparte
I z zamkniętymi iść w słońce oczyma!
Dzisiaj te oczy zostaną — otwarte,
Dzisiaj się warga w pół drogi zatrzyma…
~ Bolesław Leśmian „Trzy róże”

   Shin zmarszczył brwi w niedowierzaniu.
- Co masz przez to na myśli? – zapytał, przestępując z nogi na nogę i nie odrywając spojrzenia od twarzy Mikaela. Założył ramiona na piersi, zastanawiając się, czy archanioł nie ma żadnego taktu, czy rzeczywiście jest na tyle podły, żeby żartować w tak okrutny sposób.
- Mam na myśli dokładnie to, co powiedziałem…
- Ale Mephisto, Ash i Rafael mówili, że nie ma żadnego sposobu!
- Bo nie chcieli, abyś ich o to prosił – odparł archanioł dobitnie, pocierając skronie ze zmęczenia. – Nazywa się to Rytuałem Absolucji… Aby go wykonać potrzeba aż pięciu osób, dwóch aniołów, dwóch demonów oraz głównego koordynatora, którzy w pełni współpracowaliby ze sobą. Jest to niezwykle niebezpieczny rytuał i bardzo wyczerpujący, w dodatku jeśli coś pójdzie nie tak… Wszyscy możemy skończyć w Próżni…
- Ale czy są jakiekolwiek szanse, że pomoże to Asunie? – wtrąciła się Dea, ściągając na siebie przenikliwe spojrzenie Mikaela.
- Niewielkie… – mruknął szczerze szatyn.
- …ale to jedyna możliwość – dokończyła dziewczyna.
Archanioł skinął głową potwierdzająco. Kropelka wody z mokrych kosmyków pociekła po jego skroni.
- Shinie – zwrócił się do blondyna. Położył dłoń na jego ramieniu, skupiając całą uwagę chłopaka na swojej osobie. – Musisz zadecydować…
Spojrzenie Shina zmatowiało jeszcze bardziej niż przed chwilą, jego twarz zbladła, a czerń podkrążonych ze zmęczenia i niepokoju oczu pogłębiła się.
- Ja… – zająkał się, spuszczając głowę w dół. – Potrzebuję chwili czasu w samotności do namysłu.
- Oczywiście – powiedział Mikael, kiwając ze zrozumieniem głową, po czym wyszedł z pokoju, a w ślad za nim Dea.
Dziewczyna wychodząc, obróciła głowę i rzuciła przyjacielowi ostatnie, zaniepokojone spojrzenie, po czym zamknęła za sobą drzwi i podążyła za Mikaelem słabo oświetlonymi korytarzami szkoły. Zrównała kroku z archaniołem i przyjrzała się jego skupionej twarzy. Mikael głęboko rozmyślał nad czymś, przez co między jego brwiami pojawiło się niewielkie zagłębienie. Czarne oprawki okularów zsunęły się niebezpiecznie nisko czubka nosa, ale szatyn zdawał się nie zwracać na to uwagi.
- Um… Mikaelu? – zdecydowała się w końcu zagadać dziewczyna i tym samym wyrwała anioła z zamyślenia. Spojrzał na nią szybko, a na jego twarzy pojawił się delikatny, smutny uśmiech, który nie sięgnął jego czekoladowych oczu.
- Możesz mi mówić tak, jak ostatnio.
- Ostatnio? – zastanowiła się na głos, starając sobie przypomnieć, o kiedy mu dokładnie chodzi. – Oh! Masz na myśli, jak nazwałam cię Mikim w Ellysium?
- Tak, dokładnie – odparł, ponownie posyłając w jej stronę słaby cień uśmiechu. – Miki… Nie słyszałem tego słowa od niemal 18 lat… – szepnął do siebie, a jego oczy ponownie zaszły mgłą i pojawiły się w nich smutek oraz tęsknota.
Dziewczyna chciała zapytać anioła, kto go tak nazywał, ale jakaś część niej nie chciała tego wiedzieć, dlatego tylko spuściła wzrok i skinęła głową w geście zrozumienia, choć w ogóle tego nie rozumiała. W sumie, teraz nawet nie pamiętała, o co chciała zapytać Mikaela! Eh, a czy to w ogóle ważne?, pomyślała, wykręcając sobie palce u dłoni z nerwów. Miała teraz na głowie tyle ważniejszych spraw, że jedna niepewność w tą, czy w tamtą nie robiła już jej wielkiej różnicy.
Po chwili doszli do gabinetu Mephistophelesa i weszli przez otwarte drzwi. Kocur podniósł wzrok na Deę, mrużąc oczy i zaczął wściekle machać ogonem, ale nie odezwał się ani słowem. Ash, natomiast posłał jej zmęczone spojrzenie, wypijając do dna ciemnobrunatny płyn o ostrym, alkoholowym zapachu ze szklanki. Viana siedziała na kanapie w drugim krańcu pokoju z zamkniętymi oczami, wachlując się powolnymi ruchami koronkowego wachlarza trzymanego w dłoni, natomiast Rafael skinął głową przyjacielowi, opierając się o ścianę. Dziewczyna bez większego zaskoczenia zauważyła, że zpokoju zniknęli Miracle, Kei oraz Gabriel. Redukują możliwą liczbę ofiar, pomyślała, a przez jej ciało przeszedł lodowaty dreszcz strachu. Potrząsnęła głową, starając się wybić sobie ze łba wszystkie te durnowate myśli.
Brunetka usiadła na fotelu koło kominka, podciągając kolana do piersi i zapatrzyła się w tańczące płomienie. Kątem oka zaobserwowała, jak Mikael podszedł do biurka Mephisto i coś mu cicho wyjaśniał. Monotonny trzask ognia sprawił, iż po chwili Dea zaczęła przysypiać na fotelu, otulona ciepłem i miękkością tkaniny.

Koń rży i staje dęba, zauważając pełznącego po ścieżce węża. Puszcza się biegiem w sam środek lasu i choć staram się go zatrzymać,  klacz nie słucha mnie i po chwili otaczają nas olbrzymie, stare drzewa wyciągające w naszą stronę gałęzie niczym długie ramiona zwieńczone pazurami. Nie powinnam tu wjeżdżać. Ten las należy do tutejszego króla. Jeśli ojciec się o tym dowie... Nawet nie chcę się domyślać, co zrobi, ale to na pewno będzie bolało i pozostawi na moim ciele liczne rany. Ale nie mogę myśleć o tym w tej chwili. Muszę spróbować uspokoić klacz i wyprowadzić ją z lasu. Kładę dłoń na jej spoconej od biegu, gniadej szyi, a jej czarna grzywa bije mnie po gołych ramionach. Zniżam twarz do jej ucha i szepczę uspokajające słowa w nadziei, że koń posłucha mnie i zatrzyma się. Nagle klacz podskakuje nad wystającym z ziemi konarem, a ja nie daję rady utrzymać się dłużej na jej grzbiecie. Spadam plecami w dół i ląduję głową na konarze. Przed moimi oczami pojawiają się ciemne plamy i niewyraźnie widzę, jak klacz biegnie dalej w głąb lasu. Nie mogę się podnieść z ziemi ani zagwizdać, by klacz się zatrzymała. Powoli świat coraz bardziej ciemnieje i ciemnieje, a ja tracę przytomność...
Czuję dotyk czyjejś dłoni na ramieniu i krople zimnej wody spływające po mej twarzy. Nad moim ciałem odzywają się różnorodne głosy, więc lekko otwieram oczy i dostrzegam czyjąś twarz pochyloną nad moją. Młody mężczyzna o ciemnobrązowych oczach i jasnych włosach związanych na karku w węzeł spogląda na mnie z niepokojem, a kiedy mrugam powiekami, na jego twarzy gości delikatny uśmiech pełen ulgi.
- Witamy wśród żywych – mówi i pomaga mi podnieść się na nogi. Spogląda na mnie i rumieni się nieznacznie. Podążam za jego wzrokiem na swoją białą suknię, która niestety nie jest już biała tylko brązowo-zielono-czerwona i cała w strzępkach. Pośpiesznie zakrywam ramieniem rąbek mojego biustu, który ukazał się przez dziurę w materiale. Nieznajomy chrząka i ściąga swoją koszulę, po czym podaje mi ją, spoglądając w oczy. Niesforny kosmyk jego jasnych włosów wysuwa się z supła i opada na zarośniętą delikatną szczeciną brodę. Uśmiecham się delikatnie na ten widok, ponieważ ta niesforność dodaje mu uroku i niewinności.
- Febusie! – woła ktoś, a blondwłosy mężczyzna momentalnie krzywi się i odwraca głowę w stronę nadjeżdżającego mężczyzny. Również spoglądam w jego stronę i momentalnie rozpoznaję osobę siedzącą na koniu ze srogą miną. Padam na kolana i w myślach modlę się do wszystkich bogów, by uratowali mnie przed gniewem króla. Czuję na swoich plecach przeszywające spojrzenie mężczyzny, od którego zaczynam się trząść z przerażenia.
- Co się tutaj stało, Febusie? – król ponownie zwraca się do młodego mężczyzny.
- Złapaliśmy klacz bez jeźdźca na skraju lasu. Myśleliśmy, że koń należał do jakiegoś rabusia pałętającego się po Pańskim lesie, Jaśniepanie… ale najwidoczniej owym jeźdźcem jest ta oto młoda białogłowa.
- Wystarczy! – syczy Król i podnosi rękę, przerywając jego wyjaśnienia. Zapada chwila ciszy w trakcie której ponownie czuję na swoich plecach jego wzrok. – Wstań, dziewko.
Nieznacznie podnoszę głowę i spoglądam nie wyżej jak na kolana władcy. Mężczyzna niecierpliwie macha dłonią, więc szybko wstaję z kolan, ciągle modląc się o łaskę.
- Czy bogowie pozbawili cię głosu, dziewojo? – pyta retorycznie, po czym dodaje: – Mówże szybko, co robisz na mych włościach!
Wzdrygam się na ostry ton jego głosu i przełykam gulę strachu.
- Nie, Panie… Moja klacz przestraszyła się na ścieżce węża i wbiegła do lasu, a ja spadłam z jej grzbietu i uderzyłam głową w konar.
- Mówisz prawdę, dziewko? – pyta mnie władca ostro, po czym chrząka i łagodzi trochę ton swojego głosu. – Nie musisz się nas lękać. Nie zrobimy ci krzywdy. Zaraz poproszę moją służbę, by przyniosła ci jakąś szatę. Jak cię zwą, dziecko?
- Alethea, Jaśniepanie – mówię niewyraźnie, po czym powtarzam trochę głośniej. – Jestem Alethea, córka Eladory i Teopista z Lakonii.
- Ah! Córka mego starego przyjaciela! – krzyczy radośnie i składa dłonie razem. Jego srogie oblicze, pokryte długą, poskręcaną brodą  łagodnieje, gdy na twarzy pojawia się uśmiech. Przygląda mi się z większym zainteresowaniem, wręcz z obrzydliwą pożądliwością, a ja powstrzymuję się, by nie wzdrygnąć się z obrzydzenia. – Febusie! Ta białogłowa zostanie dzisiaj naszym gościem na wieczerzy. Upewnij się, że dostanie najlepszą suknię i otrzyma odpowiednią gościnę.
- Tak, Panie – odpowiada młodszy mężczyzna – Febus - i pochyla głowę, kiedy władca odwraca się od niego i odjeżdża w stronę swego pałacu. Febus podnosi spojrzenie na mnie i uśmiecha się szelmowsko.
- Czy uczyni mi Pani ten zaszczyt i zechce mi towarzyszyć w drodze do zamku?
Kiwam lekko głową, nadal zbyt przerażona, by odezwać się choćby słowem. Gula strachu po spotkaniu z władcą nadal tkwi w mym gardle. Febus macha dłonią i pachołek przyprowadza pięknego czarnego ogiera. Koń parska głośno, a z jego nozdrzy ulatują obłoczki pary, krystalizując się w chłodnym, wieczornym powietrzu.
- Uwaga, Matthias nie lubi ob… – mówi Febus, robiąc krzesełko z dłoni, by pomóc mi wsiąść, jednak nie kończy, ponieważ mijam go i podchodzę do Matthiasa. Kładę dłoń na jego łbie i przejeżdżam palcami po szorstkiej sierści. Koń cicho rży pod moim dotykiem. Zabieram rękę z jego łba i bez pomocy Febusa wsiadam na koński grzbiet.
- Ciekawe… – mruczy mężczyzna, po czym również wsiada na konia i kieruje się w stronę zamku. Czuję za swoimi plecami ciepło bijące z jego nagiej piersi. Pierwszy raz jestem tak blisko jakiegoś innego mężczyzny. Powoli w moim brzuchu rodzi się dziwne, nagłe uczucie, jakby coś rozgrzewało mnie od środka…

- Zdecydowałem – przedarł się do świadomości dziewczyny głos Shina, przerywając jej sen w połowie.
Momentalnie otworzyła oczy i podniosła się z fotela, chwiejąc się lekko ze zmęczenia. Podparła się ręką o mebel, ściągając na siebie zaniepokojone spojrzenie Mikeala. Zmarszczył brwi, a jego wzrok zdawał się pytać: „Co się dzieje?”. Machnęła dłonią, bagatelizując swoje wcześniejsze zachwianie i odwracając głowę od dezaprobaty i niepokoju malujących się na twarzy archanioła.
Kiedyś uwielbiała spać, jednak teraz za każdym razem, jak zamykała oczy, nowo odkryty talent fundował jej kolejną Podróż Astralną w czyjś umysł. Najgorsze z nich sprowadzały się do okrutnych zbrodni albo do niewiedzy, w czyj umysł wniknęła, tak jak w tym wypadku. W jej myślach brzęczało imię Alethea, jednak nic jej to nie mówiło, a nie mogła podejść i zapytać się kogoś o to, bez zdradzenia swoich zdolności. Najwyżej później, jak już będzie bardziej wypoczęta, pomyśli nad historią Alethei i do kogo może ona należeć. Ziewnęła i skoncentrowała się na obecnych problemach.
Chłopak stał na środku pokoju, a z jego postawy biła determinacja.
- Przeprowadźmy rytuał Absolucji – rzucił, po czym po chwili zastanowienia dodał: – Proszę…
- Jesteś świadom ryzyka, na które narażasz swoich przyjaciół? – spytał Mephisto zza biurka. – Jeśli zaczniemy, nie będzie już odwrotu.
- Zdaję sobie z tego sprawę – odparł pokornie blondyn, spoglądając po każdym z kolei błagalnym wzrokiem. – Ale musimy spróbować!
- Stary, też kochałem Asunę… – mruknął Ash z kanapy, bawiąc się pustą szklaneczką. – Jednak zastanów się, czy ona chciałaby, byśmy narażali się tak dla niej.
- Przestań pieprzyć! – warknął Shin, podchodząc do przyjaciela i chwytając  go za przód koszulki. Szklanka wypadła z dłoni demona i spadła na podłogę z hukiem, jednak na szczęście pozostała w jednym kawałku. – Asuna zrobiłaby dla nas to samo! Doskonale o tym wiesz!
Ash szybkim ruchem wstał z kanapy i złapał blondyna za ramiona, próbując odepchnąć go od siebie, jednak Shin nie zamierzał odpuścić. Wyrwał się demonowi i zamachnął, a jego pięść uderzyła w prawy policzek bruneta.
- Wystarczy tego! – rzuciła nagle Viana, spoglądając na nich srogo. Strzeliła palcami i chłopaki momentalnie odsunęli się od siebie, jakby za sprawą niewidzialnych sznureczków. – Sacrebleu! Gorzej niż z des enfants… Yhym. Monsieur Chat, myślę, że powinniśmy uszanować tę prośbę i wykonać le rituel.
- Skoro tak uważasz – odparł posłusznie Mephisto i zeskoczył z fotela.
Podreptał do stojącej w rogu komody i z jednej z szafek wyciągnął cztery świece, dwie białe i dwie czarne oraz kawałek białej kredy. Przeszedł na środek pokoju i zaczął rysować.
- Co to jest? – spytała dziewczyna, obserwując powstające na podłodze misterne rysunki.
- Runy – mruknął pod nosem kocur, nie przerywając pracy. – Te prawdziwe, a nie te, które pokazują głupim dzieciakom w telewizji.
Otrzepał łapki i wstał z podłogi uważając, by ogonem nie zetrzeć kredy. Na ziemi znajdował się rysunek czteroramiennej gwiazdy, na którego końcach znalazły się dziwne symbole - runy. W każdym z ramion ustawił jedną świecę: białe na północy oraz wschodzie; czarne na południu i zachodzie. Środek natomiast pozostawił pusty.
- Gotowe. Idź po dziewczynę – polecił Shinowi, a chłopak momentalnie wyszedł z pokoju, gniewnie trzaskając drzwiami. Mephisto prychnął pod nosem na złość swego syna, jednak nie skomentował tego w żaden sposób. – Ash, Viano, Rafaelu, Mikaelu - jesteście gotowi?
Wywołane osoby kiwnęły zgodnie łebkami, po czym przeszli na środek pokoju i ustawili się na ramionach gwiazdy. Mikael zajął miejsce na północy, Rafael na wschodzie, Viana na południu, a Ash na zachodzie. Kocur pstryknął paluszkami, a świece zapaliły się błękitnym płomieniem.
- Deo, nie powinnaś tutaj zostać – zwrócił się Mephisto do dziewczyny. Jego złociste oczy błyskały wewnętrznym ogniem, a czarny ogon wybijał w powietrzu płynny, jednostajny rytm. – Jeśli nam się nie powiedzie, wszyscy w pokoju zostaną wciągnięci przez Próżnię.
- Wiem to – odparła dziewczyna, oddychając głęboko i spoglądając  na swoich przyjaciół. Na twarzy każdego z nich czaiły się lęk i obawa, a jednocześnie siła i determinacja. Jak miałabym ich teraz porzucić i uciec? – Ale i tak zostaję.
Demon westchnął przeciągle, ale nie nalegał więcej, by opuściła pokój. O dziwo, uszanował jej decyzję bez zbędnych ceregieli.
Po chwili do pokoju wszedł Shin z nieprzytomną dziewczyną na ramionach. Przekroczył linie gwiazdy i ułożył Asunę na środku, po czym przeszedł na drugi kraniec pokoju, stając na wprost Dei.
- „Północy światło, południa cień.
Zachodu noc i wschodu dzień.”
Zaintonował Mephistopheles, a reszta osób ustawiona na ramionach gwiazdy powtórzyła to jak mantrę. Linie zrobione z kredy zaczęły świecić delikatnym, bladoniebieskim światłem, tworząc coś w rodzaju żywej, pulsującej bariery.
- „Cierpieniem wiecznym ciało okryte.
Tułaczka przez drogi nieprzebyte.
Naznaczona przez męki linie.
Niechaj z niej teraz wszystko spłynie!
Północy światło, południa cień.
Zachodu noc i wschodu dzień.”
W miarę powtarzania ostatnich dwóch wersów świetlista bariera nabierała mocy, pulsując coraz mocniej i mocniej, aż po chwili z ust leżącej na podłodze demonicy wyrwał się przeciągły krzyk bólu, który zawibrował w powietrzu, roztrzaskując pozostawioną na podłodze szklankę oraz butelkę z alkoholem. Dea zatkała uszy dłońmi, by jak najbardziej zminimalizować rozbrzmiewający dźwięk, jednak jego siła i tak niemal zwaliła ją z nóg. Czuła się, jakby ktoś jej przez uszy wbijał rozżarzone igły docierające aż do mózgu, po czym kręcił nimi i szturchał niezliczoną ilość razy. Ból był tak silny, iż po pewnym czasie upadła na kolana i zaczęła powoli tracić ostrość widzenia. Krzyk umierającej dziewczyny nie wibrował już tylko w pomieszczeniu, lecz teraz przedostał się także do jej umysłu i od środka sprawiał jej niewyobrażalny ból. Intonacja ustawionych na środku pokoju osób wzmogła się i jednocześnie przerodziła w jednostajny szum, zupełnie niezrozumiały dla uszu brunetki, aż w pewnym momencie wszystko ucichło.
Czuła się, jakby nagle ogłuchła. Podniosła głowę by zobaczyć, czy ktoś jeszcze tak ma i nagle ujrzała przed sobą świetlistą postać, zawisłą metr nad ziemią. Kobieta uformowana była z tej samej energii, co bariera – pulsująca, zimna, jasnoniebieska esencja pokrywała i przepływała przez całe jej ciało. Zjawa spojrzała na Deę i posłała jej delikatny uśmiech, po czym okręciła się w drugą stronę i podpłynęła do nieruchomego z szoku Shina. Pochyliła się nad jego twarzą i wyszeptała mu coś do ucha, na co chłopak uniósł delikatnie twarz ku górze i zamknął oczy.
- Przyrzekam… – wyszeptał przez ściśnięte gardło, a jego szept zabrzmiał niczym krzyk w pogrążonym w ciszy umyśle  brunetki.
Istnienie Asuny zniżyło głowę i pocałowało Shina w policzek, po czym odsunęło się od niego i powróciło na środek. Dea dostrzegła, jak po policzku Shina spływa jedna, pojedyncza łza pożegnania. Nagle cały pokój zalało jasne światło, a kiedy blask zgasł w pokoju nie było już ani Istnienia Asuny, ani jej Powłoki. Bariera opadła, a ustawieni na gwieździe ludzie powoli odetchnęli z ulgi, po czym podeszli do kanap i tam opadli całkowicie wykończeni.
***
Nie mógł wytrzymać dłużej. Jego ręce, nogi, całe ciało drżało od natłoku tych wszystkich uczuć, które w tej chwili napierały na niego, szukając drogi na zewnątrz. Nigdy nie sądził, że człowiek może tyle czuć w jednym momencie. Chłodna ściana za plecami stanowiła jego jedyny kontakt z otaczającą rzeczywistością. Czuł, iż zaraz wybuchnie.
Gwałtownym ruchem odsunął się od ściany i chwiejnym krokiem przeszedł do drzwi. Musiał pobyć sam. Potrzebował samotności, by móc przestać się kontrolować.
Chciał płakać…
Płakać jak dziecko, które straciło najbliższych i zagubiło się w odmętach tego świata. Płakać jak niewinna owieczka, prowadzona na rzeź. Płakać jak mąż trzymający żonę za rękę w jej ostatnich chwilach, po 50 latach spędzonych razem. Płakać jak człowiek, który stracił wszystko, co wiązało go z tym światem. Płakać jak mężczyzna oglądający śmierć swej ukochanej…
Zamknął za sobą drzwi do gabinetu Mephistophelesa i skierował się do nieużywanego już składziku za szkołą, z którego uczynił swój prywatny garaż. Jak tylko wyszedł na zewnątrz, poczuł chłodny deszcz spływający na niego strumieniami. W sumie, dawno już tam nie byłem, pomyślał, powoli krocząc ścieżką tonącą w deszczu, prawdopodobnie od kiedy w pierwszej klasie przejął rolę Top Gangstera, wpieprzając jakiemuś czwartoklasiście ot tak sobie, dla zabawy. Wtedy też założył swój „gang” czy jak to tam nazwać, na którego wszyscy członkowie w liczbie siedmiu rosłego chłopa wołali „Harem”. Nie przeszkadzało mu to w pierwszej klasie, ale po wakacjach, w trakcie których umarli Shun i Asuna skończył z zabawą w bad boya, a jego gang rozpadł się, pozostając jedynie mglistym wspomnieniem. Chłopaki pokończyli szkołę, lub wylecieli z niej za wpienianie szacownego pana dyrektora. A on? On pozostał sam jeden na polu walki ze swoim starym zastępcą i najlepszym przyjacielem – Ashodeiem, którego miał ochotę dzisiaj zabić. I pewnie zrobiłby to, gdyby nie ten drobny szczegół, że chłopak był demonem i nie mógł ot tak sobie umrzeć. Najwyżej wkurwiłby go i musiałby znosić późniejsze fochy przyjaciela.
Stary składzik na miotły i inne sprzęty zamajaczył przed nim, podupadły i zardzewiały. Deszcz cicho bębnił o metalowe ściany i dach budynku. Jedyną nową rzeczą, którą rdza nie zdążyła jeszcze zeżreć była stalowa kłódka zawieszona na drzwiach. Asuna kiedyś mu powiedziała, że najlepszym zabezpieczeniem jest brak zabezpieczeń (choć nadal nie był pewien, czy rzeczywiście chodziło jej tylko o zamykanie drzwi, czy o coś innego), toteż kłódka stanowiła jedynie groźnie wyglądającą ozdobę. Nie stanowiła żadnego zabezpieczenia przed złodziejami; sława chłopaka zrobiła to za nią…
Odpiął kłódkę, odsunął ciężkie, blaszane drzwi i wszedł do środka. Wewnątrz budki panowała ciemność, rozjaśniona jedynie wlewającym się od drzwi światłem księżyca. Ściągnął prześcieradło ze swojego skarbu i przejechał dłonią po żółtym lakierze, delikatnie głaszcząc wszystkie wypukłości oraz zarysowując kontur nazwy „Triumf”. Przesadził nogę przez ramę i opadł na siedzenie, a znajomy materiał dopasował się do jego ciała, przynosząc niewielką, ale jednak, otuchę. Przekręcił kluczyk w stacyjce, a motocykl momentalnie ożył, witając go cichym pomrukiem zadowolenia. Powoli wytoczył maszynę na zewnątrz, zaciągając się chłodnym, lutowym powietrzem i obserwując świetliste błyski na złotej powierzchni lakieru. Adrenalina zaczęła krążyć mu w żyłach i wypełniać umysł, kiedy dodał gazu, a maszyna skoczyła jak lampart do przodu, pozostawiając za sobą Akademię i wszystkie zmartwienia. Mokre od deszczu otoczenie rozmazywało się przed nimi, w miarę jak motocykl pędził coraz szybciej i szybciej.
Teraz byli tylko oni: Shin i Złota Bestia…
***
        Po pałacu rozległo się stukanie pantofelków o zimny, czarny marmur w miarę, jak kobieta stawiała każdy kolejny krok, schodząc do sali tronowej. Jej krokom towarzyszyło jedynie roznoszące się echo i trzask płonących w uchwytach pochodni. Ogień tańczył na ścianach i szeptał jej o ostatnich dekadach, które przeminęły. Opowiadał historie i zachęcał, by przystanęła i ich wysłuchała, jak za dawnych czasów, jednak tym razem nie mogła pozwolić sobie na kolejną chwilę zwłoki.
       Zeszła na sam dół i stanęła przed olbrzymimi, mosiężnymi drzwiami. Wyciągnęła dłoń i delikatnie dotknęła lodowatej powierzchni klamki, a drzwi momentalnie same się otworzyły, zapraszając ją cichym sykiem do środka. Komnata Władcy była dokładnie taka, jaką ją zapamiętała 300 lat temu. Wysokie, katedralne sklepienie ginęło w mroku, ale z góry zwieszał się olbrzymi, diamentowy żyrandol z migotającymi ciepłym blaskiem świecami. Zawieszony kandelabr oraz płonące drzewce w kominku stanowiły jedyne źródło światła w pomieszczeniu. Cała reszta spowita była w cieniu. Przeniosła wzrok na środek komnaty, na olbrzymi tron zrobiony z kości słoniowej oraz wysadzany czarnymi obsydianami. Misteria tego tronu zawsze wprawiała ją w zdumienie, szczególnie wtedy, kiedy siedział na nim jej Władca, ale teraz…
Teraz tron stał pusty…
Postąpiła kilka kroków do przodu, a drzwi zamknęły się za nią. Okręciła się na środku pomieszczenia, jednak nie zauważyła nikogo więcej, a jej suknia zaszurała po podłodze.
- Jak zwykle piękna i pełna wdzięku – usłyszała cichy, głęboki głos za jej plecami. Ciepły oddech owiał jej szyję sprawiając, że zaczęła drżeć.
- Jak zwykle szarmancki i tajemniczy – odpowiedziała, wstrzymując oddech.
Poczuła, jak odsuwa się od niej, pozostawiając panujący w komnacie chłód. Powoli obejrzała się za siebie i wreszcie dostrzegła go. Siedział na tronie, opierając głowę na dłoni i spoglądając na nią krwistymi oczami. Czarne włosy opadły mu na czoło, dodając mężczyźnie aury niewinności i delikatności.
- Wasza Wysokość – powiedziała, skłaniając się nisko przed nim. – To zaszczyt móc się ponownie z tobą spotkać.
Podniosła głowę, jednak jego już nie było. Tron ponownie stał pusty.
- Moja droga Leviathanie! – szepnął, pojawiając się przed nią i chwytając demonicę za dłonie. Czerwone oczy błyszczały wewnętrznym, nigdy niegasnącym ogniem, który, jeśliby on tego zechciał, mógł spopielić ją w ułamku sekundy. – Nareszcie obudziłaś się ze swego snu!
- Ty, Wasza Wysokość jakoś nie starałeś się skrócić mego czasu spoczynku – odparła, spoglądając na niego z wyrzutem.
- Doskonale wiesz, że nic nie mogłem na to poradzić – odparł równie spokojny, co wcześniej. – Ubolewam nad tym, że nie mogłaś być przy moim boku przez trzy wieki, ale teraz przejdźmy do konkretów…
Leviathan odsunęła się od Władcy i przeszła się po komnacie, kręcąc piruety pod zwisającym żyrandolem. Przypomniały jej się te wszystkie bale w Paryżu, tańce, menuety, walce, wykwintne stroje i wytrawne potrawy.
- Co sądzisz o niej?
- Masz na myśli swą córkę, Panie? Deę? – upewniła się, posyłając mu złośliwy uśmieszek znad zmaterializowanego wachlarza. – A czy nie lepiej byłoby pierwej zatańczyć? Ostatecznie przeleżałam 300 lat pod ziemią, więc moje ciało domaga się ruchu…
- Obiecuję ci taniec, jak tylko powiesz mi, co sądzisz o mej córce – przyrzekł mężczyzna, delikatnie przechwytując jej dłoń i ustawiając się do walca. – Nie wyszedłem z wprawy przez cały ten czas.
- Zdaję sobie z tego sprawę – zachichotała, ponownie uciekając mu. – Ale sam Panie doskonale wiesz, że nie można wierzyć demonom na słowo.
Mężczyzna uśmiechnął się szarmancko i odgarnął czarne kosmyki z oczu.
- Ma très chère Leviathan…
- Oui? Mon seigneur… – odparła, ulegając jego urokowi. Niczym zahipnotyzowana patrzyła, jak w jego krwistych oczach wybucha gwiazda, tworząc supernową, która wciąga ją w swoją mroczną, zimną otchłań. – Twa córka jest doprawdy silna i odpowiednia do wykonania tego planu, jednak z całych sił stara się nie podążać za swym przeznaczeniem. Może to spowodować liczne konflikty i problemy.
Hipnoza Władcy skończyła się, a demonica drgnęła.
- Więc tak wygląda sytuacja… – mruknął sam do siebie, odwracając się plecami do Viany i zamierzając odejść.
- Jednak mam coś ciekawszego dla ciebie, Panie! – zawołała za nim, sprawiając, że mężczyzna ponownie zwrócił na nią całą swoją uwagę. – Jeden z towarzyszy twej córki jest Dziecięciem Płomienia, Luciferze… 

11 komentarzy:

  1. Zapraszam na http://apprentice-rangers.blogspot.com/ może ci się spodoba.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Super!!!Cieszę się,że jest tak szybko i do tego tak ciekawy!!!
    Życzę dużo weny i czekam na nexta<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie za miłe słowa.
      Mam nadzieję, że wyrobię się z 18 tak jak obiecałam, ale jeszcze nie zaczęłam go pisać, więc kto wie?
      Pozdrawiam,
      CreativeViolet

      Usuń
  3. Creative, ja ci obiecuję zaraz po powrocie z angielskiego jakiś porządny komentarz! Strasznie zapuściłam to komentowanie u ciebie, ale wiedz, że wszystko przeczytałam. Nie miałam po prostu czasu, żeby coś napisać - szkoła, nauka i wszelkiego rodzaju zajęcia pozalekcyjne... ale głupie wytłumaczenie. :/
    Jeśli dzisiaj nic nie napiszę, to pozwalam na zamordowanie mnie. XD
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, spoko, spoko. Rozumiem jak to jest. Sama też mam nawał nauki i pracy i w ogóle innych dupereli. Rozdział 18 ma się pojawić do niedzieli, a ja nawet nie mam napisanego jednego zdania. Biologia, chemia, matma, i wszelkie języki wykańczają mój grafik, a kiedy przychodzę do domu to o 18 siadam do lekcji i kończę je o 23, więc naprawdę czasu nie mam prawie wcale. Postaram się, żeby 18 pojawiła się do niedzieli, ale wątpię, czy tak się stanie. Za to mam dobrą wiadomość... Zaczęłam pisać 4 rozdział Alicji jakoś dzisiaj w autobusie i myślę, że jak skończę pisać Burzę, to go dokończę, żeby pojawił się do końca miesiąca.
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Ten fragment tak bardzo kojarzy mi się z moim ulubionych serialem, Reign. <3 Oglądasz? ^^ Polecam.
    No, w każdym razie, jestem, jestem! Powracam z podwojoną siłą i chyba znowu się zadomowię. :)
    Twoje opowiadanie jest drugim, który sprawia mi taaaaaką frajdę! Po prostu ciągle cieszy mi się mordka, kiedy to czytam (nawet w tych smutnych chwilach). Ciągle coś dodajesz niesamowitego, że aż jestem pod wrażeniem Twoich pomysłów. Tak Ci tego zazdroszczę, hehe. Wymienisz się Twoją kreatywnością za ogarnianie matmy? :DDD
    Mam nadzieję, że ten ignorancki Shin wreszcie wpoi sobie do łba, że to Dea jest najważniejsza, a nie jakaś Asuna (dobrze napisałam jej imię?). Do Asuny nic nie mam, ale po prostu kibicuję Shinowi i Dei.
    Lucyfer... haha, jego nigdy nie zabraknie w takich opkach. Zwykle to najciekawsza postać w 'powieściach', o których się fajnie czyta, bo zawsze wpadają na jakieś świetne pomysły. :D
    Dzięki za to, że przeniosłaś to na blogspot, jest mi teraz o wiele łatwiej wejść i skomentować. ^^ Kiedyś byłam na nie, teraz jestem na ogromne tak. :)
    Podziwiam Cię za to (ee, wybacz za to, że taki chaotyczny komentarz), że masz jeszcze chęci do pisania tego wszystkiego. Świetnie, że jesteś wytrwała. Do tego piszesz jeszcze Are U Alice! (za tydzień przeczytam zaległe rozdziały :)). Jesteś taka wspaniała, że aż mnie motywujesz do pisania własnego epka. ^^
    Czekam z niecierpliwością na następny rozdział! :) Mam nadzieję, że da mi tyle frajdy, co wszystkie inne posty. Na pewno nie żałuję, że zaglądnęłam na Twoją stronę! :)
    Pozdrówki, życzę weny!
    Twoja stała czytelniczka od zawsze! :DDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję ci Summon <3
      Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że nie zawodzę oczekiwań moich czytelników. Tak wspaniałe komentarze jak twój (i oczywiście te krytykujące również) sprawiają, że coraz bardziej kocham pisać te moje brednie i mam więcej siły na to. Naprawdę nie wiesz, ile czytanie twoich komentarzy sprawia mi radości. :)
      Co do podzielenia się kreatywnością jestem bardzo chętna, więc jak coś mój numer gg (50595566) znasz, więc możesz pisać kiedy tylko chcesz - rano, wieczór, we dnie, w nocy! Zazwyczaj jestem na niewidocznym, ale nie bój żaby, nie gryzam - więc pisz, kiedy tylko najdzie cię ochota :D
      Hm... sama historia toczyć się będzie dalej i mam nadzieję, że całkiem dynamicznie. Postaram się, żeby w przyszłym rozdziale również nie było nudno, choć zdecydowanie będzie on spokojniejszy niż powyższy. Asuna sama w sobie nie pojawi się już w Trylogii w ogóle, za to w przyszłych częściach pojawią się zupełnie nowe postacie, które mam nadzieję, że będą równie ciekawe jak wcześniejsze :) Mam ogółem napisany już grafik dla Lucifera, a jego główna rola przypada na Płomień i Rebelię. I tam rzeczywiście ma on plan, który pragnie wykonać, choć coś może stanąć mu na przeszkodzie... Ale ja nic nie mówię, nie spoileruję! :P
      Mogę za to zdradzić, że relacje Shina z Deą będą bardzo burzliwe i nawet jeśli w pewnym momencie wszystko będzie zmierzało tak, jak myślicie - ku szczęśliwemu zakończeniu, coś nagle może się posypać i sprawić, że zaczniecie na mnie przeklinać, za tak wielkie utrudnianie im życia.... ;D
      Co do samego serialu - Reign, zgadza się? - nigdy go nie oglądałam, a nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. Ogółem obecnie nie mam czasu na oglądanie jakichkolwiek seriali (a prawie udało mi się skończyć przez ostatni rok House M.D. - zatrzymałam się w połowie ostatniego sezonu :'( ) ani na czytanie mang, książek i opowiadań internetowych, bo cały mój grafik zajmują biologia, chemia, matma i języki. Niestety, okrutne jest życie biol-chema...
      Z olbrzymią niecierpliwością i ciekawością oczekuję na twój nowy rozdział, ponieważ również twoje opowiadanie bardzo mnie zaintrygowało.

      Pozdrawiam i ściskam bardzo cieplutko
      CreativeViolet

      P.S. Naprawdę, jeśli masz ochotę napisz do mnie na Gadu-Gadu, bo doprawdy uwielbiam rozmawiać i wymieniać się poglądami z innymi ludźmi. :D

      Usuń
    2. Brednie? To nie są brednie, to jest jedno opowiadanie z tysięcy, które ma tak rozbudowaną fabułę i wytrwałą autorkę, za co ogromne podziwy razy kilkaset.
      No cóż, nigdy nie będzie kolorowo. Gdybyś chciała poprowadzić związek Shina i Dei najlepszą drogą, to nic by z tego nie wyszło, a jeżeli już, to kupa mułu. Zawsze są jakieś zawroty akcji, nie? :D Ale przeklinanie jest nieuniknione, na pewno zdarzy mi się marudzić. :DD
      Spoileruj, spoileruj! Uwielbiam, jak ktoś spojleruje. (hehe, lepiej ze mną nie oglądać filmów xd). Zdradzisz coś? :)
      To jak znajdziesz czas, to oglądnij (oczywiście, jeżeli będziesz chciała, do niczego nie zmuszam).
      Bardzo chętnie bym napisała, chciałabym się dowiedzieć o kilku rzeczach (nawet o Tobie, bo niekoniecznie interesuje mnie tylko opowiadanie, pisanie z autorami jest świetne ^^), ale mam tak, że przez dwa tygodnie w miesiącu wchodzą mi tylko takie rzeczy, jak: gmail, blogspot, ask i... to chyba tyle. XD Także gg się nie załaduje. Za tydzień-dwa napiszę. ^^

      Usuń
    3. Będę wyczekiwać z niecierpliwością :) A co do spamów, to pojawi się ich pełno!!! Tylko jeszcze muszę się zastanowić które dać, a które nie... :D
      Pozdrawiam, CreativeViolet

      Usuń
  5. Uwielbiam Twojego bloga, i chociaż dopiero wczoraj weszłam na tą stronkę po raz pierwszy, przeczytałam wszystkie rozdziały :-) Fajne cytaty, tło i muzyczka, doskonale wpasowane w klimat opowieści. Niektóre fragmenty mnie rozwalają, tak samo jak Shin Kuroshi w zakładce Postacie xD Nie wiem czemu, ale nie lubię gościa. Wolałabym, żeby Dea była z Gabrysiem, chociaż na pewno tak się nie stanie... Dziwię się, że jeszcze nie zabiła Shina. Życzę powodzenia w zrealizowaniu Twojego marzenia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć,
      Dziękuję ci bardzo za miłe słowa i za czas poświęcony przeczytaniu mojej Burzy. Tak trochę zdziwiłam się, że ktoś wolałby Gabriela zamiast Shina, no ale po moich wakacyjnych przeżyciach chyba również wolałabym takiego fajnego, spokojnego, słodkiego aniołka zamiast złego bad boya... Którego wybierze Dea? Tego nie mogę ci powiedzieć, ale uwierz mi, że Gabriel nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i nie poddał się w walce o jej serce :D Mam nadzieję, że dalej będziesz wpadać i komentować, a ja ze swojej strony mam nadzieję, że nie zawiodę Twoich oczekiwań.
      Pozdrawiam i do następnego,
      CreativeViolet

      Usuń