„Ktoś, kto powiedział, że czas
goi wszystkie rany, jest kłamcą.”
~ Janusz Leon Wiśniewski
Jasne promienie słońca zapowiadające
przyjście wiosny wpadły do pokoju przez niezasunięte grafitowe zasłony.
Przebyły długą drogę od okna aż do łóżka tylko po to, aby ogrzać swoimi
złocistymi paluszkami twarz śpiącej dziewczyny. Rozłożyły się na jej
policzkach, a niektóre zamigotały w ciemnych włosach, przypominając sobie barwę
lecących w słońcu kruków. Była to ich ulubiona zabawa – budzić pogrążone w
sennej krainie duszyczki przez ich delikatny, ciepły dotyk. Zgodnie twierdziły,
że to o wiele lepsza pobudka od budzika czy krzyku wkurzonego rodzica,
małżonka, rodzeństwa czy współlokatora. Nikt nie potrafił budzić śpiących tak
jak one, głaszcząc i szepcząc zaczarowane słowa, które sprawiały, że na
twarzach ludzi wykwitał delikatny uśmiech…
Dziewczyna rozciągnęła swe wargi w uśmieszku
i otworzyła zaspane oczy, a słońce zamigotało w jej czerwonych tęczówkach.
Jeszcze nigdy nie czuła się tak wypoczęta! Zupełnie jak nowo narodzona! To będzie wspaniały dzień, pomyślała
pełna pozytywnej energii. Spojrzała na budzik i z zaskoczeniem stwierdziła, że
przynajmniej dzisiaj nie spóźni się. Przeciągnęła się i podniosła z łóżka.
Spojrzała na drugą stronę pokoju, spodziewając się zobaczyć wciąż śpiącą
blondynkę, przyciskającą do piersi swojego misia od Asha, ale jej łóżko stało
puste. No cóż, pewnie wstała wcześniej…
Dea nie zmartwiła się tym zbytnio, zamiast tego naszykowała sobie ubranie i
poszła wziąć kąpiel. Wróciła jakiś czas później, chwyciła torbę z książkami i
wybiegła z pokoju. Cała w skowronkach zeszła na śniadanie, ale tam o dziwo, także
nikogo nie było. Pewnie są w gabinecie Mephisia
na jakiejś naradzie, pomyślała niezrażona i usiadła na krześle przy
stoliku. Po chwili pojawił się młody mężczyzna ubrany w białą bluzkę i ciemną
kamizelkę pasującą do spodni. Postawił przed dziewczyną talerz ciepłych
bułeczek z marmoladą i herbatę, po czym niezwłocznie oddalił się z powrotem do
kuchni, a dziewczyna zaczęła zajadać się tymi pysznościami.
Po skończonym posiłku poszła do klasy na
poranne zajęcia. Choć do rozpoczęcia lekcji nadal pozostało sporo czasu,
postanowiła go spożytkować na naukę… Ta, jasne… A niebo jest zielone, a trawa
fioletowa. Choć otworzyła książkę na odpowiednim temacie, nie potrafiła skupić się
na czytanych słowach. Nie miały żadnego sensu. Sinus, cosinus, tangens i
cotangens. Kto wymyślił takie durne nazwy dla tego badziewia?! Przecież to
idzie sobie język połamać na próbach wymówienia tych słówek, a o wartościach
trygonometrycznych do zapamiętania nawet nie wspominając! I tak całe skupienie
poszło strzelić sobie kulkę w łeb… Dea cały czas gapiła się przez okno,
obserwując spacerujących uczniów, aż w pewnym momencie usiadła przed nią niska
szatynka ostrzyżona na chłopaka, jednak pomimo takiego wyglądu nadal wydawała
się być niezwykle dziewczęca.
- Cześć – przywitała się wesoło, odwracając
uwagę Dei od ludzików za oknem.
- Hej – odparła niepewnie czarnowłosa.
Pierwszy raz widziała to dziewczę na oczy, a ona podeszła do niej od tak, jakby
się znały od wieków.
- Myślisz, że uda się nam wyskoczyć w tym
tygodniu na jakieś małe zakupy?
- Zakupy? Nie wiem, ja nie lubię szlajać się
po sklepach.
- Oj, nie kłam! – odpowiedziała dziewczyna z
uśmiechem i żartobliwie pogroziła Dei palcem. – Ty uwielbiasz chodzić na
zakupy!
Dea
zastanowiła się chwilę nad tym, jednak żadne sensowne wyjaśnienie nie chciało
się pojawić w jej mózgu. Oprócz…
- Przepraszam, ale czy czasem nie pomyliłaś
mnie z kimś? – zapytała dziewczynę, która nagle przestała się uśmiechać. – Nie
znam cię.
- Deo, to jakiś żart? Jak tak, to nie
śmieszny – mruknęła dziewczyna i chwyciła czarnowłosą za rękę. – To ja, Leah!
Twoja przyjaciółka z dzieciństwa…
Dea
wyrwała rękę z uścisku i warknęła do szatynki rozeźlona – I kto tu kłamie?! Nie
znam żadnej Leah’i, a tym bardziej nie jest ona moją przyjaciółką! – szatynka
spojrzała na Deę przerażonymi oczętami, po czym zaczęła z niewiadomych przyczyn
płakać.
- Co tu się dzieje?! – rozległ się okrzyk od
strony wejścia, po czym do Dei podbiegła kolejna dziewczyna – tym razem wysoka
blondynka. Jej włosy związane w koński ogon podskakiwały przy każdym kroku
dziewczyny, a ciemnogranatowa spódniczka falowała między jej zgrabnymi nogami.
– Co się stało?
- Dea… Dea… powie… powiedziała, że nie… że nie jesteśmy… przy… przyjaciółkami… –
wychlipała szatynka i rozpłakała się jeszcze bardziej, na co blondynka
przytuliła ją do siebie i zaczęła uspokajająco głaskać.
- No już, już… Cii, uspokój się Leah, ona na
pewno nie miała tego na myśli. Prawda? – zwróciła się do Dei, szukając u niej
wsparcia.
- Nie wiem, co tu się wyprawia, ale nie znam
ani jej ani ciebie – warknęła czarnowłosa, na co Leah znowu zaczęła płakać. –
Weźże ucisz tą beksę! Wkurza mnie! – warknęła do blondynki, a ta spojrzała na
nią zszokowana.
- Dea! Przegięłaś! Nie wiem, o co ci dzisiaj
chodzi, ale lepiej będzie jak się zamkniesz!
- Taa? A kim jesteś, aby mi rozkazywać?
- Twoją opiekunką i współlokatorką - Lis! –
wydarła się blondynka i teraz cała klasa spoglądała na nie zaciekawiona. –
Przestań się wydurniać i przeproś Leah’ię!
Deę
zamurowało. Coś tu było nie tak, cholernie nie tak! Nie znała imion tych
dziewczyn, nie mieszkała z żadną z nich, a tym bardziej nie przyjaźniła się z
nimi.
- Przestańcie kłamać! – krzyknęła na nie i
energicznie wstała ze swojego miejsca. Jej pierś falowała od powstrzymywanej
furii. – Nie znam was! Moja współlokatorka nazywa się Miracle Cross i żadna z
was nie wygląda tak jak ona! Gdzie ona jest? Gdzie jest Miri?!
Teraz
już wszyscy spoglądali na nią zaniepokojeni. Niektórzy odsunęli się od niej,
aby przypadkiem nie znaleźć się w pobliżu, kiedy wybuchnie, co było
nieuniknione.
- Czy to jeden z tych twoich odlotów do
krainy fantazji?! – wrzasnęła blondynka i również wstała. – Wymyśliłaś następną
historię i teraz ją jak zwykle odgrywasz?! Jeżeli tak, to proszę cię, tym razem
powstrzymaj się i najlepiej wróć do pokoju, albo idź do dyrektora i tam się
rozładuj!
- A żebyś wiedziała, że pójdę! Niedobrze mi,
kiedy przebywam w jednym pomieszczeniu z takimi kłamczuchami! Znajdę Miracle
albo Asha, a najlepiej od razu pójdę do Mephista i zapytam się go, dlaczego
przyjął do Akademii takie dwa aroganckie babsztyle jak wy!
- Więc idź! Droga wolna! Mam dosyć tych
twoich eskapad! Znosiłam je wystarczająco długo! – odwarknęła blondynka - Lis i
odwróciła się od Dei, chwytając szatynkę w ramiona i starając się uspokoić
wciąż płaczącą dziewczynę, natomiast Dea przepchnęła się przez tłum uczniów i
wybiegła na korytarz. Pognała prosto do gabinetu Mephistophelesa, mijając po
drodze zaciekawionych gapiów. Guzik mnie
obchodzi, co sobie pomyślą. Mam za dużo problemów, żeby zastanawiać się
jeszcze, jak odbierają mnie przypadkowi uczniowie…
Wpadła do gabinetu bez pukania, spodziewając
się ujrzeć kota siedzącego w pozie władcy na tronie, pykającego powoli fajeczkę
i niespiesznie wypuszczającego kółka z dymu, jednak na fotelu usadowił się
jakiś obcy, starszy dziadyga w okularach, przeglądający papiery. Kiedy
dziewczyna wparowała do pokoju, podniósł wzrok znad kartek i spojrzał na nią
zdenerwowany, jednak jak tylko rozpoznał dziewczynę na jego twarzy pojawiło się
zmieszanie.
- Oh, panienko Deo! Co panienkę dziś
sprowadza do mojego gabinetu?
- Kim jesteś?! – warknęła przerażona,
jednocześnie gromiąc faceta wzrokiem. – Gdzie jest Mephisto?! Gdzie jest ten
durny kocur?! Dlaczego nie ma tu Miri?!
Mężczyzna
zgarbił się pod tym ostrzałem pytań, a Dea stała tam jeszcze bardziej wyprowadzona
z równowagi i przerażona. Zaczęła się niekontrolowanie trząść. Co tu się wyprawia, do jasnej cholery?!
- Spokojnie, panienko. Niech panienka
usiądzie i wszystko mi na spokojnie wytłumaczy – poradził staruszek i wskazał
na kanapę stojącą pod ścianą, na której jeszcze niecałe dwa tygodnie temu
zasnęła po uwolnieniu Shina… No właśnie, Shin! Go również nie widziała od
wczoraj. Przecież powinien być w jej klasie, a co jak zniknął tak samo jak
Miri? Co, jeśli oni wszyscy zniknęli, albo Azazel ją porwał i wrzucił do
udawanej placówki, aby zwariowała?
Druga opcja
jest aż za durna, by być prawdą,
pomyślała, starając się jakoś to
wszystko uporządkować.
- Niech mi panienka opowie, co się dokładnie
stało – przerwał jej rozważania mężczyzna i podał dziewczynie filiżankę
herbaty. Dea spojrzała na niego spode łba i założyła ręce na piersi. Mężczyzna
westchnął przeciągle i odłożył filiżankę na biurko z cichym stuknięciem…
Ta jasne, jeszcze wypije herbatkę i zje
ciasteczko i jak grzeczna dziewczynka zdechnie na środku pokoju, po czym jej ciało
zostanie wywiezione do lasu i zakopane, tak jak chciałby tego Azazel. Czy ja wyglądam na aż tak głupią, żeby dać się tak łatwo podejść?
- Chcę się dowiedzieć gdzie jest dyrektor tej
Akademii – Mephistopheles Sloth, w którego gabinecie się obecnie znajdujemy, a
także moi przyjaciele – Miracle Cross, Ashmodei Lechery, Kei Liang Xu a także
Shin Kuroshi. A także kim ty jesteś i co to za dwie dziewczyny z mojej klasy –
Leah i Lis?
- Panienko Deo, nie wiem, co się stało, ale
odnoszę wrażenie, że jest panienka niezwykle skonfundowana… – mruknął, wyraźnie
akcentując sylaby. Skonfundowana, co? Ja
ci dam skonfundowaną, cholerny stary dziadygo!, zirytowała się w myślach,
na szczęście powstrzymała się jakoś od wypowiedzenia tego na głos. – Jednak
jeżeli odpowiedzi na te pytania mają pomóc, to w takim razie służę pomocą – dopowiedział
spokojnie mężczyzna i odchrząknął. Założył ręce na kolanie i spojrzał na nią
poważnym wzrokiem. – Nazywam się Henrich Miller IV i jestem dyrektorem tej
placówki edukacyjnej. Mephistopheles Sloth nie mógłby być dyrektorem tutaj,
ponieważ to stanowisko przechodzi z ojca na syna w rodzinie Miller już od
czterech pokoleń. W rejestrze uczniów nie występują takie osoby jak Miracle
Cross, Ashmodei Lechery ani Kei Liang Xu. Natomiast uczeń Shin Kuroshi chodzi
do klasy 2C…
- A co w takim razie ze mną? Kim ja jestem? –
spytała na skraju załamania nerwowego. Nie było tu ani Miri, ani Asha, ani
Mephisia, ani żadnego z jej przyjaciół. Jedyną osobą, która znała w całej
szkole był Shin, więc musiała go jak najszybciej odszukać i zapytać o co tu
chodzi, jednak najpierw potrzebowała dowiedzieć się czegoś o tej „Dei” którą tu
sobie stworzyli.
- Dea Leacú – córka Jamesa i Alishi Leacú,
urodzona 23 czerwca w Dublinie. Mistrzyni świata w Młodzieżowych Zawodach Sztuk
Walki Kobiet, uczennica Akademii Saint Ardor, uczęszcza do klasy 2A, członkini
szkolnego Klubu Filmowego oraz przyjaciółka Leah Caruso i Elisabeth Dortmonde…
- Czekaj… – przerwała mu zdławionym głosem. –
Powiedziałeś, że jestem córką Jamesa i Alishi Leacú, czyli, że oni… żyją?
- Oczywiście, panienko. Będą tutaj wieczorem,
aby pogratulować ci zwycięstwa w MZSWK… Yhym, panienko? Dlaczego płaczesz?
- Co? – zapytała dziewczyna i podniosła rękę
do twarzy, a po jej palcach spłynęły słone łzy. Dea spojrzała na dłoń i zadrżała,
nie mogąc opanować swych emocji. – To dlatego, że to takie nieoczekiwane… –
wyjąkała, starając się nie rozpłakać na dobre. Moi rodzice! Moi rodzice żyją i spotkam ich za parę godzin! – Już
teraz wszystko dobrze, tak myślę…
- Panienko, proszę, niech panienka wróci do
swojego pokoju i odpocznie przez poranne zajęcia, a jeżeli poczuje się panienka
lepiej, może wrócić po lunchu na lekcje. Musi być panienka potwornie zmęczona
po tych zawodach, dlatego nie mogła sobie przypomnieć.
- Tak, masz rację, stary pryku…
- Dyrektorze – poprawił mężczyzna
machinalnie, po czym uśmiechnął się do dziewczyny i pożegnał z nią. Dea wstała
i na trzęsących się nogach wyszła z gabinetu. Przeszła korytarzem i wróciła do swojego
pokoju. Położyła się na łóżku i pozwoliła płynąć łzom. To niemożliwe, żebym poznała ich. Czy to może być prawda? Chciałabym
ich poznać i przytulić się do nich. Nigdy nie miałam prawdziwej rodziny. Nigdy
nie zaznałam matczynego ciepła. Nic się nie stanie przez ten jeden dzień, co
nie? Jutro dowiem się, o co tutaj chodzi i jak mogę wrócić do swojego świata…
Dziewczyna skuliła się w kłębek i zamknęła
oczy, jednak pomimo wielu prób, sen nie przychodził. Zeskoczyła więc z łóżka i
podeszła do stojącego w rogu pomieszczenia biurka w poszukiwaniu jakichś zdjęć
czy czegokolwiek, co mogłoby jej pomóc w odnalezieniu się w tej dziwnej
rzeczywistości. Nagle jej wzrok przyciągnął plik pogiętych kartek, włożonych
pomiędzy książki i zastawionych planem lekcji. Sięgnęła po nie i spojrzała na
pierwszą stronę głoszącą „Burza.” I nic więcej, żadnego dopisku, autora,
zupełnie nic. Przerzuciła na następną stronę i na następną i na następną, a
serce stanęło jej w piersi, podeszło do gardła, po czym ponownie opadło i
eksplodowało. Miała przed sobą całe swoje życie, dokładnie każdą ich przygodę
opisaną z najdrobniejszymi szczegółami: spotkanie z Shinem, pogrzeb, poznanie
Asha, Mephista, Miri, Gabriela, Mikiego, Rafaela i Keia. Ich wspólne wygłupy i
przygody. Jej uczucia i rozmowy, jej uśmiechy i jej łzy.
Wszystko…
Usiadła na fotelu, podciągnęła kolana pod
brodę i czytała dalej, a na jej twarzy co rusz pojawiał się delikatny uśmiech
lub niespodziewanie wybuchała śmiechem, a niekiedy miała olbrzymią ochotę
rozpłakać się i zacząć wrzeszczeć. Minęło sporo czasu, zanim doszła do
ostatniej strony i odłożyła ją na bok, po czym sięgnęła po kolejną,
spodziewając się kontynuacji, której nie było. Spanikowana, wstała z krzesła i
zaczęła przetrząsać biurko w poszukiwaniu następnych kartek. To nie mogło się
tak skończyć! Nie, nie, nie! Po prostu nie mogło! Musiała się dowiedzieć, co
będzie działo się dalej, czy Ash mówił prawdę, czy pieczęć wytrzyma czy się
złamie, czy nadchodzące wakacje przyniosą zgubę? I najważniejsze pytanie: czy
ta papierowa Dea przyzna się do swych uczuć przed Shinem i czy on czuje to samo
do niej?
Ale
pomimo wyrzucenia na środek pokoju wszystkich możliwych papierów, dziewczyna
nie znalazła kontynuacji. Opadła na ziemię z jękiem i zapatrzyła się w sufit.
- Już się lepiej czujesz?... Łooo! Co tu się
stało?! – wrzasnęła blondynka stojąca w drzwiach i podbiegła do Dei. Czarnowłosa
przekrzywiła głowę w bok i spojrzała nic nierozumiejącym wzrokiem na intruza.
- Ktoś ty?
- Jezu! Dea, przecież to ja, Lis, twoja
współlokatorka – mruknęła dziewczyna, jednak jej złość powoli zaczynała opadać.
– Przyszłam sprawdzić jak się czujesz… O, widzę, że znalazłaś swój manuskrypt.
A wczoraj tak się martwiłaś, że zostawiłaś go na zawodach…
- Manuskrypt? Mój? – spytała czarnowłosa i
podniosła się z ziemi, a blondynka zaczęła zbierać papiery z podłogi.
- Tak, twoje nowe opowiadanie. Pracujesz nad
nim już parę miesięcy, ale nie potrafisz go skończyć. A obiecałaś, że jak
napiszesz całość, to dasz mi do przeczytania!
- Ah, tak. Przepraszam – mruknęła Dea i
ponownie opadła na podłogę. – Wiesz, to całe opowiadanie… Czasem wydaje mi się,
że gdybym miała wybierać, to nie zdecydowałabym się żyć w takim świecie, jakim
go opisałam. Tam wszystko wydaje się być… bolesne. Dziewczyna nie zna swych
rodziców, a człowiek, który ją przez całe życie wychowywał nagle zostaje
zamordowany. Anioły i demony toczą bitwę o jej duszę, o jej moce i o jej serce.
I pośród tego całego chaosu, zakochuje się w najbardziej nieodpowiedniej
osobie. A ich uczucie może wszystko
zniszczyć, pogrążyć cały świat w ciemnościach… Czy to nie bolesne? Taka miłość,
taki świat, takie życie…
- Bolesne czy nie, każdy z nas ma tylko jedno
życie do przeżycia, tylko tych parę chwil dla których warto się podnieść i iść
dalej – powiedziała poważnie blondynka, spoglądając Dei w oczy, a na jej ustach
igrał delikatny, tajemniczy uśmieszek. – „Zaraz
na początku życia ktoś powinien nam powiedzieć, że umieramy. Może wtedy
żylibyśmy pełnią życia w każdej minucie każdego dnia.” ...Wiesz, kto to powiedział? – Dea pokręciła głową, czekając aż dziewczyna
odpowie, jednak ta tylko uśmiechnęła się szerzej i pomogła czarnowłosej wstać.
– Więc twoją misją jest, aby się dowiedzieć. A teraz chodźmy na lunch. Ktoś
czeka na ciebie!
- Ktoś? Kto? – wyrzuciła z siebie Dea, ale
blondynka już zdążyła pociągnąć ją do wyjścia i dalej w stronę kafeterii. –
Hej, Lis! Odpowiedz mi!
- Hehe, dowiesz się, jak dojdziemy – rzuciła
jeszcze Lis i przyśpieszyła. Po chwili znalazły się na dole w kafejce, gdzie
zazwyczaj wszyscy jedli posiłki. Przy stoliku po lewej stronie, zaraz koło
olbrzymiego okna wychodzącego na dziedziniec siedziała szatynka z rana.
Uśmiechała się i rozmawiała z jakimś chłopakiem, siedzącym przodem do okna,
toteż Dea widziała tylko tył jego pleców. Może
to jej chłopak? pomyślała, podchodząc do stolika. Szatynka dojrzała ją i
uśmiechnęła się niepewnie, a po chwili także chłopak odwrócił głowę i spojrzał
na Deę. Serce dziewczyny po raz kolejny tego dnia stanęło, po czym zabiło
jeszcze szybciej.
- Gabriel! – krzyknęła i rzuciła się
chłopakowi w objęcia. – Jesteś tu! Jak to możliwe? Przecież… przecież nie ma tu
innych.
- Witaj, Deo – powiedział szatyn i uśmiechnął
się do dziewczyny. Zniżył głowę i pocałował ją namiętnie w usta. Dea wyrwała
się mu objęć i spojrzała na niego zszokowana. Czemu on ją całował? Przecież wiedział,
że nic do niego nie czuje, więc dlaczego?
- Coś się stało? – spytał i wyciągnął rękę w
jej stronę. – Choć do mnie. Nawet nie wiesz, jak bardzo stęskniłem się za swoją
narzeczoną!
- Narzeczoną? – zaskrzeczała czarnowłosa
głosem podniesionym o parę oktaw. – Czyją niby narzeczoną?
- Nooo, moją… Jesteśmy sparowani od dziecka –
rzucił Gabriel i potargał włosy. – Przecież już o tym rozmawialiśmy z naszymi
rodzicami. Na początku było ciężko, ponieważ nie potrafiłaś tego zaakceptować,
a ja powiedziałem, że cię nie poślubię dopóki mnie nie pokochasz. Ale potem
zaczęliśmy się spotykać i powoli przekonałaś się do mnie i od wczoraj jesteśmy
oficjalnymi narzeczonymi. Nawet na potwierdzenie tego dałem ci pierścionek
zaręczynowy.
Dea
spojrzała na swą dłoń i rzeczywiście, na palcu połyskiwał złoty pierścionek z
diamentowym sercem na środku. Jak mogłam
nie zauważyć tego czegoś wcześniej?!
- Ale ja jestem za młoda na ślub! –
powiedziała dziewczyna i zaczęła się powoli wycofywać. Spojrzała jeszcze na
zdziwionego Gabriela i zaniepokojone dziewczyny, po czym odwróciła się i
wybiegła z kawiarenki. Nie potrafiła się zatrzymać. Serce w piersi szalało,
fale gorąca napływały, oczy robiły się coraz bardziej szkliste. Biegła tak
korytarzami w niewiadomym kierunku, a uczniowie schodzili jej z drogi. Wypadła
na dziedziniec i gnała dalej, aż w pewnym momencie wpadła na kogoś i się
zatrzymała. Spojrzała do góry i zauważyła grupkę chłopaków spoglądających na
nią z mordem w oczach. Nagle chłopak na którego plecy wpadła, zaczął się powoli
odwracać, a Dea aż się zachłysnęła. Bo oto stał przed nią jej Shin, jej
wspaniały, leniwy, despotyczny, egoistyczny, chamski, zboczony Shin.
- No no, księżniczko. Zgubiłaś się? – rzucił
w jej stronę, spoglądając na nią z ironicznym uśmieszkiem. – Czy może jest
jakiś cel w tym, że Wasza Wysokość pobrudziła sobie buciki schodząc do plebsu?
– mruknął, sarkastycznie się kłaniając dla podkreślenia swoich słów, a jego
towarzysze zaśmiali się.
Dea
nic na to nie odpowiedziała, jej serce na to nie pozwalało. Zamiast tego
rzuciła się na blondyna i wtuliła twarz w jego pierś. Wokół niej uniosła się
woń szamponu, którego używał chłopak, delikatnych perfum i potu. Ten zapach…
nic się nie zmienił. Pozostał dokładnie taki sam.
Zaskoczony chłopak pozwolił się na chwilę przytulić,
po czym szybkim ruchem odtrącił dziewczynę i złapał ją pod brodę. – Przestań
się mną bawić! Mam tego dosyć! Wracaj do tego swojego fagasa i niech to on cię
teraz przytula.
- Shin! Nie rozumiem tego! Czy możemy gdzieś
porozmawiać na osobności? – spytała z nadzieją w oczach. Z całych sił starała
się zobaczyć, czy pamięta ją i ich historię, ale nie wyglądało na to. Jego
zielone oczy pozostawały zimne i obojętne. – Proszę, zabierz mnie stąd…
Chłopak
ponownie spojrzał na nią i w jego spojrzeniu pojawiła się delikatna iskierka.
Westchnął przeciągle i potargał swe złote kosmyki.
- Czemu czuję, że to podstęp? – spytał sam
siebie, po czym spojrzał do tyłu na swoich towarzyszy, przyglądających się im
bez słowa skargi. – No dobra, ostatni raz – mruknął i chwycił ją za rękę, po
czym pociągnął za sobą, a jego przyjaciele również wstali i podążyli za nimi
jak cienie. Dea spojrzała na nich i przeszedł ją dreszcz. Dopiero teraz
zrozumiała, że weszła pomiędzy stado wilków, dla których była tylko smakowitym
kąskiem. Odwróciła od nich wzrok i
wpatrzyła się w splecione dłonie jej i Shina. Ale jakoś nie czuję, abym znalazła się w niebezpieczeństwie. Jego dłoń…
sprawia, że jestem spokojna…
Poszli za budynek szkoły, prosto do
obskurnego składziku na miotły i sprzęty treningowe, nieużywanego od lat. Kilku
chłopców z grupy wybiegło przed Shina i Deę i jeden z nich przywalił barem w
drzwi, które odgięły się kawałek, a reszta pchnęła je do środka. Shin spojrzał
na dziewczynę i uśmiechając się krzywo, pociągnął ją za sobą w ciemność
panującą w pomieszczeniu. Zaraz za nimi weszła cała reszta, zamykając drzwi z
ciężkim zgrzytaniem i pozbawiając ostatniego źródła światła. Blondyn sięgnął
ręką do ściany i wcisnął włącznik lampy, a ciemność momentalnie rozjaśniła się,
ukazując ciekawie urządzony pokój. Pod ścianą naprzeciwko drzwi stały kanapa i
fotele, a trochę dalej stary, przedepokowy telewizor postawiony na równie
starym i rozwalającym się stoliku. Gdzieś w kącie walała się lodówka, a oparta
o nią stała gitara. Natomiast w drugim kącie znajdowała się czerwona budka
telefoniczna, a zaraz obok niej drzwi prowadzące do innego, mniejszego pokoju.
Blondyn pociągnął dziewczynę w tamtą stronę,
po czym odwrócił się do swoich przyjaciół i warknął w ich stronę – Niech nikt
nam nie przeszkadza – po czym zamknął drzwi, odcinając siebie i dziewczynę od
reszty świata. Ten pokój urządzony był o wiele skromniej – zaledwie jedna
kanapa i stolik.
- A więc który z was zarąbał tą budkę
telefoniczną? – spytała, by wypełnić panującą między nimi ciszę. Odwróciła się
w stronę blondyna i zapatrzyła w jego twarz z opadającymi na zielone oczy złocistymi
kosmykami.
- Łup wspólny – mruknął chłopak wymijająco i
oparł się o ścianę, przyglądając się jej z nieodgadnioną miną. – Czego chcesz
ode mnie? Potrzebujesz modela do tej twojej historyjki, a fagas się nie
zgodził? Myślałem, że ostatnio powiedziałem ci, co myślę o tobie i o tym
pomyśle odgrywania scenek…
- Shin – szepnęła dziewczyna, spoglądając mu
głęboko w oczy. – Czy pomożesz mi, jeśli powiem, że chcę uciec?
Zapadła
między nimi cisza, podczas której blondyn zmarszczył brwi, jakby coś
analizował. – A czy mogę uciec razem z tobą? – zapytał w końcu i odbił się od
ściany, po czym podszedł do niej i chwycił jej ręce. Zbliżył je do ust i zaczął
delikatnie obcałowywać, paluszek po paluszku, kawałek po kawałku, przesuwając
się wyżej. Kiedy doszedł do szyi, dziewczyna westchnęła przeciągle i
wychrypiała krótkie „Tak”, po czym
Shin oderwał usta od jej skóry i spojrzał w oczy.
- Cieszę się – powiedział cicho i uśmiechnął
się, nie żadnym krzywym uśmieszkiem ani wrednym aroganckim uniesieniem jednego
kącika ust, tylko tym rzadkim, prawdziwym, niemal dziecięcym uśmiechem,
łagodzącym jego rysy twarzy. – Myślałem, że wybrałaś jego. Wczoraj, przed
zawodami, chciałem życzyć ci powodzenia i widziałem, jak on ci się oświadczył,
a ty się zgodziłaś… Myślałem, że nie wytrzymam tam, tak bardzo byłem wściekły!
Czułem się, jakbyś wyrwała mi serce i rzuciła je lwom na pożarcie. Chciałem cię
znienawidzić za to, że przez cały ten czas bawiłaś się mną, jednak nie
potrafiłem, ponieważ wszystko, czego pragnąłem, to widzieć twój uśmiech,
pocieszać cię, kiedy płaczesz, zasypiać i budzić się co rano koło ciebie…
Shin
przyciągnął ją do siebie i ukrył w uścisku swych ramion.
- Jeśli ty tu jesteś, mogę żyć w tym świecie
– mruknęła niemal niedosłyszalnie Dea w bluzę chłopaka, nadal oszołomiona jego
wyznaniem, po czym mocniej przytuliła się do blondyna.
Stali tak chwilę, kiedy do drzwi ktoś zapukał
delikatnie, po czym otworzyły się i w progu stanął wysoki, szczupły facet w
okularach i chrząknął znacząco.
- Mówiłem, żeby nam nie przeszkadzać! –
warknął Shin rozeźlony, jednak chłopak zdawał się nic sobie z tego nie robić.
- Wybacz, szefie, ale właśnie przyjechali jej
rodzice – odparł spokojnie okularnik i zaczekał na reakcję Shina.
- A więc dobrze, zaraz ją odprowadzę. To
wszystko, Chudy?
- Tak, szefie – odpowiedział Chudy i zniknął
za drzwiami.
- Deo, posłuchaj mnie dobrze – powiedział
chłopak, wypuszczając dziewczynę z uścisku. – Musisz iść na to spotkanie i
postarać się, aby niczego się nie domyślili. Twoi rodzice… nie zaakceptowaliby
mnie. Jutro w nocy uciekniemy. Bądź gotowa, przyjdę po ciebie, jak tylko
wszystko załatwię.
- Dobrze – mruknęła dziewczyna i puściła go.
Zrobiła jeden niepewny krok w stronę drzwi, kiedy nagle została złapana za rękę
i ponownie przyciągnięta do męskiej piersi. Jego usta odnalazły jej wargi i
zamknęły je w głębokim, stęsknionym pocałunku, przesyconym niepewnością, bólem,
nadzieją i pragnieniem. Ich obietnicą…
Shin puścił dziewczynę, a ona wyszła z pokoju
i nie oglądając się na resztę osób rozwalonych na kanapie i fotelach, opuściła
magazynek i pobiegła z powrotem do budynku szkoły. Na podjeździe stał czarny
bentley, a starszy mężczyzna ubrany w garnitur i czapeczkę szofera, otwierał
drzwi do samochodu. Najpierw na podjeździe pokazały się damskie nogi w beżowych
pantofelkach na wysokim obcasie, po czym do nóg dołączyła reszta ciała kobiety
ubranej w szarą suknię i narzuconym na nią bezowym płaszczykiem. Kobieta
poprawiła swoje już i tak idealne złociste włosy i ściągnęła ciemne okulary z
twarzy, po czym rozejrzała się na wszystkie strony, a kiedy jej wzrok odnalazł
Deę, na jej twarzy rozkwitł szeroki, perfekcyjny uśmiech.
- Deo! – zawołała kobieta i podeszła do
zastygłej dziewczyny. Pochwyciła ją w ramiona i przytuliła do siebie, a wokół
nich rozszedł się zapach drogich, ciężkich perfum. – Moja córeczka! Gratuluję
ci wygranej! Mama wierzyła w ciebie od samego początku. A co ważniejsze, moje
najszczersze gratulacje z okazji zaręczyn. Gabriel już nam zdążył wszystko
opowiedzieć i nawet nie wiesz, jak bardzo jestem szczęśliwa! Tyle lat czekałam,
aż powiesz „Tak”, no i w końcu udało się!
- Cześć… mamo – wyszeptała Dea, nadal nie
mogąc uwierzyć, że przytula ją kobieta, która jest jej matką. Tego uczucia nie
dało się porównać z żadnym innym. Samo w sobie stanowiło niebo. – Też się
cieszę, że cię widzę…
- Oh, Alishio! Daj dziewczynie odetchnąć, bo
zaraz ją udusisz! – rozległ się głęboki, roześmiany głos od strony samochodu.
Obie kobiety odwróciły się w jego stronę i dojrzały opierającego się o samochód
szczupłego mężczyznę. Miał na sobie ciemnogranatowy garnitur, podkreślający
błękit jego oczu. Ciemne włosy zaczesał na bok, a wąs na twarzy rozciągał się
wraz z uśmiechem.
- Tato! – zawołała Dea i podbiegła do
mężczyzny, po czym rzuciła się na niego i przytuliła do człowieka, który jęknął
przeciągle z bólu.
- Przepraszam! – zawołała spanikowana
dziewczyna, spoglądając na jego twarz.
- E tam. Stary już jestem i zapomniałem jak
to jest, kiedy rzuca się na ciebie taka młoda i śliczna dziewczyna jak ty… –
powiedział mężczyzna i roześmiał się. Potargał córce włosy i uśmiechnął się
jeszcze szerzej. – Wyrosłaś, moja droga. I stałaś się naprawdę wspaniałą i
przepiękną młodą kobietą.
- Nie zapominaj po kim odziedziczyła urodę –
rzuciła blondwłosa kobieta i stanęła obok swojego męża. – Wsiadaj do samochodu.
Mamy dla ciebie prezent z okazji zaręczyn… – poleciła, a czarnowłosa z lekkim
oporem wykonała jej polecenie.
Zaraz za nią wsiedli rodzice, a szofer
zamknął drzwi i po chwili samochód wytoczył się powolnym ruchem za bramę, by po
chwili naprać prędkości. Jechali tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu samochód
zatrzymał się pod olbrzymim hotelem. Szofer otworzył drzwi i dziewczyna
wysiadła z samochodu, po czym dołączyli do niej rodzice. Kobieta chwyciła córkę
pod ramię i pociągnęła w stronę wejścia.
- Kochanie, potrzebujemy 15 minut, dobrze? –
powiedziała, a mężczyzna kiwnął tylko głową i oddalił się w stronę restauracji.
- Chodź, chodź, słoneczko! – poleciła kobieta
i zniknęła we wnętrzu hotelu wraz z córką. Przeszły do windy i pojechały na
ostatnie piętro. Jak tylko drzwi się otworzyły, ukazał się wspaniały pokój z
widokiem na miasto. Dea podbiegła do okna i zapatrzyła się na rozświetlone
miasto, niknące w mrokach nocy.
- Cudownie – szepnęła zahipnotyzowana.
Pierwszy raz znajdowała się w penthousie i w sumie, mogłaby się do tego
przyzwyczaić…
- Wspaniały widok – poparła ją kobieta i
pochwyciła kosmyk jej czarnych włosów i zamlaskała niezadowolona. Wyciągnęła z
torebki szczotkę, parę wsuwek i już po chwili włosy Dei były ułożone we
wspaniałą, misterną fryzurę. – Chodź,
musisz się przebrać, ponieważ twój ojciec na nas czeka… – powiedziała kobieta,
kiedy skończyła dopieszczać swoje dzieło.
- Dobrze – mruknęła dziewczyna i odeszła od
okna. Alishia dała jej torbę i popchnęła leciutko w stronę łazienki. Huh, czy nie przeżyłam już czegoś takiego?
pomyślała, zamykając za sobą drzwi do pomieszczenia. Dea rozebrała się do
bielizny, wyciągnęła sukienkę z opakowania i założyła ją przez głowę.
Biało-niebieski materiał spłynął falami wokół jej kostek, doskonale przylegając
do ciała dziewczyny. Ostatnim razem to
Miri i Rafael pomagali mi wyszykować się na festiwal. I jakoś wtedy byłam
bardziej szczęśliwa niż teraz… Dea sama nie wiedziała, dlaczego właśnie o
tym pomyślała. Nigdy nie była sentymentalna ani nie przywiązywała się do ludzi.
Teraz miała wszystko. Rodziców, pieniądze, piękno, władzę, miłość i podziw
innych. Czy jakakolwiek nastolatka może marzyć o czymś jeszcze? Jednak coś nie
dawało jej spokoju, ta sukienka była zbyt perfekcyjna, jej życie zbyt idealne,
a ten ostatni pocałunek z Shinem wydawał się jej jakiś taki… pusty… Zupełnie
jakby musiał to zrobić, a nie, że chciał. Jak zaprogramowany robot, puste i
nieczułe naczynie. Więc, czy mogła pozostać w tym pustym i nieczułym świecie,
gdzie wszystko szło po jej myśli? Czy rzeczywiście takie życie byłoby lepsze?
Czy to naprawdę szczyt jej marzeń? …
- Deo? Ubrałaś się już? – przerwał jej
kobiecy głos zza drzwi. Teraz jak mu się przysłuchała, brzmiał cały czas tak
samo, bez żadnych zmian ani przerw, zupełnie jakby ktoś czytał wcześniej
przygotowany scenariusz… – Podoba ci się prezent? To twoja suknia ślubna!
Dea otworzyła drzwi i stanęła oko w oko ze
swą matką. Przyjrzała się jej jeszcze raz od stóp do głów. Aż tryskała
perfekcją, wszystko, nawet najdrobniejszy kosmyk włosów czy zagięcie materiału,
były doskonale ułożone. Szare oczy w kształcie migdałów spoglądały na nią i
jednocześnie nie spoglądały, ponieważ wyglądało to tak, jakby patrzyły przez
nią, a nie na nią. Zimne, obojętne, mechaniczne… Jak mogła tego wcześniej nie
zauważyć? Ta kobieta… Ta kobieta to tylko iluzja! Nie była jej matką, nie była
nawet człowiekiem! Zupełnie jak cały ten świat! Musiała się jakoś z niego wydostać…
- Przepraszam, ale nie mogę wyjść za Gabriela
– powiedziała, spuszczając głowę. Nawet jeżeli wiedziała, że stojąca przed nią
kobieta nie istnieje, nie mogła spojrzeć jej w oczy, ponieważ jej serce
uważało, że zawiodła swą matkę i przez to cierpiało. – Nie kocham go.
- Czy to przez tego gangstera? Jak mu tam…
Shin? Shin Kuroshi? – spytała kobieta wymodulowanym głosem, zakładając ręce na
piersi. – Co on ci może dać? Nie ma nic, to sierota, nad którą zlitował się
Henrich i zabrał go z sierocińca, ponieważ był niezwykle inteligentny. Ale,
słoneczko, w dzisiejszych czasach inteligencja bez kontaktów nic nie znaczy. On
może jedynie upaść na samo dno i przy okazji pociągnąć ciebie. Czy tego właśnie
chcesz?
Dziewczyna
uniosła głowę i zgromiła ją wzrokiem. – Nic nie wiesz o Shinie! A tym bardziej
nic nie wiesz o mnie! I jakim prawem śmiesz oceniać ludzi tylko po tym, gdzie
się urodzili i wychowali?!
- Ponieważ stoję ponad nimi – powiedziała
spokojnie kobieta, a dziewczyna aż zachłysnęła się. Więc to się nazywa egotyzm… – Daj spokój, Deo. Przecież jesteś taka
sama jak ja… Jaka matka, taka córka… – zaszczebiotała i wyciągnęła rękę w
stronę Dei.
- Nie! – warknęła dziewczyna i odtrąciła
wypielęgnowaną do perfekcji dłoń. – Nie chcę być taka jak ty! Jesteś obrzydliwa!
Po
jej słowach zapadła cisza, kobieta nie odezwała się już ani słowem. Po chwili
odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę windy.
- Zejdź na dół, kiedy już się przyszykujesz.
Jutro jesz kolację zaręczynową z rodzicami Gabriela… – mruknęła, po czym weszła
do windy. – I to nie jest prośba… – rzuciła na koniec, a metalowe drzwi
zatrzasnęły się za nią, odgradzając kobietę od zrozpaczonego spojrzenia
czarnowłosej dziewczyny.
Dea opadła na kolana na środku pokoju i
chwyciła się za ramiona. Nie mogła tego zrobić! Nie mogła wyjść za Gabriela.
Nie mogła żyć tak jak oni jej każą. Nie mogła poddać się, zanim wszystko się
zacznie. I przede wszystkim, nie mogła zacząć teraz tu płakać! Wstała więc z
podłogi i niepewnym krokiem, na trzęsących się jak galareta nogach, wsiadła do
windy, ale jej celem nie była restauracja… Zamierzała dostać się do Shina i
uciec z nim jak najszybciej. Jeszcze dziś
w nocy…
Wybiegła z hotelu i złapała pierwszego
lepszego stopa – półciężarówkę z otwartym tyłem do załadunku, za której kółkiem
siedział napakowany staruszek z siwymi włosami związanymi w kucyk.
- Gdzie się wybierasz, dziewczynko, tak późno
w nocy? – zapytał zachrypniętym głosem, a jego oddech cuchnący papierosami
owiał twarz dziewczyny. To chyba był zły
pomysł pomyślała i cofnęła się o krok, co zauważył mężczyzna i roześmiał
się tubalnie. – Nie bój się, dziecko! Nie taki diabeł straszny jakim go malują!
Jeśli cię to uspokoi, to jestem prawym człowiekiem pracującym od 30 lat w
firmie transportowej i właśnie jadę do miasteczka Tilbury zawieść ostatnią tego
dnia dostawę warzyw i owoców…
- Hm, ja też zmierzam do Tilbury –
odpowiedziała niepewnie i zrobiła krok do przodu. – Cóż, nie wygląda mi pan na
gwałciciela i mordercę… Czy mogę się z panem zabrać?
- Hehe, skoro na samym początku znajomości
zadajesz pytanie o bycie mordercą i gwałcicielem, to wskakuj – odparł człowiek
i uśmiechnął się. W pewnym sensie przypominał Dei kogoś, jednak nie potrafiła
sobie przypomnieć kogo. Wsiadła do środka, a mężczyzna ruszył w stronę
miasteczka.
- A więc, dziecko, przed czym uciekasz… albo
raczej dokąd zmierzasz? – zapytał mężczyzna, spoglądając to na czarnowłosą, to
na drogę i tak w kółko.
- Skąd pan wie, że uciekam?
- Hehe, to widać! – odpowiedział mężczyzna i
wyciągnął prawą rękę w jej stronę, którą dziewczyna uścisnęła. – Anzelm jestem.
A ty, dziewczynko?
- Dea…
- A więc, Deo. Czy zechciałabyś się podzielić
swą historią z uciekinierem takim samym jak ty?
- To pan także ucieka? – spytała
zaciekawiona, a mężczyzna po raz kolejny roześmiał się i potargał jej włosy
swoją olbrzymią dłonią o twardej skórze. Były to ręce człowieka, który znał
wartość pracy w pocie czoła.
- Ano, że tak! – odparł i spojrzał na nią z
powagą. – Każdy z nas jest uciekinierem, tylko jedni uciekają o wiele dalej i o
wiele dłużej niż inni. Taki ja na przykład, uciekam już przeszło 40 lat, a
nadal nie potrafię dotrzeć do celu mojej wędrówki. Bo widzisz, moje dziecko, to
nie droga, którą przebyliśmy ani czas, jaki spędziliśmy podróżując mówi nam o
tym, że dotarliśmy do celu, tylko ludzie, którzy nas wyczekują. A ja przez te
lata chyba zdążyłem już zapomnieć, czego właściwie szukam…
- Ja nawet nie wiem, czego szukam… –
westchnęła cicho dziewczyna.
- To wspaniale! – odpowiedział Anzelm, a Dea
spojrzała na niego, nic nie rozumiejąc z toku myślenia tego faceta. – Jeśli nie
wiesz, czego szukać, masz pewność, że Coś znajdziesz i to Coś może się stać
twoim Czymś, czego poszukiwałaś. To naprawdę wspaniałe!
- Nie rozumiem pana – mruknęła przeciągle,
odwracając twarz do okna. – Jak mogę znaleźć Coś, skoro nawet nie mam pewności,
czy to jest tym Czymś?
- A po co ci pewność? – spytał mężczyzna i
tym razem zdawało się, że to on nie rozumie swej młodej towarzyszki podróży. –
Jeśli każdy z nas byłby pewny jutra, to życie stałoby się nudne i przewidywalne.
Jeśli coś nie ma sensu, to nie ma i nie można się w tym doszukiwać sensu, skoro
go nie ma. Pewne rzeczy trzeba wziąć na klatę i nie pytać samego siebie, czy to
jest „pewne”. Jeśli wierzysz, że największy stek bzdur jest prawdą, to tak
jest. I nie daj sobie wmówić, że jest inaczej!
- A jeśli się mylę?
- A jeśli masz rację? – odpowiedział
mężczyzna pytaniem na pytanie. – Czemu zawsze zakładasz, że inni mają rację, a
ty nie? Spójrz na ten świat. Ponad 6 miliardów ludzi, około miliard samochodów
i nieskończona ilość dróg, którymi można uciec. Jeśli każdego człowieka
powstrzymywałby brak sensu, to nadal żylibyśmy w epoce kamienia łupanego...
Światem rządzą szaleńcy, którzy nie boją się całkowicie zniszczyć sensu
otaczającej ich rzeczywistości, by później móc wybudować cały świat od nowa z
ich własnym sensem.
- A pan? Przed czym pan ucieka, albo raczej
dokąd pan zmierza? – zapytała, cytując jego własne słowa.
- Heh, ja moje drogie dziecko, zmierzam tam,
dokąd nikt nie chce iść… – odpowiedział tajemniczo.
- Czyli dokąd? – drążyła dalej temat
czarnowłosa.
- Do ostatecznego celu mej wędrówki –
ponownie odpowiedział wymijająco. Eh,
chyba nic z niego nie wyciągnę.
- Dziwny pan jesteś.
- Bom Polak! – rzucił Anzelm i zarechotał. –
I jako Polak mam prawo być dziwniejszy niż Anglik czy Angielka…
- Lubię dziwnych ludzi – rzuciła sennie
dziewczyna, zmęczona jednostajnym krajobrazem za oknem. – Są o wiele
zabawniejsi niż normalni… – szepnęła, po czym jej głowa opadła na siedzenie, a
oczy zamknęły się. Mężczyzna spojrzał na nią i pokręcił głową z uśmiechem. – Ta
dzisiejsza młodzież… Żeby tak zasypiać w każdym możliwym miejscu…
No, ale cóż
się dziwić? Miała dzisiaj dzień pełen nieoczekiwanych sytuacji, a jeszcze
pozostało parę godzin do świtu. Lepiej niech się prześpi, dobrze jej to zrobi…
Dea nie pospała za długo, bo po zaledwie
półgodzinie Anzelm obudził ją, szturchając delikatnie w ramię.
- Dojechaliśmy – mruknął, kiedy otworzyła
powieki i uniosła głowę. Przetarła oczy i spojrzała za okno. Ciężarówka
zatrzymała się niemal pod samą Akademią, wystarczyło, że przejdzie parę metrów
i znajdzie się ponownie w Jego ramionach.
- Dziękuję, panie Anzelmie – powiedziała,
odpinając się z pasów. Już miała wysiadać, kiedy mężczyzna rzucił na pożegnanie
– To ja dziękuję, Deo. Uważaj na siebie…
- Oczywiście – odparła z uśmiechem i pognała
do Akademii, a mężczyzna wysiadł z samochodu i oparł się o drzwi. Sięgnął ręką
do kieszeni i wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę. Wsadził jednego do ust
i odpalił, a ciemność nocy rozświetlił niespokojny, powiewający na wietrze
płomień. Zaciągnął się głęboko dymem, po czym niespiesznie go wypuścił,
podążając wzrokiem za znikającą sylwetką dziewczyny. – Mam nadzieję, że kiedyś
się jeszcze spotkamy… – mruknął w przestrzeń. Dopalił papierosa, po czym wsiadł
do ciężarówki i odjechał…
Dziewczyna pognała wprost do męskiego
internatu. Wbiegła po schodach na pierwsze piętro i przeszła pod drzwi do
pokoju Shina. Zapukała cicho i po chwili otworzył jej rozespany blondyn,
przecierający oczy, aby cokolwiek dojrzeć w ciemnościach panujących na
korytarzu.
- Deo? Co ty tutaj robisz? Woaah! – zapytał
sennie i ziewnął. Miał na sobie potargany podkoszulek, założony w pośpiechu tył
na przód i spodnie dresowe nisko
zwisające w pasie. – Czemu nie jesteś w
swoim pokoju?
- Musimy uciekać jeszcze dziś w nocy! –
rzuciła nerwowo i rozejrzała się po korytarzu. Jak tylko weszła do Akademii
miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Zatrzęsła się na korytarzu i chwyciła za
ramiona. Blondyn spojrzał na nią bardziej przytomnie i przyciągnął do siebie, starając się
uspokoić czarnowłosą.
- Nie możemy jeszcze uciec. Daj mi jeden
dzień, abym wszystko przygotował – odparł, przytulając ją mocno do siebie.
Przez cienki materiał swojej koszuli i jej sukienki czuł, jak szybko wali serce
dziewczyny, zupełnie jakby miało zaraz wyskoczyć z piersi. – Wróć do swojego
pokoju, a jutro w nocy będziesz już bezpieczna…
- Nie chcę być teraz sama… Czy… czy mogę
spędzić z tobą tą noc? – zapytała i zarumieniła się na policzkach. Chłopak
zawahał się przez chwilę, po czym kiwnął lekko głową i pociągnął dziewczynę do
pokoju.
- Poczekaj chwilę. Przebiorę się… – szepnął,
by nie zbudzić śpiącego współlokatora i zniknął w łazience. Dea usiadła na jego łóżku i zaczekała parę
minut, aż chłopak wyszedł przebrany w ciemne jeansy i bluzę. W ręce trzymał dwa
koce oraz drugi sweter, który rzucił czarnowłosej, aby okryła się nim.
- Chodź, pokażę ci coś pięknego… – mruknął i
wyprowadził dziewczynę z pokoju. Przeszli ciemnymi korytarzami do centralnej
części budynku i do góry po schodach, aż znaleźli się na ostatnim, trzecim
piętrze. Chłopak przystanął przy drzwiach prowadzących na dach, pochylił się
nad zamkiem i chwilę przy nim pomajstrował naprędce skombinowanym wytrychem, aż
usłyszał szczęk otwieranego zamka. Wyprostował się i z uśmiechem popchnął
drzwi, a zimne, styczniowe powietrze przywitało ich milionami szczypiących
mrozem pocałunków. Wyszedł na dach i poczekał, aż dołączy do niego Dea.
Dziewczyna zadygotała z zimna i szczelniej opatuliła się swetrem, po czym
zrobiła ten jeden krok i znalazła się na zewnątrz. Spojrzała w górę na nocny
firmament pokryty białymi plamkami niczym diamentami. Widok nocnego nieba z
dala od cywilizacji zaliczał się do jednych z najpiękniejszych widoków, które
widziała w życiu. Pobijał go tylko pierwszy, całkowicie szczery i bezbronny
uśmiech Shina, jaki udało się jej wychwycić. Jedna z tych rzadkich chwil, kiedy
wyglądał jak maleńki, słodki chłopiec spoglądający olbrzymimi, naiwnymi
oczętami na ulubioną zabawkę. Widok, który utkwił jej w pamięci na wieki…
Shin poczekał, aż czarnowłosa dołączy do
niego, po czym chwycił ją za rękę i poprowadził dalej. Znalazł suche miejsce,
przysłonięte do połowy dachem i tam też usiadł, po czym pociągnął dziewczynę w
dół i przyciągnął do swej piersi, by następnie okryć ich dwoma kocami.
- Spójrz tam – powiedział i wyciągnął rękę,
wskazując skupisko gwiazd po lewej stronie. – Ten olbrzymi, świecący punkt to
Księżyc, a trochę dalej od niego jest Jowisz. Widzisz go? – zapytał dziewczynę,
a ona kiwnęła głową potwierdzająco, nie mogąc oderwać wzroku od tego cudownego
widoku. Pierwszy raz oglądała z kimś gwiazdy. Zawsze wydawały się jej niezwykle
odległe, ale teraz czuła, że jeżeli wyciągnęłaby rękę, zdołałaby je pochwycić.
– Dobra, a teraz coś trudniejszego. Widzisz te dwie gwiazdy położone w równej
linii od siebie? Są niedaleko od Jowisza… To Kastor i Polluks, dwaj bracia
bliźniacy. W starożytnej Grecji mieszkała kobieta o imieniu Leda, żona króla
spartańskiego Tyndareosa. Pewnego dnia Dzeus zamienił się w łabędzia i uwiódł
Ledę, a jakiś czas później kobieta zniosła wielkie, łabędzie jajo. Spanikowana,
schowała jajo w wielkiej puszcze, wyścielonej miękkim puchem, aż któregoś dnia
jajo pękło i wyszło z niego czworo rodzeństwa, dwie dziewczynki i dwóch
chłopców. Dziewczynki nazwano Helena i Klitajmestra, a chłopców Kastor i
Polideukes. Helena była najpiękniejszą kobietą na świecie, jej siostra Klitajmestra
została żoną
Agamemnona, królową Myken, natomiast ich bracia odebrali surowe wychowanie.
Uczono ich biegać, strzelać z łuku, walczyć oszczepem i dzidą. Polideukes był
straszny w walce na pięści, Kastor zaś nie miał sobie równych w ujeżdżaniu
najdzikszych koni. Byli wzorem miłości braterskiej, zawsze nierozłączni.
Przyzwyczajono się nie wymieniać ich oddzielnie, lecz obejmować wspólnym
imieniem Dioskurowie - synowie Dzeusa. Gdy Kastor w pewnej bitwie padł martwy,
Polideukes nie chciał pozostać sam na świecie. Uprosił Zeusa, aby obydwu
przeniósł między gwiazdy, gdzie błyszczą do dziś jako gwiazdozbiór Bliźniąt… –
chłopak przerwał i spojrzał na Deę.
Dziewczyna oparła się o jego ciało i położyła
głowę na ramieniu blondyna. Jej oczy powoli zamykały się, a oddech stawał się
spokojniejszy. – Opowiadaj dalej… – wymruczała na wpół śpiąca. – Uwielbiam twój
głos…
- Heh… – zaśmiał się cicho blondyn i położył
rękę na jej głowie. Delikatnymi ruchami głaskał dziewczynę po włosach i
opowiadał dalej. – Spójrz w prawo. Tam niedaleko, zaraz za Księżycem biegnie
Orion z dzidą, a za nim pies – Syriusz. Według mitu greckiego Orion był
dzielnym myśliwym. Chwalił się, że może zabić każdą żywą bestię. Gaja, Bogini
Ziemi postanowiła ukarać go za przechwały i posłała skorpiona by go zabił.
Kiedy dowiedziała się o tym bogini Eos, przeniosła swego ukochanego pośród
gwiazdy, jednak bogini Gaja również uwieczniła na nieboskłonie swego skorpiona.
I tak, gdy Skorpion wznosi się na wschodzie, pokonany Orion zniża się na
zachodzie… Albo tam, wysoko, wysoko, niemal na samym krańcu widnokręgu wznoszą
się Perseusz oraz Andromeda, bohaterowie historii o złym królu bojącym się
śmierci oraz egocentrycznej królowej, która swoim zuchwalstwem wobec bogów
sprowadziła na swój kraj powódź i zniszczenie. Jednak mit o Perseuszu i
Andromedzie to tak naprawdę historia miłosna, jedna z nielicznych w greckiej
mitologii z dobrym zakończeniem… Śpisz? – przerwał i zapytał dziewczynę, jednak
ona już mu nie odpowiedziała, pogrążona w sennej krainie. – Co ja z tobą mam? –
westchnął przeciągle i zamknął oczy.
Nad nimi gwieździste niebo migotało milionami
nieopowiedzianych historii o ludziach i ich życiach, o ich uczuciach i drogach,
którymi podążali. O bitwach i tragicznych losach nieszczęśliwych kochanków.
Wszystkie te historie czekały na następną noc, by móc ujawnić swe piękno i
delikatność… Następną noc, którą młodzi ludzie mogliby spędzić ponownie w swych
ramionach…
Parę godzin
później…
Słońce zaczynało wschodzić na widnokręgu,
oblewając mroczny i niedostępny świat delikatnymi promieniami ciepła, kiedy to
drzwi na dach zostały z hukiem otwarte na oścież, a na zewnątrz wybiegło 6 osób.
Dea poderwała się z kolan Shina i spojrzała na intruzów, rozpoznając w nich
swoich rodziców, dyrektora Akademii, Leah’ię i Elisabeth, a także Gabriela.
Każdy z nich patrzył z obrzydzeniem na dwójkę siedzących na dachu młodych
ludzi.
- Deo, odejdź od niego! – zażądała jako
pierwsza matka Dei i zrobiła krok do przodu, a czarnowłosa wraz z Shinem
momentalnie poderwali się na równe nogi i odskoczyli od zbliżającej się
kobiety.
- Zostaw mnie w spokoju! – wrzasnęła
dziewczyna, coraz bardziej zbliżając się do granicy dachu. – Nie wyjdę za
Gabriela! Nie zmusisz mnie do tego!
- Deo, błagam odsuń się od krańca dachu.
Przecież możemy wszystko spokojnie przedyskutować, więc odejdź stamtąd –
poprosił ojciec, starając się za wszelką cenę rozładować sytuację, jednak z każdym
jego słowem, dziewczyna cofała się coraz bardziej.
- Nie!!! Nie będę z wami rozmawiać! Zostawcie
mnie w spokoju!!! – wykrzyknęła i ściągnęła z palca pierścionek, po czym
rzuciła go w stronę stojących naprzeciwko osób.
I
wtedy, ni z tego ni z owego do przodu wystrzelił Gabriel i podbiegł do Shina.
Walnął go w brzuch, a chłopak osunął się zszokowany na kolana, chwytając się za
pierś. Spomiędzy palców sączyła się lepka, czerwona substancja o metalicznym
zapachu – krew.
Wszyscy
spojrzeli przerażeni na Gabriela, w którego ręce błyszczał w pierwszych
promieniach słońca umazany we krwi nóż. I nagle Lis, Leah i matka dziewczyny
zaczęły się wydzierać i płakać. Ojciec dziewczyny pochwycił żonę w ramiona i
starał się ją uspokoić.
- Coś ty najlepszego zrobił?! Coś ty
najlepszego zrobił?! – powtarzała w kółko, chwytając z całych sił koszulę męża,
podtrzymującego ją przed upadkiem. Z całych sił starała się nie spoglądać na
miejsce, gdzie klęczał oszołomiony chłopak.
- Shin! – zawołała Dea i podbiegła do
chłopaka, łapiąc go za ramiona. Blondyn spojrzał na nią zszokowanym wzrokiem i
osunął się na ziemię. – SHIN!!!
Nagle poczuła, jak ktoś łapie ją za ramię i
na siłę odciąga od wykrwawiającego się chłopaka. Spojrzała na mężczyznę i
zaczęła się rzucać i wyrywać, ponieważ to Gabriel ją trzymał. Jego zakrwawione
palce zostawiły czerwone smugi na sukience i skórze dziewczyny. Szarpnęła się
jeszcze mocniej, aż w końcu udało się jej uwolnić z uścisku. Zatoczyła się nad
sam kraniec i stanęła nad przepaścią. Pozostali ludzie na dachu zamarli w
oczekiwaniu. Dea spojrzała na wschodzące słońce i wyciągnęła w jego stronę
rozdygotaną rękę. Po jej palcach spłynęły kropelki krwi i spadły w dół, by
rozbić się na śnieżnobiałej pokrywie puchu na ziemi. Czerwone pąki róż na
białej, lodowej ziemi…
Jak mogłabym
żyć w takim świecie, gdzie nie byłoby ciebie?
Jak mogłabym
odnaleźć tu szczęście, wiedząc, że już nigdy nie dane mi będzie spędzić ani
chwili w twych ramionach ani oglądać twojego uśmiechu?
Czy nasza
miłość musi się tak skończyć?
Czy nie
zasługujemy na drugą szansę?...
Dea obróciła się przodem do zastygłych w
przerażeniu ludzi. Spojrzała po ich twarzach, potem przeniosła wzrok na twarz
Gabriela, na czerwień malującą się na jego palcach oraz przerażenie na jego
delikatnym obliczu. Na sam koniec spojrzała na zastygłą twarz Shina, jakby
pogrążoną we śnie. Wydawał się jej taki spokojny, zupełnie, jakby miał się
zaraz obudzić i powiedzieć „Dzień dobry,
słoneczko”. Naprawdę, nie potrafiła już żyć w świecie bez niego. Tragedia
godna uwiecznienia na nocnym firmamencie…
- Lis, powiedziałaś mi, że „zaraz na początku życia ktoś powinien nam
powiedzieć, że umieramy”… Myślę, że znalazłam lepszy cytat – wyszeptała
dziewczyna i zrobiła krok do tyłu. – „Wyruszam
na poszukiwanie wielkiego Być Może”…
Czarnowłosa zakołysała się na piętach,
zamknęła oczy i pozwoliła swojemu ciału opaść. Jak tylko jej ciało znalazło się
w powietrzu, poczuła, że ktoś złapał ją za ramiona i przytulił do swej piersi.
Otworzyła oczy i mignęły jej złote kosmyki skąpane w słońcu, a potem czas
zwolnił i zatrzymał się. Złote kosmyki zostały zasłonięte przez
wszechogarniającą czerń i ból, kiedy jej ciało spotkało się z ziemią…
***
Dea otworzyła oczy przerażona i poderwała się
z fotela. Rozejrzała się spanikowana po wnętrzu nieznanego sobie pomieszczenia
i dojrzała blond czuprynę Shina, smacznie śpiącego w fotelu obok.
- Shin… – wychrypiała zdławionym głosem, a
chłopak momentalnie się obudził.
- No, co tam? Woaah! – zapytał z wrednym
uśmieszkiem na twarzy, przeciągnął się i ziewnął. – Nie możesz spać w tym
twardym fotelu, więc chcesz, żebym porobił za twoją poduszkę? Sorry, ale musisz
o to poprosić Asha. Ja już wyczerpałem limit dobroci dla zwierząt, zajmując się
przez ostatnią godzinę tym cholernym pasożytem… – mruknął i wskazał głową na
siedzącą po drugiej stronie blondynkę, śliniącą się na fotelu. Dea ponownie
rozejrzała się po wnętrzu i dopiero teraz tak naprawdę dostrzegła, że jej
wszyscy przyjaciele siedzą w takich samych fotelach jak ona, przypięci pasami
bezpieczeństwa. To był tylko sen pomyślała,
uspokajając swoje serce. To był tylko
głupi, nieważny koszmar…
- Hej, Deo – szepnął blondyn, ponownie
zwracając uwagę dziewczyny na swoją osobę. – Spójrz przez okno! – polecił, a
dziewczyna odwróciła głowę i wyjrzała przez okrągłe okienko. Pod nią rozciągał
się widok z samolotu na pogrążone w pierwszych promieniach słońca miasto.
- Witamy we Włoszech! – mruknął Shin i
ponownie się przeciągnął, a Dea uśmiechnęła się ten widok. Jej serce radowało
się jak nigdy dotąd, ale nie przez zapierający dech w piersiach widok miasta,
tylko przez tego aroganckiego chłopaka, siedzącego w fotelu obok. Widok jego
uśmiechu był najcudowniejszą rzeczą pod słońcem, jaka mogła ją spotkać w tym
życiu…
W tym samym
czasie…
Mężczyzna ubrany w ciemny garnitur spokojnie
machał nogą w takt znanej tylko jemu melodii, wygodnie siedząc w miękkim
fotelu. W jednej ręce trzymał zapaloną fajkę, a druga zwisała bezwładnie z
oparcia.
- Heh – zaśmiał się cicho, sprawiając, że
jego towarzysz podniósł głowę znad leżących chaotycznie na biurku papierów. –
Ciekawe…
- Czy jesteś zadowolony, Panie? – zapytał
towarzysz mężczyzny, a jego wąsiki na pyszczku zatrzęsły się z oczekiwania.
- Jak najbardziej, Mephistophelesie –
odpowiedział nieznajomy głębokim głosem. – Wiedziałem, że mnie nie zawiedzie.
- Więc po co zamknąłeś ją w Diabelskim
Zwierciadle? – spytało kocisko i skrzyżowało łapki na brzuszku.
- Widzisz, mój drogi przyjacielu, chciałem
się upewnić, czy jest gotowa, aby spełnić swoje przeznaczenie…
- Ale wiedziałeś, co się może stać, jeśli nie
uwolniłaby się do zachodu słońca! – rzucił Mephisto i poderwał się na nogi, na
co mężczyzna zmroził go wzrokiem.
- Gdybyś bardziej przyglądał się Zwierciadłu,
zauważyłbyś to, że w jego tafli pojawił się Klucznik…
- Klucznik?! – zapytał z niedowierzaniem
kocur. – Czy on… on sam ją odnalazł?
- Hehe – ponownie zaśmiał się mężczyzna,
podniósł fajkę do ust i zaciągnął się dymem. Nieśpiesznie wypuścił idealnie
równe, dymne kółeczka. – Nie sądzę… To ona go wezwała…
Po jego wypowiedzi zapadła cicha, nic ani
nikt nie odważył się poruszyć…
- Jednak i tak istniało spore ryzyko, że
zostanie tam uwięziona na zawsze… – mruknął jeszcze Mephisto, ale już
zdecydowanie z mniejszą siłą.
- Wiem, ale nie mogłem zainterweniować… –
odpowiedział mężczyzna poważnym głosem, spoglądając na przyjaciela zimnymi
oczami, święcącymi się w panującej w pokoju ciemności niczym dwa rubiny. –
…Nawet, jeżeli to moja córka…
Napisany przez ~summon creature
OdpowiedzUsuńdnia 04.05.2014 o 19:35
NIENAWIDZĘ CIĘ NORMALNIE!
Jak mogłaś wyrolować tak czytelników? Ja taka smutna, z łezką w oku to wszystko czytam i czytam, że aż miałam ochotę walnąć laptopem i iść w pizdu. DOSŁOWNIE. AFHFH.
Ale pokłony, normalnie. Kłaniam się ślicznie. Bo nie widziałam już dawno w tzw. „blogosferze” takiego zwrotu akcji, gdzie czytelnik mógł odczuć jakieś emocje.
Ale serio, prawie się popłakałam. XDD I TEN GŁUPI GABRIEL, CO ON SOBIE WYOBRAŻAŁ, ZABIJAJĄC NASZEGO SHINA!
Hmhm, oni gdzieś lecą, tak? To ja czekam na jakiś zwrot akcji, może będzie jeszcze jakiś dreszczyk emocji!
Ale tak serio… idź zgiń. :((
Masz może gg? Chętnie bym z Tobą pokonwersowała! :p
Pozdrówki!
Napisany przez ~CreativeViolet
Usuńdnia 05.05.2014 o 12:53
Hej, dzięki wielkie!
Wow, nie wiedziałam, że ten rozdział tak wpłynie na uczucia moich czytelników. Na początku myślałam „Boże! Jak ja to wrzucę?! Przecież to jest tragicznie złe!” i miałam ochotę wykasować cały tekst i zacząć od nowa, ale ostatecznie stwierdziłam, że to w końcu 13 rozdział i coś musi z nim być nie tak… I chyba dobrze zrobiłam, sądząc po twoim komentarzu. Specjalnie dla ciebie i innych czytelników właśnie założyłam sobie GG i to mój numer: 50595566. Nie bójcie się pisać, nie gryzę, no może troszkę :P Naprawdę, wyczekuję waszych pytań i uwag, więc piszcie kiedy chcecie i o czym chcecie…
Pozdrawiam, CreativeViolet
Napisany przez ~Camille Ceciderit
OdpowiedzUsuńdnia 10.05.2014 o 19:55
AAAAA!!! Nie wiem, co napisać!
Całkowicie mnie zaskoczyłaś. W pierwszej chwili myślałam nawet, że to prawda, że Dea to wszystko sobie ubzdurała. Jednak potem doszłam do wniosku, że to nie miałoby sensu xD. Po co miałabyś to wszystko pisać, by tak to zakończyć?
Po tej całej akcji na dachu, myślałam, że na zawał zejdę. ZABIŁAŚ go! A raczej Gabryś zabił… Masz szczęście, że Dei się to tylko śniło ^.^.
No i końcówka. Myślałam, że to Gabriel wpadł na pomysł tego snu i że to on ją wyprawił w ten koszmar. A potem… Ka-bum! Lucek! Hahaha, czekałam, aż się pojawi :D! Właśnie przez końcówkę aż nie mogę usiedzieć w miejscu.
Mam nadzieję, że 14. będzie szybko. Powodzenia i weny życzę!
Camille Ceciderit
Napisany przez ~CreativeViolet
Usuńdnia 11.05.2014 o 11:20
Hahaha, dziękuję Ci bardzo za komentarz.
Już się bałam, że zapomniałaś o mnie… :( ale ponownie przywróciłaś moją wiarę w jakiś tam cel pisania tej Burzy (choć sama nie wiem jeszcze, jaki to ma być dokładnie cel). Odnośnie samego tego rozdziału, to jego forma powstała taka tylko i wyłącznie dlatego, że to był ten felerny, nieszczęśliwy rozdział 13. Kiedy pisałam plan Burzy, nie zakładałam pojawienia się tego snu i tym samym w pierwotnym planie Lucuś pojawiał się dopiero w II części tj. Płomieniu tylko jako wątek poboczny, natomiast w Rebelii już jako postać drugoplanowa. :P Ale Burza jest przede wszystkim skierowana do czytelników, więc staram się robić wszystko tak, by was jak najlepiej zadowolić (przez Asha mam dziwne skojarzenia z tym słowem -_-), toteż zmieniam w starych rozdziałach niektóre wątki, zmniejszając ich absurdalność, a w niektórych dodaję jeszcze więcej dziwactw i pikanterii. Mam nadzieję, że nie spartolę tego bardziej niż początkowo :)
Rozdział 14 pojawi najprawdopodobniej pod koniec maja lub, co bardziej prawdopodobne, w drugim tygodniu czerwca zaraz po tym, jak zbiorę wszystkie materiały do wakacyjnego terroru bandy u cudownych Hiszpanów, mrau…
Pozdrawiam i do następnego!
Creative Violet
P.S. Jak będę miała trochę więcej czasu, to z chęcią poczytam wasze blogi, więc jak chcecie, to możecie mi wysłać adresy, albo sama je znajdę muahahahahha (cholera, na klawiaturze jest strasznie ciężko zrobić diaboliczny śmiech)
Napisany przez ~Camille Ceciderit
Usuńdnia 13.05.2014 o 15:52
Hahaha ja miałabym o tobie zapomnieć? Nigdy w życiu! Po prostu przez remont nie mam za bardzo dostępu do internetu i przeczytałam 13. dopiero jakiś tydzień po tym jak ją opublikowałaś ( teraz siedzę u koleżanki i męczę ją, żeby dała mi chwilę na odpisanie ci :P ). Poza tym mam twój blog w obserwowanych i staram się często sprawdzać, czy nikt niczego nowego nie dodał.
Hmm, mówisz, że 14. będzie do połowy czerwca? To akurat wrócę z wycieczki klasowej! Niestety nie pojadę do Włoch, tylko nad jezioro… ale i tak będzie super – w końcu poszaleję z klasą :D .
Tak więc powodzenia ;).