niedziela, 4 maja 2014

13. Dzień, w którym nic się nie wydarzyło

„Ktoś, kto powiedział, że czas goi wszystkie rany, jest kłamcą.”
~ Janusz Leon Wiśniewski

Jasne promienie słońca zapowiadające przyjście wiosny wpadły do pokoju przez niezasunięte grafitowe zasłony. Przebyły długą drogę od okna aż do łóżka tylko po to, aby ogrzać swoimi złocistymi paluszkami twarz śpiącej dziewczyny. Rozłożyły się na jej policzkach, a niektóre zamigotały w ciemnych włosach, przypominając sobie barwę lecących w słońcu kruków. Była to ich ulubiona zabawa – budzić pogrążone w sennej krainie duszyczki przez ich delikatny, ciepły dotyk. Zgodnie twierdziły, że to o wiele lepsza pobudka od budzika czy krzyku wkurzonego rodzica, małżonka, rodzeństwa czy współlokatora. Nikt nie potrafił budzić śpiących tak jak one, głaszcząc i szepcząc zaczarowane słowa, które sprawiały, że na twarzach ludzi wykwitał delikatny uśmiech…
Dziewczyna rozciągnęła swe wargi w uśmieszku i otworzyła zaspane oczy, a słońce zamigotało w jej czerwonych tęczówkach. Jeszcze nigdy nie czuła się tak wypoczęta! Zupełnie jak nowo narodzona! To będzie wspaniały dzień, pomyślała pełna pozytywnej energii. Spojrzała na budzik i z zaskoczeniem stwierdziła, że przynajmniej dzisiaj nie spóźni się. Przeciągnęła się i podniosła z łóżka. Spojrzała na drugą stronę pokoju, spodziewając się zobaczyć wciąż śpiącą blondynkę, przyciskającą do piersi swojego misia od Asha, ale jej łóżko stało puste. No cóż, pewnie wstała wcześniej… Dea nie zmartwiła się tym zbytnio, zamiast tego naszykowała sobie ubranie i poszła wziąć kąpiel. Wróciła jakiś czas później, chwyciła torbę z książkami i wybiegła z pokoju. Cała w skowronkach zeszła na śniadanie, ale tam o dziwo, także nikogo nie było. Pewnie są w gabinecie Mephisia na jakiejś naradzie, pomyślała niezrażona i usiadła na krześle przy stoliku. Po chwili pojawił się młody mężczyzna ubrany w białą bluzkę i ciemną kamizelkę pasującą do spodni. Postawił przed dziewczyną talerz ciepłych bułeczek z marmoladą i herbatę, po czym niezwłocznie oddalił się z powrotem do kuchni, a dziewczyna zaczęła zajadać się tymi pysznościami.
Po skończonym posiłku poszła do klasy na poranne zajęcia. Choć do rozpoczęcia lekcji nadal pozostało sporo czasu, postanowiła go spożytkować na naukę… Ta, jasne… A niebo jest zielone, a trawa fioletowa. Choć otworzyła książkę na odpowiednim temacie, nie potrafiła skupić się na czytanych słowach. Nie miały żadnego sensu. Sinus, cosinus, tangens i cotangens. Kto wymyślił takie durne nazwy dla tego badziewia?! Przecież to idzie sobie język połamać na próbach wymówienia tych słówek, a o wartościach trygonometrycznych do zapamiętania nawet nie wspominając! I tak całe skupienie poszło strzelić sobie kulkę w łeb… Dea cały czas gapiła się przez okno, obserwując spacerujących uczniów, aż w pewnym momencie usiadła przed nią niska szatynka ostrzyżona na chłopaka, jednak pomimo takiego wyglądu nadal wydawała się być niezwykle dziewczęca.
- Cześć – przywitała się wesoło, odwracając uwagę Dei od ludzików za oknem.
- Hej – odparła niepewnie czarnowłosa. Pierwszy raz widziała to dziewczę na oczy, a ona podeszła do niej od tak, jakby się znały od wieków.
- Myślisz, że uda się nam wyskoczyć w tym tygodniu na jakieś małe zakupy?
- Zakupy? Nie wiem, ja nie lubię szlajać się po sklepach.
- Oj, nie kłam! – odpowiedziała dziewczyna z uśmiechem i żartobliwie pogroziła Dei palcem. – Ty uwielbiasz chodzić na zakupy!
Dea zastanowiła się chwilę nad tym, jednak żadne sensowne wyjaśnienie nie chciało się pojawić w jej mózgu. Oprócz…
- Przepraszam, ale czy czasem nie pomyliłaś mnie z kimś? – zapytała dziewczynę, która nagle przestała się uśmiechać. – Nie znam cię.
- Deo, to jakiś żart? Jak tak, to nie śmieszny – mruknęła dziewczyna i chwyciła czarnowłosą za rękę. – To ja, Leah! Twoja przyjaciółka z dzieciństwa…
Dea wyrwała rękę z uścisku i warknęła do szatynki rozeźlona – I kto tu kłamie?! Nie znam żadnej Leah’i, a tym bardziej nie jest ona moją przyjaciółką! – szatynka spojrzała na Deę przerażonymi oczętami, po czym zaczęła z niewiadomych przyczyn płakać.
- Co tu się dzieje?! – rozległ się okrzyk od strony wejścia, po czym do Dei podbiegła kolejna dziewczyna – tym razem wysoka blondynka. Jej włosy związane w koński ogon podskakiwały przy każdym kroku dziewczyny, a ciemnogranatowa spódniczka falowała między jej zgrabnymi nogami. – Co się stało?
- Dea… Dea… powie… powiedziała, że nie…  że nie jesteśmy… przy… przyjaciółkami… – wychlipała szatynka i rozpłakała się jeszcze bardziej, na co blondynka przytuliła ją do siebie i zaczęła uspokajająco głaskać.
- No już, już… Cii, uspokój się Leah, ona na pewno nie miała tego na myśli. Prawda? – zwróciła się do Dei, szukając u niej wsparcia.
- Nie wiem, co tu się wyprawia, ale nie znam ani jej ani ciebie – warknęła czarnowłosa, na co Leah znowu zaczęła płakać. – Weźże ucisz tą beksę! Wkurza mnie! – warknęła do blondynki, a ta spojrzała na nią zszokowana.
- Dea! Przegięłaś! Nie wiem, o co ci dzisiaj chodzi, ale lepiej będzie jak się zamkniesz!
- Taa? A kim jesteś, aby mi rozkazywać?
- Twoją opiekunką i współlokatorką - Lis! – wydarła się blondynka i teraz cała klasa spoglądała na nie zaciekawiona. – Przestań się wydurniać i przeproś Leah’ię!
Deę zamurowało. Coś tu było nie tak, cholernie nie tak! Nie znała imion tych dziewczyn, nie mieszkała z żadną z nich, a tym bardziej nie przyjaźniła się z nimi.
- Przestańcie kłamać! – krzyknęła na nie i energicznie wstała ze swojego miejsca. Jej pierś falowała od powstrzymywanej furii. – Nie znam was! Moja współlokatorka nazywa się Miracle Cross i żadna z was nie wygląda tak jak ona! Gdzie ona jest? Gdzie jest Miri?!
Teraz już wszyscy spoglądali na nią zaniepokojeni. Niektórzy odsunęli się od niej, aby przypadkiem nie znaleźć się w pobliżu, kiedy wybuchnie, co było nieuniknione.
- Czy to jeden z tych twoich odlotów do krainy fantazji?! – wrzasnęła blondynka i również wstała. – Wymyśliłaś następną historię i teraz ją jak zwykle odgrywasz?! Jeżeli tak, to proszę cię, tym razem powstrzymaj się i najlepiej wróć do pokoju, albo idź do dyrektora i tam się rozładuj!
- A żebyś wiedziała, że pójdę! Niedobrze mi, kiedy przebywam w jednym pomieszczeniu z takimi kłamczuchami! Znajdę Miracle albo Asha, a najlepiej od razu pójdę do Mephista i zapytam się go, dlaczego przyjął do Akademii takie dwa aroganckie babsztyle jak wy!
- Więc idź! Droga wolna! Mam dosyć tych twoich eskapad! Znosiłam je wystarczająco długo! – odwarknęła blondynka - Lis i odwróciła się od Dei, chwytając szatynkę w ramiona i starając się uspokoić wciąż płaczącą dziewczynę, natomiast Dea przepchnęła się przez tłum uczniów i wybiegła na korytarz. Pognała prosto do gabinetu Mephistophelesa, mijając po drodze zaciekawionych gapiów. Guzik mnie obchodzi, co sobie pomyślą. Mam za dużo problemów, żeby zastanawiać się jeszcze, jak odbierają mnie przypadkowi uczniowie…
Wpadła do gabinetu bez pukania, spodziewając się ujrzeć kota siedzącego w pozie władcy na tronie, pykającego powoli fajeczkę i niespiesznie wypuszczającego kółka z dymu, jednak na fotelu usadowił się jakiś obcy, starszy dziadyga w okularach, przeglądający papiery. Kiedy dziewczyna wparowała do pokoju, podniósł wzrok znad kartek i spojrzał na nią zdenerwowany, jednak jak tylko rozpoznał dziewczynę na jego twarzy pojawiło się zmieszanie.
- Oh, panienko Deo! Co panienkę dziś sprowadza do mojego gabinetu?
- Kim jesteś?! – warknęła przerażona, jednocześnie gromiąc faceta wzrokiem. – Gdzie jest Mephisto?! Gdzie jest ten durny kocur?! Dlaczego nie ma tu Miri?!
Mężczyzna zgarbił się pod tym ostrzałem pytań, a Dea stała tam jeszcze bardziej wyprowadzona z równowagi i przerażona. Zaczęła się niekontrolowanie trząść. Co tu się wyprawia, do jasnej cholery?!
- Spokojnie, panienko. Niech panienka usiądzie i wszystko mi na spokojnie wytłumaczy – poradził staruszek i wskazał na kanapę stojącą pod ścianą, na której jeszcze niecałe dwa tygodnie temu zasnęła po uwolnieniu Shina… No właśnie, Shin! Go również nie widziała od wczoraj. Przecież powinien być w jej klasie, a co jak zniknął tak samo jak Miri? Co, jeśli oni wszyscy zniknęli, albo Azazel ją porwał i wrzucił do udawanej placówki, aby zwariowała?
Druga opcja jest aż za durna, by być prawdą,  pomyślała,  starając się jakoś to wszystko uporządkować.
- Niech mi panienka opowie, co się dokładnie stało – przerwał jej rozważania mężczyzna i podał dziewczynie filiżankę herbaty. Dea spojrzała na niego spode łba i założyła ręce na piersi. Mężczyzna westchnął przeciągle i odłożył filiżankę na biurko z cichym stuknięciem…
Ta jasne, jeszcze wypije herbatkę i zje ciasteczko i jak grzeczna dziewczynka zdechnie na środku pokoju, po czym jej ciało zostanie wywiezione do lasu i zakopane, tak jak chciałby tego Azazel. Czy ja wyglądam na aż tak głupią,  żeby dać się tak łatwo podejść?
- Chcę się dowiedzieć gdzie jest dyrektor tej Akademii – Mephistopheles Sloth, w którego gabinecie się obecnie znajdujemy, a także moi przyjaciele – Miracle Cross, Ashmodei Lechery, Kei Liang Xu a także Shin Kuroshi. A także kim ty jesteś i co to za dwie dziewczyny z mojej klasy – Leah i Lis?
- Panienko Deo, nie wiem, co się stało, ale odnoszę wrażenie, że jest panienka niezwykle skonfundowana… – mruknął, wyraźnie akcentując sylaby. Skonfundowana, co? Ja ci dam skonfundowaną, cholerny stary dziadygo!, zirytowała się w myślach, na szczęście powstrzymała się jakoś od wypowiedzenia tego na głos. – Jednak jeżeli odpowiedzi na te pytania mają pomóc, to w takim razie służę pomocą – dopowiedział spokojnie mężczyzna i odchrząknął. Założył ręce na kolanie i spojrzał na nią poważnym wzrokiem. – Nazywam się Henrich Miller IV i jestem dyrektorem tej placówki edukacyjnej. Mephistopheles Sloth nie mógłby być dyrektorem tutaj, ponieważ to stanowisko przechodzi z ojca na syna w rodzinie Miller już od czterech pokoleń. W rejestrze uczniów nie występują takie osoby jak Miracle Cross, Ashmodei Lechery ani Kei Liang Xu. Natomiast uczeń Shin Kuroshi chodzi do klasy 2C…
- A co w takim razie ze mną? Kim ja jestem? – spytała na skraju załamania nerwowego. Nie było tu ani Miri, ani Asha, ani Mephisia, ani żadnego z jej przyjaciół. Jedyną osobą, która znała w całej szkole był Shin, więc musiała go jak najszybciej odszukać i zapytać o co tu chodzi, jednak najpierw potrzebowała dowiedzieć się czegoś o tej „Dei” którą tu sobie stworzyli.
- Dea Leacú – córka Jamesa i Alishi Leacú, urodzona 23 czerwca w Dublinie. Mistrzyni świata w Młodzieżowych Zawodach Sztuk Walki Kobiet, uczennica Akademii Saint Ardor, uczęszcza do klasy 2A, członkini szkolnego Klubu Filmowego oraz przyjaciółka Leah Caruso i Elisabeth Dortmonde…
- Czekaj… – przerwała mu zdławionym głosem. – Powiedziałeś, że jestem córką Jamesa i Alishi Leacú, czyli, że oni… żyją?
- Oczywiście, panienko. Będą tutaj wieczorem, aby pogratulować ci zwycięstwa w MZSWK… Yhym, panienko? Dlaczego płaczesz?
- Co? – zapytała dziewczyna i podniosła rękę do twarzy, a po jej palcach spłynęły słone łzy. Dea spojrzała na dłoń i zadrżała, nie mogąc opanować swych emocji. – To dlatego, że to takie nieoczekiwane… – wyjąkała, starając się nie rozpłakać na dobre. Moi rodzice! Moi rodzice żyją i spotkam ich za parę godzin! – Już teraz wszystko dobrze, tak myślę…
- Panienko, proszę, niech panienka wróci do swojego pokoju i odpocznie przez poranne zajęcia, a jeżeli poczuje się panienka lepiej, może wrócić po lunchu na lekcje. Musi być panienka potwornie zmęczona po tych zawodach, dlatego nie mogła sobie przypomnieć.
- Tak, masz rację, stary pryku…
- Dyrektorze – poprawił mężczyzna machinalnie, po czym uśmiechnął się do dziewczyny i pożegnał z nią. Dea wstała i na trzęsących się nogach wyszła z gabinetu. Przeszła korytarzem i wróciła do swojego pokoju. Położyła się na łóżku i pozwoliła płynąć łzom. To niemożliwe, żebym poznała ich. Czy to może być prawda? Chciałabym ich poznać i przytulić się do nich. Nigdy nie miałam prawdziwej rodziny. Nigdy nie zaznałam matczynego ciepła. Nic się nie stanie przez ten jeden dzień, co nie? Jutro dowiem się, o co tutaj chodzi i jak mogę wrócić do swojego świata…
Dziewczyna skuliła się w kłębek i zamknęła oczy, jednak pomimo wielu prób, sen nie przychodził. Zeskoczyła więc z łóżka i podeszła do stojącego w rogu pomieszczenia biurka w poszukiwaniu jakichś zdjęć czy czegokolwiek, co mogłoby jej pomóc w odnalezieniu się w tej dziwnej rzeczywistości. Nagle jej wzrok przyciągnął plik pogiętych kartek, włożonych pomiędzy książki i zastawionych planem lekcji. Sięgnęła po nie i spojrzała na pierwszą stronę głoszącą „Burza.” I nic więcej, żadnego dopisku, autora, zupełnie nic. Przerzuciła na następną stronę i na następną i na następną, a serce stanęło jej w piersi, podeszło do gardła, po czym ponownie opadło i eksplodowało. Miała przed sobą całe swoje życie, dokładnie każdą ich przygodę opisaną z najdrobniejszymi szczegółami: spotkanie z Shinem, pogrzeb, poznanie Asha, Mephista, Miri, Gabriela, Mikiego, Rafaela i Keia. Ich wspólne wygłupy i przygody. Jej uczucia i rozmowy, jej uśmiechy i jej łzy.
Wszystko…
Usiadła na fotelu, podciągnęła kolana pod brodę i czytała dalej, a na jej twarzy co rusz pojawiał się delikatny uśmiech lub niespodziewanie wybuchała śmiechem, a niekiedy miała olbrzymią ochotę rozpłakać się i zacząć wrzeszczeć. Minęło sporo czasu, zanim doszła do ostatniej strony i odłożyła ją na bok, po czym sięgnęła po kolejną, spodziewając się kontynuacji, której nie było. Spanikowana, wstała z krzesła i zaczęła przetrząsać biurko w poszukiwaniu następnych kartek. To nie mogło się tak skończyć! Nie, nie, nie! Po prostu nie mogło! Musiała się dowiedzieć, co będzie działo się dalej, czy Ash mówił prawdę, czy pieczęć wytrzyma czy się złamie, czy nadchodzące wakacje przyniosą zgubę? I najważniejsze pytanie: czy ta papierowa Dea przyzna się do swych uczuć przed Shinem i czy on czuje to samo do niej?
Ale pomimo wyrzucenia na środek pokoju wszystkich możliwych papierów, dziewczyna nie znalazła kontynuacji. Opadła na ziemię z jękiem i zapatrzyła się w sufit.
- Już się lepiej czujesz?... Łooo! Co tu się stało?! – wrzasnęła blondynka stojąca w drzwiach i podbiegła do Dei. Czarnowłosa przekrzywiła głowę w bok i spojrzała nic nierozumiejącym wzrokiem na intruza.
- Ktoś ty?
- Jezu! Dea, przecież to ja, Lis, twoja współlokatorka – mruknęła dziewczyna, jednak jej złość powoli zaczynała opadać. – Przyszłam sprawdzić jak się czujesz… O, widzę, że znalazłaś swój manuskrypt. A wczoraj tak się martwiłaś, że zostawiłaś go na zawodach…
- Manuskrypt? Mój? – spytała czarnowłosa i podniosła się z ziemi, a blondynka zaczęła zbierać papiery z podłogi.
- Tak, twoje nowe opowiadanie. Pracujesz nad nim już parę miesięcy, ale nie potrafisz go skończyć. A obiecałaś, że jak napiszesz całość, to dasz mi do przeczytania!
- Ah, tak. Przepraszam – mruknęła Dea i ponownie opadła na podłogę. – Wiesz, to całe opowiadanie… Czasem wydaje mi się, że gdybym miała wybierać, to nie zdecydowałabym się żyć w takim świecie, jakim go opisałam. Tam wszystko wydaje się być… bolesne. Dziewczyna nie zna swych rodziców, a człowiek, który ją przez całe życie wychowywał nagle zostaje zamordowany. Anioły i demony toczą bitwę o jej duszę, o jej moce i o jej serce. I pośród tego całego chaosu, zakochuje się w najbardziej nieodpowiedniej osobie. A ich uczucie może  wszystko zniszczyć, pogrążyć cały świat w ciemnościach… Czy to nie bolesne? Taka miłość, taki świat, takie życie…
- Bolesne czy nie, każdy z nas ma tylko jedno życie do przeżycia, tylko tych parę chwil dla których warto się podnieść i iść dalej – powiedziała poważnie blondynka, spoglądając Dei w oczy, a na jej ustach igrał delikatny, tajemniczy uśmieszek. – „Zaraz na początku życia ktoś powinien nam powiedzieć, że umieramy. Może wtedy żylibyśmy pełnią życia w każdej minucie każdego dnia.” ...Wiesz, kto to powiedział? – Dea pokręciła głową, czekając aż dziewczyna odpowie, jednak ta tylko uśmiechnęła się szerzej i pomogła czarnowłosej wstać. – Więc twoją misją jest, aby się dowiedzieć. A teraz chodźmy na lunch. Ktoś czeka na ciebie!
- Ktoś? Kto? – wyrzuciła z siebie Dea, ale blondynka już zdążyła pociągnąć ją do wyjścia i dalej w stronę kafeterii. – Hej, Lis! Odpowiedz mi!
- Hehe, dowiesz się, jak dojdziemy – rzuciła jeszcze Lis i przyśpieszyła. Po chwili znalazły się na dole w kafejce, gdzie zazwyczaj wszyscy jedli posiłki. Przy stoliku po lewej stronie, zaraz koło olbrzymiego okna wychodzącego na dziedziniec siedziała szatynka z rana. Uśmiechała się i rozmawiała z jakimś chłopakiem, siedzącym przodem do okna, toteż Dea widziała tylko tył jego pleców. Może to jej chłopak? pomyślała, podchodząc do stolika. Szatynka dojrzała ją i uśmiechnęła się niepewnie, a po chwili także chłopak odwrócił głowę i spojrzał na Deę. Serce dziewczyny po raz kolejny tego dnia stanęło, po czym zabiło jeszcze szybciej.
- Gabriel! – krzyknęła i rzuciła się chłopakowi w objęcia. – Jesteś tu! Jak to możliwe? Przecież… przecież nie ma tu innych.
- Witaj, Deo – powiedział szatyn i uśmiechnął się do dziewczyny. Zniżył głowę i pocałował ją namiętnie w usta. Dea wyrwała się mu objęć i spojrzała na niego zszokowana. Czemu on ją całował? Przecież wiedział, że nic do niego nie czuje, więc dlaczego?
- Coś się stało? – spytał i wyciągnął rękę w jej stronę. – Choć do mnie. Nawet nie wiesz, jak bardzo stęskniłem się za swoją narzeczoną!
- Narzeczoną? – zaskrzeczała czarnowłosa głosem podniesionym o parę oktaw. – Czyją niby narzeczoną?
- Nooo, moją… Jesteśmy sparowani od dziecka – rzucił Gabriel i potargał włosy. – Przecież już o tym rozmawialiśmy z naszymi rodzicami. Na początku było ciężko, ponieważ nie potrafiłaś tego zaakceptować, a ja powiedziałem, że cię nie poślubię dopóki mnie nie pokochasz. Ale potem zaczęliśmy się spotykać i powoli przekonałaś się do mnie i od wczoraj jesteśmy oficjalnymi narzeczonymi. Nawet na potwierdzenie tego dałem ci pierścionek zaręczynowy.
Dea spojrzała na swą dłoń i rzeczywiście, na palcu połyskiwał złoty pierścionek z diamentowym sercem na środku. Jak mogłam nie zauważyć tego czegoś wcześniej?!
- Ale ja jestem za młoda na ślub! – powiedziała dziewczyna i zaczęła się powoli wycofywać. Spojrzała jeszcze na zdziwionego Gabriela i zaniepokojone dziewczyny, po czym odwróciła się i wybiegła z kawiarenki. Nie potrafiła się zatrzymać. Serce w piersi szalało, fale gorąca napływały, oczy robiły się coraz bardziej szkliste. Biegła tak korytarzami w niewiadomym kierunku, a uczniowie schodzili jej z drogi. Wypadła na dziedziniec i gnała dalej, aż w pewnym momencie wpadła na kogoś i się zatrzymała. Spojrzała do góry i zauważyła grupkę chłopaków spoglądających na nią z mordem w oczach. Nagle chłopak na którego plecy wpadła, zaczął się powoli odwracać, a Dea aż się zachłysnęła. Bo oto stał przed nią jej Shin, jej wspaniały, leniwy, despotyczny, egoistyczny, chamski, zboczony Shin.
- No no, księżniczko. Zgubiłaś się? – rzucił w jej stronę, spoglądając na nią z ironicznym uśmieszkiem. – Czy może jest jakiś cel w tym, że Wasza Wysokość pobrudziła sobie buciki schodząc do plebsu? – mruknął, sarkastycznie się kłaniając dla podkreślenia swoich słów, a jego towarzysze zaśmiali się.
Dea nic na to nie odpowiedziała, jej serce na to nie pozwalało. Zamiast tego rzuciła się na blondyna i wtuliła twarz w jego pierś. Wokół niej uniosła się woń szamponu, którego używał chłopak, delikatnych perfum i potu. Ten zapach… nic się nie zmienił. Pozostał dokładnie taki sam.
Zaskoczony chłopak pozwolił się na chwilę przytulić, po czym szybkim ruchem odtrącił dziewczynę i złapał ją pod brodę. – Przestań się mną bawić! Mam tego dosyć! Wracaj do tego swojego fagasa i niech to on cię teraz przytula.
- Shin! Nie rozumiem tego! Czy możemy gdzieś porozmawiać na osobności? – spytała z nadzieją w oczach. Z całych sił starała się zobaczyć, czy pamięta ją i ich historię, ale nie wyglądało na to. Jego zielone oczy pozostawały zimne i obojętne. – Proszę, zabierz mnie stąd…
Chłopak ponownie spojrzał na nią i w jego spojrzeniu pojawiła się delikatna iskierka. Westchnął przeciągle i potargał swe złote kosmyki.
- Czemu czuję, że to podstęp? – spytał sam siebie, po czym spojrzał do tyłu na swoich towarzyszy, przyglądających się im bez słowa skargi. – No dobra, ostatni raz – mruknął i chwycił ją za rękę, po czym pociągnął za sobą, a jego przyjaciele również wstali i podążyli za nimi jak cienie. Dea spojrzała na nich i przeszedł ją dreszcz. Dopiero teraz zrozumiała, że weszła pomiędzy stado wilków, dla których była tylko smakowitym kąskiem. Odwróciła od nich wzrok i  wpatrzyła się w splecione dłonie jej i Shina. Ale jakoś nie czuję, abym znalazła się w niebezpieczeństwie. Jego dłoń… sprawia, że jestem spokojna…
Poszli za budynek szkoły, prosto do obskurnego składziku na miotły i sprzęty treningowe, nieużywanego od lat. Kilku chłopców z grupy wybiegło przed Shina i Deę i jeden z nich przywalił barem w drzwi, które odgięły się kawałek, a reszta pchnęła je do środka. Shin spojrzał na dziewczynę i uśmiechając się krzywo, pociągnął ją za sobą w ciemność panującą w pomieszczeniu. Zaraz za nimi weszła cała reszta, zamykając drzwi z ciężkim zgrzytaniem i pozbawiając ostatniego źródła światła. Blondyn sięgnął ręką do ściany i wcisnął włącznik lampy, a ciemność momentalnie rozjaśniła się, ukazując ciekawie urządzony pokój. Pod ścianą naprzeciwko drzwi stały kanapa i fotele, a trochę dalej stary, przedepokowy telewizor postawiony na równie starym i rozwalającym się stoliku. Gdzieś w kącie walała się lodówka, a oparta o nią stała gitara. Natomiast w drugim kącie znajdowała się czerwona budka telefoniczna, a zaraz obok niej drzwi prowadzące do innego, mniejszego pokoju.
Blondyn pociągnął dziewczynę w tamtą stronę, po czym odwrócił się do swoich przyjaciół i warknął w ich stronę – Niech nikt nam nie przeszkadza – po czym zamknął drzwi, odcinając siebie i dziewczynę od reszty świata. Ten pokój urządzony był o wiele skromniej – zaledwie jedna kanapa i stolik.
- A więc który z was zarąbał tą budkę telefoniczną? – spytała, by wypełnić panującą między nimi ciszę. Odwróciła się w stronę blondyna i zapatrzyła w jego twarz z opadającymi na zielone oczy złocistymi kosmykami.
- Łup wspólny – mruknął chłopak wymijająco i oparł się o ścianę, przyglądając się jej z nieodgadnioną miną. – Czego chcesz ode mnie? Potrzebujesz modela do tej twojej historyjki, a fagas się nie zgodził? Myślałem, że ostatnio powiedziałem ci, co myślę o tobie i o tym pomyśle odgrywania scenek…
- Shin – szepnęła dziewczyna, spoglądając mu głęboko w oczy. – Czy pomożesz mi, jeśli powiem, że chcę uciec?
Zapadła między nimi cisza, podczas której blondyn zmarszczył brwi, jakby coś analizował. – A czy mogę uciec razem z tobą? – zapytał w końcu i odbił się od ściany, po czym podszedł do niej i chwycił jej ręce. Zbliżył je do ust i zaczął delikatnie obcałowywać, paluszek po paluszku, kawałek po kawałku, przesuwając się wyżej. Kiedy doszedł do szyi, dziewczyna westchnęła przeciągle i wychrypiała krótkie „Tak”, po czym Shin oderwał usta od jej skóry i spojrzał w oczy.
- Cieszę się – powiedział cicho i uśmiechnął się, nie żadnym krzywym uśmieszkiem ani wrednym aroganckim uniesieniem jednego kącika ust, tylko tym rzadkim, prawdziwym, niemal dziecięcym uśmiechem, łagodzącym jego rysy twarzy. – Myślałem, że wybrałaś jego. Wczoraj, przed zawodami, chciałem życzyć ci powodzenia i widziałem, jak on ci się oświadczył, a ty się zgodziłaś… Myślałem, że nie wytrzymam tam, tak bardzo byłem wściekły! Czułem się, jakbyś wyrwała mi serce i rzuciła je lwom na pożarcie. Chciałem cię znienawidzić za to, że przez cały ten czas bawiłaś się mną, jednak nie potrafiłem, ponieważ wszystko, czego pragnąłem, to widzieć twój uśmiech, pocieszać cię, kiedy płaczesz, zasypiać i budzić się co rano koło ciebie…
Shin przyciągnął ją do siebie i ukrył w uścisku swych ramion.
- Jeśli ty tu jesteś, mogę żyć w tym świecie – mruknęła niemal niedosłyszalnie Dea w bluzę chłopaka, nadal oszołomiona jego wyznaniem, po czym mocniej przytuliła się do blondyna.
Stali tak chwilę, kiedy do drzwi ktoś zapukał delikatnie, po czym otworzyły się i w progu stanął wysoki, szczupły facet w okularach i chrząknął znacząco.
- Mówiłem, żeby nam nie przeszkadzać! – warknął Shin rozeźlony, jednak chłopak zdawał się nic sobie z tego nie robić.
- Wybacz, szefie, ale właśnie przyjechali jej rodzice – odparł spokojnie okularnik i zaczekał na reakcję Shina.
- A więc dobrze, zaraz ją odprowadzę. To wszystko, Chudy?
- Tak, szefie – odpowiedział Chudy i zniknął za drzwiami.
- Deo, posłuchaj mnie dobrze – powiedział chłopak, wypuszczając dziewczynę z uścisku. – Musisz iść na to spotkanie i postarać się, aby niczego się nie domyślili. Twoi rodzice… nie zaakceptowaliby mnie. Jutro w nocy uciekniemy. Bądź gotowa, przyjdę po ciebie, jak tylko wszystko załatwię.
- Dobrze – mruknęła dziewczyna i puściła go. Zrobiła jeden niepewny krok w stronę drzwi, kiedy nagle została złapana za rękę i ponownie przyciągnięta do męskiej piersi. Jego usta odnalazły jej wargi i zamknęły je w głębokim, stęsknionym pocałunku, przesyconym niepewnością, bólem, nadzieją i pragnieniem. Ich obietnicą…
Shin puścił dziewczynę, a ona wyszła z pokoju i nie oglądając się na resztę osób rozwalonych na kanapie i fotelach, opuściła magazynek i pobiegła z powrotem do budynku szkoły. Na podjeździe stał czarny bentley, a starszy mężczyzna ubrany w garnitur i czapeczkę szofera, otwierał drzwi do samochodu. Najpierw na podjeździe pokazały się damskie nogi w beżowych pantofelkach na wysokim obcasie, po czym do nóg dołączyła reszta ciała kobiety ubranej w szarą suknię i narzuconym na nią bezowym płaszczykiem. Kobieta poprawiła swoje już i tak idealne złociste włosy i ściągnęła ciemne okulary z twarzy, po czym rozejrzała się na wszystkie strony, a kiedy jej wzrok odnalazł Deę, na jej twarzy rozkwitł szeroki, perfekcyjny uśmiech.
- Deo! – zawołała kobieta i podeszła do zastygłej dziewczyny. Pochwyciła ją w ramiona i przytuliła do siebie, a wokół nich rozszedł się zapach drogich, ciężkich perfum. – Moja córeczka! Gratuluję ci wygranej! Mama wierzyła w ciebie od samego początku. A co ważniejsze, moje najszczersze gratulacje z okazji zaręczyn. Gabriel już nam zdążył wszystko opowiedzieć i nawet nie wiesz, jak bardzo jestem szczęśliwa! Tyle lat czekałam, aż powiesz „Tak”, no i w końcu udało się!
- Cześć… mamo – wyszeptała Dea, nadal nie mogąc uwierzyć, że przytula ją kobieta, która jest jej matką. Tego uczucia nie dało się porównać z żadnym innym. Samo w sobie stanowiło niebo. – Też się cieszę, że cię widzę…
- Oh, Alishio! Daj dziewczynie odetchnąć, bo zaraz ją udusisz! – rozległ się głęboki, roześmiany głos od strony samochodu. Obie kobiety odwróciły się w jego stronę i dojrzały opierającego się o samochód szczupłego mężczyznę. Miał na sobie ciemnogranatowy garnitur, podkreślający błękit jego oczu. Ciemne włosy zaczesał na bok, a wąs na twarzy rozciągał się wraz z uśmiechem.
- Tato! – zawołała Dea i podbiegła do mężczyzny, po czym rzuciła się na niego i przytuliła do człowieka, który jęknął przeciągle z bólu.
- Przepraszam! – zawołała spanikowana dziewczyna, spoglądając na jego twarz.
- E tam. Stary już jestem i zapomniałem jak to jest, kiedy rzuca się na ciebie taka młoda i śliczna dziewczyna jak ty… – powiedział mężczyzna i roześmiał się. Potargał córce włosy i uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Wyrosłaś, moja droga. I stałaś się naprawdę wspaniałą i przepiękną młodą kobietą.
- Nie zapominaj po kim odziedziczyła urodę – rzuciła blondwłosa kobieta i stanęła obok swojego męża. – Wsiadaj do samochodu. Mamy dla ciebie prezent z okazji zaręczyn… – poleciła, a czarnowłosa z lekkim oporem wykonała jej polecenie.
Zaraz za nią wsiedli rodzice, a szofer zamknął drzwi i po chwili samochód wytoczył się powolnym ruchem za bramę, by po chwili naprać prędkości. Jechali tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu samochód zatrzymał się pod olbrzymim hotelem. Szofer otworzył drzwi i dziewczyna wysiadła z samochodu, po czym dołączyli do niej rodzice. Kobieta chwyciła córkę pod ramię i pociągnęła w stronę wejścia.
- Kochanie, potrzebujemy 15 minut, dobrze? – powiedziała, a mężczyzna kiwnął tylko głową i oddalił się w stronę restauracji.
- Chodź, chodź, słoneczko! – poleciła kobieta i zniknęła we wnętrzu hotelu wraz z córką. Przeszły do windy i pojechały na ostatnie piętro. Jak tylko drzwi się otworzyły, ukazał się wspaniały pokój z widokiem na miasto. Dea podbiegła do okna i zapatrzyła się na rozświetlone miasto, niknące w mrokach nocy.
- Cudownie – szepnęła zahipnotyzowana. Pierwszy raz znajdowała się w penthousie i w sumie, mogłaby się do tego przyzwyczaić…
- Wspaniały widok – poparła ją kobieta i pochwyciła kosmyk jej czarnych włosów i zamlaskała niezadowolona. Wyciągnęła z torebki szczotkę, parę wsuwek i już po chwili włosy Dei były ułożone we wspaniałą, misterną fryzurę.  – Chodź, musisz się przebrać, ponieważ twój ojciec na nas czeka… – powiedziała kobieta, kiedy skończyła dopieszczać swoje dzieło.
- Dobrze – mruknęła dziewczyna i odeszła od okna. Alishia dała jej torbę i popchnęła leciutko w stronę łazienki. Huh, czy nie przeżyłam już czegoś takiego? pomyślała, zamykając za sobą drzwi do pomieszczenia. Dea rozebrała się do bielizny, wyciągnęła sukienkę z opakowania i założyła ją przez głowę. Biało-niebieski materiał spłynął falami wokół jej kostek, doskonale przylegając do ciała dziewczyny. Ostatnim razem to Miri i Rafael pomagali mi wyszykować się na festiwal. I jakoś wtedy byłam bardziej szczęśliwa niż teraz… Dea sama nie wiedziała, dlaczego właśnie o tym pomyślała. Nigdy nie była sentymentalna ani nie przywiązywała się do ludzi. Teraz miała wszystko. Rodziców, pieniądze, piękno, władzę, miłość i podziw innych. Czy jakakolwiek nastolatka może marzyć o czymś jeszcze? Jednak coś nie dawało jej spokoju, ta sukienka była zbyt perfekcyjna, jej życie zbyt idealne, a ten ostatni pocałunek z Shinem wydawał się jej jakiś taki… pusty… Zupełnie jakby musiał to zrobić, a nie, że chciał. Jak zaprogramowany robot, puste i nieczułe naczynie. Więc, czy mogła pozostać w tym pustym i nieczułym świecie, gdzie wszystko szło po jej myśli? Czy rzeczywiście takie życie byłoby lepsze? Czy to naprawdę szczyt jej marzeń? …
- Deo? Ubrałaś się już? – przerwał jej kobiecy głos zza drzwi. Teraz jak mu się przysłuchała, brzmiał cały czas tak samo, bez żadnych zmian ani przerw, zupełnie jakby ktoś czytał wcześniej przygotowany scenariusz… – Podoba ci się prezent? To twoja suknia ślubna!
Dea otworzyła drzwi i stanęła oko w oko ze swą matką. Przyjrzała się jej jeszcze raz od stóp do głów. Aż tryskała perfekcją, wszystko, nawet najdrobniejszy kosmyk włosów czy zagięcie materiału, były doskonale ułożone. Szare oczy w kształcie migdałów spoglądały na nią i jednocześnie nie spoglądały, ponieważ wyglądało to tak, jakby patrzyły przez nią, a nie na nią. Zimne, obojętne, mechaniczne… Jak mogła tego wcześniej nie zauważyć? Ta kobieta… Ta kobieta to tylko iluzja! Nie była jej matką, nie była nawet człowiekiem! Zupełnie jak cały ten świat! Musiała się jakoś z niego wydostać…
- Przepraszam, ale nie mogę wyjść za Gabriela – powiedziała, spuszczając głowę. Nawet jeżeli wiedziała, że stojąca przed nią kobieta nie istnieje, nie mogła spojrzeć jej w oczy, ponieważ jej serce uważało, że zawiodła swą matkę i przez to cierpiało. – Nie kocham go.
- Czy to przez tego gangstera? Jak mu tam… Shin? Shin Kuroshi? – spytała kobieta wymodulowanym głosem, zakładając ręce na piersi. – Co on ci może dać? Nie ma nic, to sierota, nad którą zlitował się Henrich i zabrał go z sierocińca, ponieważ był niezwykle inteligentny. Ale, słoneczko, w dzisiejszych czasach inteligencja bez kontaktów nic nie znaczy. On może jedynie upaść na samo dno i przy okazji pociągnąć ciebie. Czy tego właśnie chcesz?
Dziewczyna uniosła głowę i zgromiła ją wzrokiem. – Nic nie wiesz o Shinie! A tym bardziej nic nie wiesz o mnie! I jakim prawem śmiesz oceniać ludzi tylko po tym, gdzie się urodzili i wychowali?!
- Ponieważ stoję ponad nimi – powiedziała spokojnie kobieta, a dziewczyna aż zachłysnęła się. Więc to się nazywa egotyzm… – Daj spokój, Deo. Przecież jesteś taka sama jak ja… Jaka matka, taka córka… – zaszczebiotała i wyciągnęła rękę w stronę Dei.
- Nie! – warknęła dziewczyna i odtrąciła wypielęgnowaną do perfekcji dłoń. – Nie chcę być taka jak ty! Jesteś obrzydliwa!
Po jej słowach zapadła cisza, kobieta nie odezwała się już ani słowem. Po chwili odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę windy.
- Zejdź na dół, kiedy już się przyszykujesz. Jutro jesz kolację zaręczynową z rodzicami Gabriela… – mruknęła, po czym weszła do windy. – I to nie jest prośba… – rzuciła na koniec, a metalowe drzwi zatrzasnęły się za nią, odgradzając kobietę od zrozpaczonego spojrzenia czarnowłosej dziewczyny.
Dea opadła na kolana na środku pokoju i chwyciła się za ramiona. Nie mogła tego zrobić! Nie mogła wyjść za Gabriela. Nie mogła żyć tak jak oni jej każą. Nie mogła poddać się, zanim wszystko się zacznie. I przede wszystkim, nie mogła zacząć teraz tu płakać! Wstała więc z podłogi i niepewnym krokiem, na trzęsących się jak galareta nogach, wsiadła do windy, ale jej celem nie była restauracja… Zamierzała dostać się do Shina i uciec z nim jak najszybciej. Jeszcze dziś w nocy…
Wybiegła z hotelu i złapała pierwszego lepszego stopa – półciężarówkę z otwartym tyłem do załadunku, za której kółkiem siedział napakowany staruszek z siwymi włosami związanymi w kucyk.
- Gdzie się wybierasz, dziewczynko, tak późno w nocy? – zapytał zachrypniętym głosem, a jego oddech cuchnący papierosami owiał twarz dziewczyny. To chyba był zły pomysł pomyślała i cofnęła się o krok, co zauważył mężczyzna i roześmiał się tubalnie. – Nie bój się, dziecko! Nie taki diabeł straszny jakim go malują! Jeśli cię to uspokoi, to jestem prawym człowiekiem pracującym od 30 lat w firmie transportowej i właśnie jadę do miasteczka Tilbury zawieść ostatnią tego dnia dostawę warzyw i owoców…
- Hm, ja też zmierzam do Tilbury – odpowiedziała niepewnie i zrobiła krok do przodu. – Cóż, nie wygląda mi pan na gwałciciela i mordercę… Czy mogę się z panem zabrać?
- Hehe, skoro na samym początku znajomości zadajesz pytanie o bycie mordercą i gwałcicielem, to wskakuj – odparł człowiek i uśmiechnął się. W pewnym sensie przypominał Dei kogoś, jednak nie potrafiła sobie przypomnieć kogo. Wsiadła do środka, a mężczyzna ruszył w stronę miasteczka.
- A więc, dziecko, przed czym uciekasz… albo raczej dokąd zmierzasz? – zapytał mężczyzna, spoglądając to na czarnowłosą, to na drogę i tak w kółko.
- Skąd pan wie, że uciekam?
- Hehe, to widać! – odpowiedział mężczyzna i wyciągnął prawą rękę w jej stronę, którą dziewczyna uścisnęła. – Anzelm jestem. A ty, dziewczynko?
- Dea…
- A więc, Deo. Czy zechciałabyś się podzielić swą historią z uciekinierem takim samym jak ty?
- To pan także ucieka? – spytała zaciekawiona, a mężczyzna po raz kolejny roześmiał się i potargał jej włosy swoją olbrzymią dłonią o twardej skórze. Były to ręce człowieka, który znał wartość pracy w pocie czoła.
- Ano, że tak! – odparł i spojrzał na nią z powagą. – Każdy z nas jest uciekinierem, tylko jedni uciekają o wiele dalej i o wiele dłużej niż inni. Taki ja na przykład, uciekam już przeszło 40 lat, a nadal nie potrafię dotrzeć do celu mojej wędrówki. Bo widzisz, moje dziecko, to nie droga, którą przebyliśmy ani czas, jaki spędziliśmy podróżując mówi nam o tym, że dotarliśmy do celu, tylko ludzie, którzy nas wyczekują. A ja przez te lata chyba zdążyłem już zapomnieć, czego właściwie szukam…
- Ja nawet nie wiem, czego szukam… – westchnęła cicho dziewczyna.
- To wspaniale! – odpowiedział Anzelm, a Dea spojrzała na niego, nic nie rozumiejąc z toku myślenia tego faceta. – Jeśli nie wiesz, czego szukać, masz pewność, że Coś znajdziesz i to Coś może się stać twoim Czymś, czego poszukiwałaś. To naprawdę wspaniałe!
- Nie rozumiem pana – mruknęła przeciągle, odwracając twarz do okna. – Jak mogę znaleźć Coś, skoro nawet nie mam pewności, czy to jest tym Czymś?
- A po co ci pewność? – spytał mężczyzna i tym razem zdawało się, że to on nie rozumie swej młodej towarzyszki podróży. – Jeśli każdy z nas byłby pewny jutra, to życie stałoby się nudne i przewidywalne. Jeśli coś nie ma sensu, to nie ma i nie można się w tym doszukiwać sensu, skoro go nie ma. Pewne rzeczy trzeba wziąć na klatę i nie pytać samego siebie, czy to jest „pewne”. Jeśli wierzysz, że największy stek bzdur jest prawdą, to tak jest. I nie daj sobie wmówić, że jest inaczej!
- A jeśli się mylę?
- A jeśli masz rację? – odpowiedział mężczyzna pytaniem na pytanie. – Czemu zawsze zakładasz, że inni mają rację, a ty nie? Spójrz na ten świat. Ponad 6 miliardów ludzi, około miliard samochodów i nieskończona ilość dróg, którymi można uciec. Jeśli każdego człowieka powstrzymywałby brak sensu, to nadal żylibyśmy w epoce kamienia łupanego... Światem rządzą szaleńcy, którzy nie boją się całkowicie zniszczyć sensu otaczającej ich rzeczywistości, by później móc wybudować cały świat od nowa z ich własnym sensem.
- A pan? Przed czym pan ucieka, albo raczej dokąd pan zmierza? – zapytała, cytując jego własne słowa.
- Heh, ja moje drogie dziecko, zmierzam tam, dokąd nikt nie chce iść… – odpowiedział tajemniczo.
- Czyli dokąd? – drążyła dalej temat czarnowłosa.
- Do ostatecznego celu mej wędrówki – ponownie odpowiedział wymijająco. Eh, chyba nic z niego nie wyciągnę.
- Dziwny pan jesteś.
- Bom Polak! – rzucił Anzelm i zarechotał. – I jako Polak mam prawo być dziwniejszy niż Anglik czy Angielka…
- Lubię dziwnych ludzi – rzuciła sennie dziewczyna, zmęczona jednostajnym krajobrazem za oknem. – Są o wiele zabawniejsi niż normalni… – szepnęła, po czym jej głowa opadła na siedzenie, a oczy zamknęły się. Mężczyzna spojrzał na nią i pokręcił głową z uśmiechem. – Ta dzisiejsza młodzież… Żeby tak zasypiać w każdym możliwym miejscu…
No, ale cóż się dziwić? Miała dzisiaj dzień pełen nieoczekiwanych sytuacji, a jeszcze pozostało parę godzin do świtu. Lepiej niech się prześpi, dobrze jej to zrobi…
Dea nie pospała za długo, bo po zaledwie półgodzinie Anzelm obudził ją, szturchając delikatnie w ramię.
- Dojechaliśmy – mruknął, kiedy otworzyła powieki i uniosła głowę. Przetarła oczy i spojrzała za okno. Ciężarówka zatrzymała się niemal pod samą Akademią, wystarczyło, że przejdzie parę metrów i znajdzie się ponownie w Jego ramionach.
- Dziękuję, panie Anzelmie – powiedziała, odpinając się z pasów. Już miała wysiadać, kiedy mężczyzna rzucił na pożegnanie – To ja dziękuję, Deo. Uważaj na siebie…
- Oczywiście – odparła z uśmiechem i pognała do Akademii, a mężczyzna wysiadł z samochodu i oparł się o drzwi. Sięgnął ręką do kieszeni i wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę. Wsadził jednego do ust i odpalił, a ciemność nocy rozświetlił niespokojny, powiewający na wietrze płomień. Zaciągnął się głęboko dymem, po czym niespiesznie go wypuścił, podążając wzrokiem za znikającą sylwetką dziewczyny. – Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy… – mruknął w przestrzeń. Dopalił papierosa, po czym wsiadł do ciężarówki i odjechał…
Dziewczyna pognała wprost do męskiego internatu. Wbiegła po schodach na pierwsze piętro i przeszła pod drzwi do pokoju Shina. Zapukała cicho i po chwili otworzył jej rozespany blondyn, przecierający oczy, aby cokolwiek dojrzeć w ciemnościach panujących na korytarzu.
- Deo? Co ty tutaj robisz? Woaah! – zapytał sennie i ziewnął. Miał na sobie potargany podkoszulek, założony w pośpiechu tył na przód  i spodnie dresowe nisko zwisające w pasie.  – Czemu nie jesteś w swoim pokoju?
- Musimy uciekać jeszcze dziś w nocy! – rzuciła nerwowo i rozejrzała się po korytarzu. Jak tylko weszła do Akademii miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Zatrzęsła się na korytarzu i chwyciła za ramiona. Blondyn spojrzał na nią bardziej przytomnie  i przyciągnął do siebie, starając się uspokoić czarnowłosą.
- Nie możemy jeszcze uciec. Daj mi jeden dzień, abym wszystko przygotował – odparł, przytulając ją mocno do siebie. Przez cienki materiał swojej koszuli i jej sukienki czuł, jak szybko wali serce dziewczyny, zupełnie jakby miało zaraz wyskoczyć z piersi. – Wróć do swojego pokoju, a jutro w nocy będziesz już bezpieczna…
- Nie chcę być teraz sama… Czy… czy mogę spędzić z tobą tą noc? – zapytała i zarumieniła się na policzkach. Chłopak zawahał się przez chwilę, po czym kiwnął lekko głową i pociągnął dziewczynę do pokoju.
- Poczekaj chwilę. Przebiorę się… – szepnął, by nie zbudzić śpiącego współlokatora i zniknął w łazience.  Dea usiadła na jego łóżku i zaczekała parę minut, aż chłopak wyszedł przebrany w ciemne jeansy i bluzę. W ręce trzymał dwa koce oraz drugi sweter, który rzucił czarnowłosej, aby okryła się nim.
- Chodź, pokażę ci coś pięknego… – mruknął i wyprowadził dziewczynę z pokoju. Przeszli ciemnymi korytarzami do centralnej części budynku i do góry po schodach, aż znaleźli się na ostatnim, trzecim piętrze. Chłopak przystanął przy drzwiach prowadzących na dach, pochylił się nad zamkiem i chwilę przy nim pomajstrował naprędce skombinowanym wytrychem, aż usłyszał szczęk otwieranego zamka. Wyprostował się i z uśmiechem popchnął drzwi, a zimne, styczniowe powietrze przywitało ich milionami szczypiących mrozem pocałunków. Wyszedł na dach i poczekał, aż dołączy do niego Dea. Dziewczyna zadygotała z zimna i szczelniej opatuliła się swetrem, po czym zrobiła ten jeden krok i znalazła się na zewnątrz. Spojrzała w górę na nocny firmament pokryty białymi plamkami niczym diamentami. Widok nocnego nieba z dala od cywilizacji zaliczał się do jednych z najpiękniejszych widoków, które widziała w życiu. Pobijał go tylko pierwszy, całkowicie szczery i bezbronny uśmiech Shina, jaki udało się jej wychwycić. Jedna z tych rzadkich chwil, kiedy wyglądał jak maleńki, słodki chłopiec spoglądający olbrzymimi, naiwnymi oczętami na ulubioną zabawkę. Widok, który utkwił jej w pamięci na wieki…
Shin poczekał, aż czarnowłosa dołączy do niego, po czym chwycił ją za rękę i poprowadził dalej. Znalazł suche miejsce, przysłonięte do połowy dachem i tam też usiadł, po czym pociągnął dziewczynę w dół i przyciągnął do swej piersi, by następnie okryć ich dwoma kocami.
- Spójrz tam – powiedział i wyciągnął rękę, wskazując skupisko gwiazd po lewej stronie. – Ten olbrzymi, świecący punkt to Księżyc, a trochę dalej od niego jest Jowisz. Widzisz go? – zapytał dziewczynę, a ona kiwnęła głową potwierdzająco, nie mogąc oderwać wzroku od tego cudownego widoku. Pierwszy raz oglądała z kimś gwiazdy. Zawsze wydawały się jej niezwykle odległe, ale teraz czuła, że jeżeli wyciągnęłaby rękę, zdołałaby je pochwycić. – Dobra, a teraz coś trudniejszego. Widzisz te dwie gwiazdy położone w równej linii od siebie? Są niedaleko od Jowisza… To Kastor i Polluks, dwaj bracia bliźniacy. W starożytnej Grecji mieszkała kobieta o imieniu Leda, żona króla spartańskiego Tyndareosa. Pewnego dnia Dzeus zamienił się w łabędzia i uwiódł Ledę, a jakiś czas później kobieta zniosła wielkie, łabędzie jajo. Spanikowana, schowała jajo w wielkiej puszcze, wyścielonej miękkim puchem, aż któregoś dnia jajo pękło i wyszło z niego czworo rodzeństwa, dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Dziewczynki nazwano Helena i Klitajmestra, a chłopców Kastor i Polideukes. Helena była najpiękniejszą kobietą na świecie, jej siostra Klitajmestra została żoną Agamemnona, królową Myken, natomiast ich bracia odebrali surowe wychowanie. Uczono ich biegać, strzelać z łuku, walczyć oszczepem i dzidą. Polideukes był straszny w walce na pięści, Kastor zaś nie miał sobie równych w ujeżdżaniu najdzikszych koni. Byli wzorem miłości braterskiej, zawsze nierozłączni. Przyzwyczajono się nie wymieniać ich oddzielnie, lecz obejmować wspólnym imieniem Dioskurowie - synowie Dzeusa. Gdy Kastor w pewnej bitwie padł martwy, Polideukes nie chciał pozostać sam na świecie. Uprosił Zeusa, aby obydwu przeniósł między gwiazdy, gdzie błyszczą do dziś jako gwiazdozbiór Bliźniąt… – chłopak przerwał i spojrzał na Deę.
Dziewczyna oparła się o jego ciało i położyła głowę na ramieniu blondyna. Jej oczy powoli zamykały się, a oddech stawał się spokojniejszy. – Opowiadaj dalej… – wymruczała na wpół śpiąca. – Uwielbiam twój głos…
- Heh… – zaśmiał się cicho blondyn i położył rękę na jej głowie. Delikatnymi ruchami głaskał dziewczynę po włosach i opowiadał dalej. – Spójrz w prawo. Tam niedaleko, zaraz za Księżycem biegnie Orion z dzidą, a za nim pies – Syriusz. Według mitu greckiego Orion był dzielnym myśliwym. Chwalił się, że może zabić każdą żywą bestię. Gaja, Bogini Ziemi postanowiła ukarać go za przechwały i posłała skorpiona by go zabił. Kiedy dowiedziała się o tym bogini Eos, przeniosła swego ukochanego pośród gwiazdy, jednak bogini Gaja również uwieczniła na nieboskłonie swego skorpiona. I tak, gdy Skorpion wznosi się na wschodzie, pokonany Orion zniża się na zachodzie… Albo tam, wysoko, wysoko, niemal na samym krańcu widnokręgu wznoszą się Perseusz oraz Andromeda, bohaterowie historii o złym królu bojącym się śmierci oraz egocentrycznej królowej, która swoim zuchwalstwem wobec bogów sprowadziła na swój kraj powódź i zniszczenie. Jednak mit o Perseuszu i Andromedzie to tak naprawdę historia miłosna, jedna z nielicznych w greckiej mitologii z dobrym zakończeniem… Śpisz? – przerwał i zapytał dziewczynę, jednak ona już mu nie odpowiedziała, pogrążona w sennej krainie. – Co ja z tobą mam? – westchnął przeciągle i zamknął oczy.
Nad nimi gwieździste niebo migotało milionami nieopowiedzianych historii o ludziach i ich życiach, o ich uczuciach i drogach, którymi podążali. O bitwach i tragicznych losach nieszczęśliwych kochanków. Wszystkie te historie czekały na następną noc, by móc ujawnić swe piękno i delikatność… Następną noc, którą młodzi ludzie mogliby spędzić ponownie w swych ramionach…

Parę godzin później…

Słońce zaczynało wschodzić na widnokręgu, oblewając mroczny i niedostępny świat delikatnymi promieniami ciepła, kiedy to drzwi na dach zostały z hukiem otwarte na oścież, a na zewnątrz wybiegło 6 osób. Dea poderwała się z kolan Shina i spojrzała na intruzów, rozpoznając w nich swoich rodziców, dyrektora Akademii, Leah’ię i Elisabeth, a także Gabriela. Każdy z nich patrzył z obrzydzeniem na dwójkę siedzących na dachu młodych ludzi.
- Deo, odejdź od niego! – zażądała jako pierwsza matka Dei i zrobiła krok do przodu, a czarnowłosa wraz z Shinem momentalnie poderwali się na równe nogi i odskoczyli od zbliżającej się kobiety.
- Zostaw mnie w spokoju! – wrzasnęła dziewczyna, coraz bardziej zbliżając się do granicy dachu. – Nie wyjdę za Gabriela! Nie zmusisz mnie do tego!
- Deo, błagam odsuń się od krańca dachu. Przecież możemy wszystko spokojnie przedyskutować, więc odejdź stamtąd – poprosił ojciec, starając się za wszelką cenę rozładować sytuację, jednak z każdym jego słowem, dziewczyna cofała się coraz bardziej.
- Nie!!! Nie będę z wami rozmawiać! Zostawcie mnie w spokoju!!! – wykrzyknęła i ściągnęła z palca pierścionek, po czym rzuciła go w stronę stojących naprzeciwko osób.
I wtedy, ni z tego ni z owego do przodu wystrzelił Gabriel i podbiegł do Shina. Walnął go w brzuch, a chłopak osunął się zszokowany na kolana, chwytając się za pierś. Spomiędzy palców sączyła się lepka, czerwona substancja o metalicznym zapachu – krew.
Wszyscy spojrzeli przerażeni na Gabriela, w którego ręce błyszczał w pierwszych promieniach słońca umazany we krwi nóż. I nagle Lis, Leah i matka dziewczyny zaczęły się wydzierać i płakać. Ojciec dziewczyny pochwycił żonę w ramiona i starał się ją uspokoić.
- Coś ty najlepszego zrobił?! Coś ty najlepszego zrobił?! – powtarzała w kółko, chwytając z całych sił koszulę męża, podtrzymującego ją przed upadkiem. Z całych sił starała się nie spoglądać na miejsce, gdzie klęczał oszołomiony chłopak.
- Shin! – zawołała Dea i podbiegła do chłopaka, łapiąc go za ramiona. Blondyn spojrzał na nią zszokowanym wzrokiem i osunął się na ziemię. – SHIN!!!
Nagle poczuła, jak ktoś łapie ją za ramię i na siłę odciąga od wykrwawiającego się chłopaka. Spojrzała na mężczyznę i zaczęła się rzucać i wyrywać, ponieważ to Gabriel ją trzymał. Jego zakrwawione palce zostawiły czerwone smugi na sukience i skórze dziewczyny. Szarpnęła się jeszcze mocniej, aż w końcu udało się jej uwolnić z uścisku. Zatoczyła się nad sam kraniec i stanęła nad przepaścią. Pozostali ludzie na dachu zamarli w oczekiwaniu. Dea spojrzała na wschodzące słońce i wyciągnęła w jego stronę rozdygotaną rękę. Po jej palcach spłynęły kropelki krwi i spadły w dół, by rozbić się na śnieżnobiałej pokrywie puchu na ziemi. Czerwone pąki róż na białej, lodowej ziemi…
Jak mogłabym żyć w takim świecie, gdzie nie byłoby ciebie?
Jak mogłabym odnaleźć tu szczęście, wiedząc, że już nigdy nie dane mi będzie spędzić ani chwili w twych ramionach ani oglądać twojego uśmiechu?
Czy nasza miłość musi się tak skończyć?
Czy nie zasługujemy na drugą szansę?...
Dea obróciła się przodem do zastygłych w przerażeniu ludzi. Spojrzała po ich twarzach, potem przeniosła wzrok na twarz Gabriela, na czerwień malującą się na jego palcach oraz przerażenie na jego delikatnym obliczu. Na sam koniec spojrzała na zastygłą twarz Shina, jakby pogrążoną we śnie. Wydawał się jej taki spokojny, zupełnie, jakby miał się zaraz obudzić i powiedzieć „Dzień dobry, słoneczko”. Naprawdę, nie potrafiła już żyć w świecie bez niego. Tragedia godna uwiecznienia na nocnym firmamencie…
- Lis, powiedziałaś mi, że „zaraz na początku życia ktoś powinien nam powiedzieć, że umieramy”… Myślę, że znalazłam lepszy cytat – wyszeptała dziewczyna i zrobiła krok do tyłu. – „Wyruszam na poszukiwanie wielkiego Być Może”…
Czarnowłosa zakołysała się na piętach, zamknęła oczy i pozwoliła swojemu ciału opaść. Jak tylko jej ciało znalazło się w powietrzu, poczuła, że ktoś złapał ją za ramiona i przytulił do swej piersi. Otworzyła oczy i mignęły jej złote kosmyki skąpane w słońcu, a potem czas zwolnił i zatrzymał się. Złote kosmyki zostały zasłonięte przez wszechogarniającą czerń i ból, kiedy jej ciało spotkało się z ziemią…

***
Dea otworzyła oczy przerażona i poderwała się z fotela. Rozejrzała się spanikowana po wnętrzu nieznanego sobie pomieszczenia i dojrzała blond czuprynę Shina, smacznie śpiącego w fotelu obok.
- Shin… – wychrypiała zdławionym głosem, a chłopak momentalnie się obudził.
- No, co tam? Woaah! – zapytał z wrednym uśmieszkiem na twarzy, przeciągnął się i ziewnął. – Nie możesz spać w tym twardym fotelu, więc chcesz, żebym porobił za twoją poduszkę? Sorry, ale musisz o to poprosić Asha. Ja już wyczerpałem limit dobroci dla zwierząt, zajmując się przez ostatnią godzinę tym cholernym pasożytem… – mruknął i wskazał głową na siedzącą po drugiej stronie blondynkę, śliniącą się na fotelu. Dea ponownie rozejrzała się po wnętrzu i dopiero teraz tak naprawdę dostrzegła, że jej wszyscy przyjaciele siedzą w takich samych fotelach jak ona, przypięci pasami bezpieczeństwa. To był tylko sen pomyślała, uspokajając swoje serce. To był tylko głupi, nieważny koszmar…
- Hej, Deo – szepnął blondyn, ponownie zwracając uwagę dziewczyny na swoją osobę. – Spójrz przez okno! – polecił, a dziewczyna odwróciła głowę i wyjrzała przez okrągłe okienko. Pod nią rozciągał się widok z samolotu na pogrążone w pierwszych promieniach słońca miasto.
- Witamy we Włoszech! – mruknął Shin i ponownie się przeciągnął, a Dea uśmiechnęła się ten widok. Jej serce radowało się jak nigdy dotąd, ale nie przez zapierający dech w piersiach widok miasta, tylko przez tego aroganckiego chłopaka, siedzącego w fotelu obok. Widok jego uśmiechu był najcudowniejszą rzeczą pod słońcem, jaka mogła ją spotkać w tym życiu…

W tym samym czasie…

Mężczyzna ubrany w ciemny garnitur spokojnie machał nogą w takt znanej tylko jemu melodii, wygodnie siedząc w miękkim fotelu. W jednej ręce trzymał zapaloną fajkę, a druga zwisała bezwładnie z oparcia.
- Heh – zaśmiał się cicho, sprawiając, że jego towarzysz podniósł głowę znad leżących chaotycznie na biurku papierów. – Ciekawe…
- Czy jesteś zadowolony, Panie? – zapytał towarzysz mężczyzny, a jego wąsiki na pyszczku zatrzęsły się z oczekiwania.
- Jak najbardziej, Mephistophelesie – odpowiedział nieznajomy głębokim głosem. – Wiedziałem, że mnie nie zawiedzie.
- Więc po co zamknąłeś ją w Diabelskim Zwierciadle? – spytało kocisko i skrzyżowało łapki na brzuszku.
- Widzisz, mój drogi przyjacielu, chciałem się upewnić, czy jest gotowa, aby spełnić swoje przeznaczenie…
- Ale wiedziałeś, co się może stać, jeśli nie uwolniłaby się do zachodu słońca! – rzucił Mephisto i poderwał się na nogi, na co mężczyzna zmroził go wzrokiem.
- Gdybyś bardziej przyglądał się Zwierciadłu, zauważyłbyś to, że w jego tafli pojawił się Klucznik…
- Klucznik?! – zapytał z niedowierzaniem kocur. – Czy on… on sam ją odnalazł?
- Hehe – ponownie zaśmiał się mężczyzna, podniósł fajkę do ust i zaciągnął się dymem. Nieśpiesznie wypuścił idealnie równe, dymne kółeczka. – Nie sądzę… To ona go wezwała…
Po jego wypowiedzi zapadła cicha, nic ani nikt nie odważył się poruszyć…
- Jednak i tak istniało spore ryzyko, że zostanie tam uwięziona na zawsze… – mruknął jeszcze Mephisto, ale już zdecydowanie z mniejszą siłą.
- Wiem, ale nie mogłem zainterweniować… – odpowiedział mężczyzna poważnym głosem, spoglądając na przyjaciela zimnymi oczami, święcącymi się w panującej w pokoju ciemności niczym dwa rubiny. – …Nawet, jeżeli to moja córka…

5 komentarzy:

  1. Napisany przez ~summon creature
    dnia 04.05.2014 o 19:35

    NIENAWIDZĘ CIĘ NORMALNIE!
    Jak mogłaś wyrolować tak czytelników? Ja taka smutna, z łezką w oku to wszystko czytam i czytam, że aż miałam ochotę walnąć laptopem i iść w pizdu. DOSŁOWNIE. AFHFH.
    Ale pokłony, normalnie. Kłaniam się ślicznie. Bo nie widziałam już dawno w tzw. „blogosferze” takiego zwrotu akcji, gdzie czytelnik mógł odczuć jakieś emocje.
    Ale serio, prawie się popłakałam. XDD I TEN GŁUPI GABRIEL, CO ON SOBIE WYOBRAŻAŁ, ZABIJAJĄC NASZEGO SHINA!

    Hmhm, oni gdzieś lecą, tak? To ja czekam na jakiś zwrot akcji, może będzie jeszcze jakiś dreszczyk emocji!
    Ale tak serio… idź zgiń. :((
    Masz może gg? Chętnie bym z Tobą pokonwersowała! :p

    Pozdrówki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisany przez ~CreativeViolet
      dnia 05.05.2014 o 12:53

      Hej, dzięki wielkie!
      Wow, nie wiedziałam, że ten rozdział tak wpłynie na uczucia moich czytelników. Na początku myślałam „Boże! Jak ja to wrzucę?! Przecież to jest tragicznie złe!” i miałam ochotę wykasować cały tekst i zacząć od nowa, ale ostatecznie stwierdziłam, że to w końcu 13 rozdział i coś musi z nim być nie tak… I chyba dobrze zrobiłam, sądząc po twoim komentarzu. Specjalnie dla ciebie i innych czytelników właśnie założyłam sobie GG i to mój numer: 50595566. Nie bójcie się pisać, nie gryzę, no może troszkę :P Naprawdę, wyczekuję waszych pytań i uwag, więc piszcie kiedy chcecie i o czym chcecie…
      Pozdrawiam, CreativeViolet

      Usuń
  2. Napisany przez ~Camille Ceciderit
    dnia 10.05.2014 o 19:55

    AAAAA!!! Nie wiem, co napisać!
    Całkowicie mnie zaskoczyłaś. W pierwszej chwili myślałam nawet, że to prawda, że Dea to wszystko sobie ubzdurała. Jednak potem doszłam do wniosku, że to nie miałoby sensu xD. Po co miałabyś to wszystko pisać, by tak to zakończyć?
    Po tej całej akcji na dachu, myślałam, że na zawał zejdę. ZABIŁAŚ go! A raczej Gabryś zabił… Masz szczęście, że Dei się to tylko śniło ^.^.
    No i końcówka. Myślałam, że to Gabriel wpadł na pomysł tego snu i że to on ją wyprawił w ten koszmar. A potem… Ka-bum! Lucek! Hahaha, czekałam, aż się pojawi :D! Właśnie przez końcówkę aż nie mogę usiedzieć w miejscu.
    Mam nadzieję, że 14. będzie szybko. Powodzenia i weny życzę!
    Camille Ceciderit

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisany przez ~CreativeViolet
      dnia 11.05.2014 o 11:20

      Hahaha, dziękuję Ci bardzo za komentarz.
      Już się bałam, że zapomniałaś o mnie… :( ale ponownie przywróciłaś moją wiarę w jakiś tam cel pisania tej Burzy (choć sama nie wiem jeszcze, jaki to ma być dokładnie cel). Odnośnie samego tego rozdziału, to jego forma powstała taka tylko i wyłącznie dlatego, że to był ten felerny, nieszczęśliwy rozdział 13. Kiedy pisałam plan Burzy, nie zakładałam pojawienia się tego snu i tym samym w pierwotnym planie Lucuś pojawiał się dopiero w II części tj. Płomieniu tylko jako wątek poboczny, natomiast w Rebelii już jako postać drugoplanowa. :P Ale Burza jest przede wszystkim skierowana do czytelników, więc staram się robić wszystko tak, by was jak najlepiej zadowolić (przez Asha mam dziwne skojarzenia z tym słowem -_-), toteż zmieniam w starych rozdziałach niektóre wątki, zmniejszając ich absurdalność, a w niektórych dodaję jeszcze więcej dziwactw i pikanterii. Mam nadzieję, że nie spartolę tego bardziej niż początkowo :)
      Rozdział 14 pojawi najprawdopodobniej pod koniec maja lub, co bardziej prawdopodobne, w drugim tygodniu czerwca zaraz po tym, jak zbiorę wszystkie materiały do wakacyjnego terroru bandy u cudownych Hiszpanów, mrau…
      Pozdrawiam i do następnego!
      Creative Violet
      P.S. Jak będę miała trochę więcej czasu, to z chęcią poczytam wasze blogi, więc jak chcecie, to możecie mi wysłać adresy, albo sama je znajdę muahahahahha (cholera, na klawiaturze jest strasznie ciężko zrobić diaboliczny śmiech)

      Usuń
    2. Napisany przez ~Camille Ceciderit
      dnia 13.05.2014 o 15:52

      Hahaha ja miałabym o tobie zapomnieć? Nigdy w życiu! Po prostu przez remont nie mam za bardzo dostępu do internetu i przeczytałam 13. dopiero jakiś tydzień po tym jak ją opublikowałaś ( teraz siedzę u koleżanki i męczę ją, żeby dała mi chwilę na odpisanie ci :P ). Poza tym mam twój blog w obserwowanych i staram się często sprawdzać, czy nikt niczego nowego nie dodał.
      Hmm, mówisz, że 14. będzie do połowy czerwca? To akurat wrócę z wycieczki klasowej! Niestety nie pojadę do Włoch, tylko nad jezioro… ale i tak będzie super – w końcu poszaleję z klasą :D .
      Tak więc powodzenia ;).

      Usuń