„Nie zadawaj pytań, jeśli nie
chcesz znać odpowiedzi.”
~ Rafał Kosik
Wcześniej…
Shin obudził się w nieznanym
sobie magazynie, w którym cuchnęło pleśnią i rdzą. Szarpnął rękami, a łańcuch
zatrzeszczał metalicznym brzękiem u góry sklepienia, zbyt gruby, by dało się go
zerwać, natomiast kajdanki boleśnie wpiły mu się w nadgarstki. Chłopak był
uwięziony i nie mógł zrobić nic innego, jak liczyć na pomoc kogoś z zewnątrz.
Rozejrzał się po pomieszczeniu, starając się przejrzeć otaczające go ciemności,
gdy w odległym kącie zapłonął niewielki, czerwony punkcik, który kołysał się w
takt rozbrzmiewających jak wystrzał kroków. Punkcik zbliżał się coraz bardziej,
aż pojawił się w zasięgu plamy światła wpadającej przez przerdzewiały dach.
Srebrne, księżycowe światło zamigotało w złocistych oczach i we włosach
mężczyzny o tej samej barwie.
- Shun… – wychrypiał więzień głosem
zdławionym z emocji. Jego brat, ten, którego śmierć oglądał na własne oczy i
ten, którego pochował w drewnianej skrzynce głęboko pod ziemią, ten sam stał
właśnie tu, przed nim, a jego wargi wykrzywiały się w groteskowym uśmiechu ze
zwisającym spomiędzy nich papierosem. – Jesteś… demonem…?
- Ano – odparł złotooki,
wyciągając peta z ust i strzepując popiół na ziemię. – Zdziwiony?
- Niekoniecznie – odpowiedział z
przekąsem Shin. – Wiedziałem, że kiedyś twoje sadystyczne popędy wygrają i
stoczysz się na samo dno.
- Jak zwykle ta sama niewyparzona
gęba, braciszku – zaśmiał się ochryple demon i podszedł jeszcze bliżej. – Ale
wiesz… Nie jestem już dłużej tym Shunem, którego znałeś. Teraz zwą mnie
Sonnelion.
- Shun, Sonnelion - imię nie
zmienia faktu, że stałeś się lizidupą Azazela – warknął chłopak i spojrzał z
obrzydzeniem na brata, a ten szybkim ruchem chwycił go za gardło i wbił w nie
palce, dusząc blondyna.
- Uważaj jak zwracasz się do
starszych, braciszku… – wysyczał demon zaraz przy uchu Shina. – Kiedyś możesz
tego pożałować.
- Jedyne, czego żałuję to to, że
mam związane ręce i nie mogę ci przyjebać!
- Hoho, jaka odwaga! – rzucił
demon z udawanym podziwem, ale puścił brata, który łapczywie wciągnął powietrze
w płuca. – Czy to wszystko dla tej dziewczyny…? Wiesz, powiem ci tak szczerze,
braciszku, że ta twoja Dea jest całkiem ładniutka. Nie powiem, widziałem lepsze,
ale ma wspaniałe ciało… Może powinienem się z nią zabawić?
- Nie waż się jej tknąć!
Przysięgam, że jeżeli tylko ją dotkniesz, zajebię cię!!! – wrzasnął Shin z
mordem w oczach. Szarpnął mocniej łańcuchami, ale te nadal pozostawały
niewzruszone. Kurwa, przeklął w
myślach, muszę się stąd jak najszybciej
wydostać! Nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł, bardzo bolesny pomysł, ale
jedyny, który mógłby mu w tym momencie uratować tyłek…
- Oh, takie groźby od kogoś kto
nie posiada żadnej mocy? Powiedz mi, co możesz zrobić w walce z demonami, ty
zwykły, bezsilny człowiek? Ale proponuję ci coś… moc, dzięki której będziesz w
stanie chronić tych, których kochasz… Moc, dzięki której staniesz się
wszechpotężny. Dzięki niej zrównasz się z Absolutem! Będziesz nowym Panem tego
świata! Wystarczy, że przyłączysz się do nas… – obwieścił demon z pasją w
głosie. Jego oczy wypełniło wszechogarniające szaleństwo, jakby naprawdę
wierzył, że jego wizja świata stanie się prawdą.
- Odpowiem krótko, braciszku. Jeb. Się. – warknął więzień,
starając się zachować zimną krew. – Nigdy nie zrobię czegoś, co mogłoby
skrzywdzić któregokolwiek z moich przyjaciół – odparł bez wahania Shin,
wpatrując się w swojego brata, któremu po raz pierwszy od ich ponownego
spotkania zszedł uśmiech z ust.
- „Przyjaciół”, mówisz? –
warknął, a jego oczy stały się lodowato zimne, zupełnie jak oczy mordercy
wpatrującego się w swą ofiarę na chwilę przed wbiciem w jej serce sztyletu. –
Robisz to tylko dla niej! Dla tego pomiotu szatana! Dla tej głupiej, nic niewartej
i tchórzliwej kobiety! Zawsze taki byłeś! Od dziecka miły, dobry, lojalny i
szczery! Uwielbiany i kochany przez wszystkich, choć to JA byłem tym starszym!
Zmarnowałem całe swoje życie na podążanie drogą, którą wybrał mi ojciec i nigdy
nie powiedziałem słowa żalu. Za to ty… TY byłeś radosny, beztroski i taki…
wolny. Podczas gdy TY ganiałeś po podwórku i bawiłeś się w piratów albo zjeżdżałeś
z Asuną na poduszkach, JA siedziałem w swoim pokoju i szkoliłem się jako demon,
aby zadowolić Mephisto. Miałem tylko 5 lat, kiedy ojciec powiedział mi, że nie
jestem człowiekiem i, że jak zginę, stanę się demonem. Od tamtego czasu
trenował mnie i opowiadał różne historie o tym, jak ludzie stawali się
potworami, a ja każdej nocy umierałem ze strachu, że jakiś pieprzony Boogeyman
pojawi się w moim pokoju i zabije mnie. Byłem tak cholernie zazdrosny o ciebie!
O to, że potrafiłeś uśmiechać się do ludzi bez myśli, że kiedyś pewnie ich
zamordujesz. A wiesz co było najgorsze? Że nawet dziewczyna, którą kochałem
wybrała ciebie! Tak, właśnie tak!!! Zdziwiony?! Któregoś dnia Asuna powiedziała
mi, że to ciebie kocha, a nie mnie! Miałem dosyć! Zahipnotyzowałem ją, żeby
myślała, że ja to ty, a ty to ja, ale ona nadal przymilała się do CIEBIE. Nawet
kiedy się kochaliśmy, raz po raz szeptała TWOJE imię i płakała, jakbym ją
mordował! I wtedy coś we mnie pękło. Nie potrafiłem tego dłużej znieść, więc
odszukałem Azazela i zaplanowałem ten cały napad. Wszystko poszłoby świetnie,
gdyby ta suka się nie wtrąciła. Trzeba jej przyznać, że potrafiła dodać do
siebie dwa plus dwa, więc domyśliła się, że nie byłem człowiekiem. Poszła do
szpitala z zamiarem opowiedzenia ci wszystkiego, ale kiedy powiedziałeś jej, że
nie żyję, nie potrafiła wydobyć z siebie prawdy, więc wyszła na zewnątrz, aby
to wszystko przemyśleć. Nie chciała CIĘ martwić! Wobec czego… poszła na most, a
tam czekałem na nią JA… Hehehe… Głupia suka!!! Postanowiłem się zemścić za te
lata upokorzeń i nieodwzajemnionej miłości, więc wmówiłem jej, że to TY
zginąłeś, a ona tak łatwo MI uwierzyła. Wspięła się na barierkę i skoczyła,
ponieważ nie znała żadnej innej możliwości, aby uwolnić się ode MNIE. I wtedy
pojawił się nasz kochany Shinuś, po drugiej stronie – wpadłeś do wody i
wyciągnąłeś ją na brzeg. Jak heroicznie! Ale było już za późno! Za późno dla
tej suki, za późno dla ciebie, za późno dla całego tego pieprzonego świata! Już
niedługo, to wszystko zniknie!!! – zakończył demon, oddychając coraz głośniej i
szybciej, podczas gdy obłęd ogarniał go jeszcze bardziej…
Shin milczał zszokowany tym
wyznaniem prawdy, a szaleńczy i niepowstrzymany gniew narastał w nim. Przez
cały ten czas wierzył, że to ON
odpowiada za śmierć przyjaciółki, że gdyby tamtego wieczora się nie
odezwał, dziewczyna nadal by żyła i była
szczęśliwa. Razem z nim. Ale...
- Prawda nie zmienia przeszłości –
dokończył na głos, na co jego brat
roześmiał mu się prosto w twarz.
- Ta dziewczyna zmieniła cię.
Stałeś się miękki, tak miękki, że aż szkoda cię zabijać. Oszukała was
wszystkich! Myślisz, że jest taka delikatna, miła i nieskalana, co? Dałeś się
jej omotać! Każdy z was wpadł prosto w jej sidła i nawet się nie obejrzeliście,
jak zdobyła nad wami kontrolę. Ty, Mephisto i Ash, a nawet te głupie aniołki –
ona robi z was wszystkich głupców i tylko wy tego nie zauważacie…
- Przestań pieprzyć! – warknął
Shin na skraju furii. Nie miał zamiaru dłużej słuchać tych wierutnych kłamstw
na temat jego Dei. – Nie znasz jej! Nie wiesz co przeszła!
- Ooo, nie wiem? – zironizował
demon. – Jesteś tego pewien?
- Tak – odpowiedział krótko Shin,
nie dając się sprowokować. Jeszcze
trochę… poczekaj jeszcze chwilę…
- Wiem o niej o wiele więcej niż
ty. I aby udowodnić, że nadal możesz do nas dołączyć, powiem ci całą prawdę na
temat Dei Leacú – córy Lucifera, naznaczonej piętnem Upadłych – Armagedona
Lucifera Deisa.
- Jakbym miał ci uwierzyć! –
rzucił Shin, wbijając mordercze spojrzenie w twarz brata. – Wszystko, co mówisz
to kłamstwa!
- Po co miałbym kłamać? Nie mam w
tym żadnego celu – odparł demon spokojnie i zarechotał. Wzruszył ramionami i
dokończył jakby od niechcenia. – No, ale jak chcesz. Zrobimy tak: ja CI opowiem
pewną historię, a TY po zakończeniu stwierdzisz, czy była ona kłamstwem czy
PRAWDĄ… – demon zawiesił głos i spojrzał na Shina, który nie odezwał się ani
słowem, jedynie nadal uporczywie wpatrywał się w twarz przeciwnika. – Uznam
twoje milczenie za zgodę, a więc…
Tym czasem…
Czarnowłosa dziewczyna przemykała
między uliczkami, kierując się w stronę budynku Akademii, górującej nad
rozświetlonym miastem. Z jej ust unosiła się biała para, zamieniając się w
kryształki lodu zaraz po spotkaniu z grudniowym powietrzem. Dobiegła do bramy
szkoły i pognała dalej prosto do części, w której mieścił się gabinet
Mephistophelesa. Szkoła pogrążona była w mroku i w niezmąconej żadnymi
odgłosami ciszy. Dea miała nadzieję, że nie napatoczy się na kocura albo na
Keia – gdyby tak się stało, istniało spore ryzyko, że zostanie odkryta, a tym
samym Shin zabity. Za żadne skarby nie mogła do tego dopuścić! Przystanęła na
chwilę, normując oddech i rozglądając się po korytarzu. Kiedy upewniła się, że
nikogo nie ma w pobliżu, pognała po schodach do góry, starając się nie wydawać
żadnych dźwięków, co w sumie było cholernie trudne, ponieważ schody skrzypiały
przy każdym kroku dziewczyny i za każdym razem oglądała się spanikowana, czy
aby na pewno nikt jej nie zauważył. Zanim dotarła na ostatnie piętro, na którym
znajdował się gabinet dyrektora, przeżyła chyba z trzy zawały serca, ponieważ
każdy cień wyglądał jak obserwujący ją wróg.
Stanęła przed drzwiami cała
spocona i z szaleńczo bijącym sercem w piersi nacisnęła na klamkę, spodziewając
się, że pokój będzie pozamykany na cztery spusty, ale o dziwo, drzwi otworzyły
się z cichym skrzypieniem, zachęcająco zapraszając dziewczynę do zbadania
tajemnic znajdujących się za nimi. Dea po raz ostatni spojrzała na pogrążony w
mroku korytarz, po czym niepostrzeżenie wślizgnęła się do pokoju. Stanęła na
środku i rozejrzała się po wnętrzu. Czego
ja w ogóle miałam szukać? Ah.. tak! Prawa, dolna szuflada zamknięta na klucz…
Ugh… Tylko, że tu są miliony prawych, dolnych szuflad zamkniętych na klucz!
- Nawet się nie spytałam, co to
ma być za przedmiot… – mruknęła pod nosem, przeklinając w myślach swoją
głupotę. Okręciła się na pięcie i podeszła najpierw do biurka Mephisia,
stojącego w centralnym punkcie pokoju. Przeszła za nie i kucnęła, po czym
pociągnęła za prawą, dolną szufladę. Otworzyła się z cichym szumem, ale w jej
wnętrzu znajdowały się tylko rachunki za prąd, wodę i inne bzdety natury
rachunkowej czy prawnej. Jedyną ciekawą rzeczą była zapalniczka, ale zupełnie
bezużyteczna w tej sytuacji. Zasunęła szufladę i przeszła dalej, do stojącej
obok biurka szafy. Nawet jej nie sprawdzała, ponieważ mebel nie miał żadnych
szuflad ani skrytek, w których zmieściłby się jakikolwiek przedmiot. Następne
trzy szafy, szafeczki i komody miały te same problemy – albo nie miały szuflad,
albo znajdowały się w nich duperele. Nawet, o dziwo, nie znalazła żadnych
świerszczyków! Dziewczyna po raz kolejny rozejrzała się po pomieszczeniu, coraz
bardziej zirytowana zaistniałą sytuacją. Może
Mephisto wiedział, że tak się stanie, dlatego przeniósł to coś w bezpieczne
miejsce? Nie… to niemożliwe… W pomieszczeniu pozostał jeszcze tylko jeden
mebel – ostatnia szansa. Dziewczyna podeszła do niego z wahaniem i sięgnęła do
szuflady, spodziewając się kolejnej porażki, jednak szafka nie dała się
otworzyć – była zamknięta na klucz. Jeden problem rozwiązany, ale pojawił się
następny… Przecież nie miała klucza, a jedyną osobą, która go posiadała był
Mephisto… Tia… już to sobie wyobrażam,
jak pójdę o niego i ładnie zapytam „Mephisiu, czy nie mógłbyś mi pożyczyć swojego
klucza do szafki, bo muszę przekazać pewien niezwykle ważny przedmiot zamknięty
w tej szafie naszemu najgorszemu wrogowi… A tak poza tym, to Szczęśliwego
Nowego Roku…” Taa, już widziała minę Mephisto w takiej sytuacji…
Nagle za jej plecami coś delikatnie
błysnęło, a dziewczyna momentalnie odskoczyła w bok i przeturlała się po ziemi.
Podniosła głowę i dojrzała, że tam, gdzie przed chwilą kucała, sterczał
połyskujący srebrem sztylet. Podniosła wzrok wyżej, na zakapturzonego
mężczyznę, odwracającego się w jej stronę z podniesioną ręką, w której
znajdowała się już kolejna broń gotowa do ataku. Dea zareagowała instynktownie
– tak jak uczył ją brat Bazylii na ich lekcjach – wystrzeliła w górę i opadła
za plecami przeciwnika. Chwyciła go za rękę z zamiarem przerzucenia przez
ramię, ale zakapturzona postać wywinęła się z jej uchwytu i podcięła jej nogi.
Dziewczyna w ostatniej chwili odzyskała równowagę i uskoczyła przed ciosem
wymierzonym precyzyjnie w jej klatkę. Gdyby dostała, prawdopodobnie leżałaby na
ziemi z sercem przebitym sztyletem. Jej przeciwnik był zawodowcem i nie
patyczkował się z czarnowłosą, w dodatku przestrzeń była niewielka, co działało
na niekorzyść dziewczyny, ale jej wróg również miał ograniczone pole manewru.
Musiała to jakoś wykorzystać, ale jak?!
Gdyby tylko udało się jej go rozbroić… Nagle przypomniała sobie o zapalniczce
pozostawionej w biurku, tylko że postać stała centralnie przed meblem,
odcinając jej drogę. Miała jedną szansę… Musiała wziąć go z zaskoczenia…
Zaszarżowała na mężczyznę, który widząc biegnącą dziewczynę,
uśmiechnął się pewny swego zwycięstwa, ale Dea będąc przed nim kilkadziesiąt
centymetrów, opadła na ziemię i prześlizgnęła się pomiędzy jego nogami,
zyskując tym samym kilka cennych sekund zaskoczenia. Szybkim ruchem wyciągnęła
z szuflady zapalniczkę i plik kartek, zgniatając je w kulki. Wysiliła całe
swoje demoniczne moce i podpaliła papier, który bardzo szybko zajął się
czerwonymi płomieniami. Dea rzuciła kulą w mężczyznę, który wrzasnął, gdy
papier dotknął jego dłoni. Sztylet wypadł z jego uścisku, a mężczyzna zasyczał
z bólu, podtrzymując poparzoną rękę. Dziewczyna zamachnęła się z kolejną kulą
ognia, jednak tym razem spudłowała, a papier upadł koło ściany i zgasł. Na
szczęście wystarczyło to, aby mężczyzna wycofał się pośpiesznie na korytarz i
uciekł.
Dea zgasiła kartki papieru i
resztę z nich położyła na blacie wraz z zapalniczką, po czym przeszła do
komody, po drodze zabierając pozostawiony przez intruza sztylet. Odgarnęła
kosmyk włosów, po czym przytknęła czubek noża do zamka. Podłubała w nim trochę,
aż w końcu usłyszała satysfakcjonujący klik obwieszczający, że szuflada stoi
przed nią otworem. Heh, jednak pobyt w
zakonie uczy nawet robienia wytrychów, pomyślała z zadowoleniem,
przypominając sobie, jak nożem do masła otwierała pozamykane szafki w kuchni, w
których bracia przechowywali zapasy słodyczy. Któregoś dnia przyłapał ją na tym
brat Bazylii i od tamtego czasu musiała oddawać mu połowę skradzionych
słodkości jako haracz.
Dziewczyna puściła sztylet i włożyła ręce do środka szuflady, po
czym wyciągnęła dziwny, długi i nie do końca prosty przedmiot owinięty w
ciemnogranatowy materiał i obwiązany krwistoczerwoną wstęgą. Rozchyliła
tkaninę, ukazując czarny miecz z wieloma zdobieniami na głowni i na trzonie, na
którego środku lśnił jakiś kryształ, połyskując hipnotyzującym, błękitnym
światłem. Dziewczyna przesunęła palcami po zimnym metalu, czując wibracje
wypływające z jego wnętrza. Złapała za rękojeść, a jej mózg momentalnie
wypełniły świetliste obrazy – strzępy wspomnień wcześniejszych użytkowników –
zmieniające się z zawrotną prędkością. Dziewczyna wypuściła miecz z dłoni i
przytknęła ją do ust. Czuła, że zaraz zwymiotuje. Spojrzała przerażona na broń.
On… ma własną świadomość… Ponownie
owinęła miecz w materiał, uważając by tym razem stal nie dotknęła jej skóry, po
czym wstała i spojrzała na sztylet leżący koło szafki. Po chwili namysłu
chwyciła także i jego, schowała do wewnętrznej kieszeni w kurtce, po czym
wybiegła na korytarz. Zimny metal palił ją w gołą skórę, przypominając o
niebezpieczeństwie czyhającym na każdym kroku.
Tym razem nie przejmowała się
tym, czy ktoś ją usłyszy, ba! nawet wolałaby gdyby pojawił się tu Mephisto,
przynajmniej ktoś wytłumaczyłby jej, dlaczego jakiś kawałek metalu ma własną
świadomość, wspomnienia oraz niezaspokojoną rządzę krwi… Ale tak się niestety
nie stało. Wybiegła za bramę przez nikogo nie zatrzymana i nie obejrzała się za
siebie. Pognała prosto do doków w południowej części miasta nad Tamizą. Przez
te parę miesięcy zdążyła już zapoznać się z całym miasteczkiem, a Tilbury w
hrabstwie Essex naprawdę nie było wielkie, więc wszystko dało się łatwo
spamiętać.
Spojrzała na wyświetlacz
telefonu; zegar wskazywał 23:45. Aż tyle czasu zabrały jej poszukiwania?! No dobra, bez paniki napomniała się w
myślach i nagle ni stąd ni z owąd, wyłożyła się na chodniku, a miecz poleciał
kilka metrów dalej, wypadając z okrycia.
- Cholera – mruknęła dziewczyna
pod nosem, podnosząc się i spoglądając do tyłu. Całe kolana miała zdarte, a
prawy but zwisał smętnie z jej stopy, niezdatny do dalszej wędrówki. – Cholera,
cholera, cholera! – wrzasnęła i odrzuciła obuwie daleko za siebie. Podniosła
się i chwiejnym krokiem podeszła do miecza i chwyciła go z ziemi. Czuła
przenikające zimno od podłoża, ale nie mogła się zatrzymać. Niemal straciła
czucie w stopach, kiedy dobiegła do ogrodzenia strzegącego doki przed intruzami
i głupimi dzieciakami. Wspięła się na siatkę i przeskoczyła na drugą stronę.
Ponownie sprawdziła telefon – 23.53… Czas uciekał coraz szybciej, a ona
znajdowała się w połowie doków. Zwiększyła tempo do niemal morderczego sprintu,
doprowadzając swój organizm na skraj wyczerpania. Jeżeli teraz zatrzymałaby
się, nie wstałaby więcej…
Przed każdym magazynem świeciła się niewielka, zabrudzona lampa,
oświetlając numer. 660, 661, 662, 663, 664, 665… Dziewczyna zatrzymała się
przed starym, na wpół zeżartym przez rdze magazynem z numerem 666, na którego
drzwiach wypisano dla żartu „Wrota Piekieł”. Ciemnogranatowa farba odłaziła od
metalu, sprawiając wrażenie łuszczącej się skóry jakiegoś potwora z głębin… Doki nocą to nie miejsce dla tych bardziej tchórzliwych
pomyślała czarnowłosa i przełknęła gulę strachu w gardle.
Pchnęła ciężkie drzwi i weszła do
środka. Wewnątrz panował niemal całkowity mrok, oprócz miejsca, gdzie przez
dziurę w suficie wpadało światło księżyca, oświetlając dwie niemal identyczne
postacie, które spoglądały na siebie prowadząc niemą wojnę.
- Shin! – zawołała dziewczyna i,
nie zważając na niebezpieczeństwo, podbiegła do zwisającego na łańcuchu
chłopaka. Nie zdążyła jednak dobiec na tyle blisko, by go uwolnić, ponieważ
unieruchomił ją rechot wydobywający się z gardła porywacza. W powietrzu błysnął
płomień, kiedy demon zapalił kolejnego papierosa i zaciągnął się dymem.
- Witam… ponownie – powiedział
Sonnelion i wyszczerzył się do dziewczyny. – Chyba za bardzo ci się nie
śpieszyło, co?
- Byłabym szybciej, gdybyś nie
wysłał jednego ze swoich ludzi, aby mnie przerobił na sushi – odparła spokojnie
Dea, robiąc niewielkie przerwy na złapanie oddechu po biegu. Nie mogła dać się
sprowokować, dopóki Shin nie będzie wolny.
- Nie wysyłałem żadnych ludzi,
aby ci przeszkodzić – odpowiedział demon szczerze zdziwiony. – Gdybym to
zrobił, zepsułbym całą zabawę, nie uważasz?
Dziewczyna nic na to nie odpowiedziała, jedynie zagryzła usta,
kiedy ból w nogach stał się nie do zniesienia.
- No, ale zakończmy już te
grzeczności… Masz go? – zapytał, a jego oczy rozszerzyły się z oczekiwania.
Wyciągnął rękę w stronę dziewczyny i czekał, aż mu poda zawiniątko. Czarnowłosa
wyciągnęła trzęsącą się dłoń z mieczem, a demon momentalnie go chwycił i
wyszarpnął z jej uścisku. – Nareszcie! Po tylu latach wyczekiwania będziemy
mogli przeprowadzić swój plan! – Sonnelion zerwał materiałową osłonkę, po czym
podniósł ostrze do światła, sprawiając, że magazyn wypełniły tysiące srebrnych
promieni odbijających się od klingi. Odrzucił głowę do tyły i roześmiał się szaleńczym
głosem. Dea patrzyła przerażona jak jego klatka piersiowa podnosi się i opada
coraz szybciej i szybciej, w miarę jak wspomnienia z miecza wnikały do jego
świadomości.
- Dea! – nagle rozległ się krzyk
Shina, więc dziewczyna spojrzała w jego stronę akurat w tym samym momencie, co
chłopak wyłamał sobie oba kciuki i opadł na ziemię, oswobodzony. Blondyn
podniósł głowę z grymasem bólu, jednak jego wzrok mówił, że dziewczyna ma
atakować. Dea odwróciła się błyskawicznie w stronę demona i wykonała kopniaka z
półobrotu, wytrącając miecz z jego uniesionych dłoni. Ostrze zamigotało i
zniknęło w ciemnościach z metalicznym brzękiem towarzyszącym jego upadkowi.
Sonnelion zakołysał się na nogach, nagle pozbawiony całej tej morderczej
energii.
Przekręcił się w stronę Dei i
założył ramiona na piersi, jakby miał zaraz skarcić nieposłusznego
szczeniaczka. – Bitch, please… Twoje próby zyskania na czasie sprawiają tylko,
że zaczynam się irytować. A źle się dzieje, jak się naprawdę wkurzę… – pogroził
demon, rozciągając wargi w okrutnym, niemal bestialskim uśmiechu.
Zrobił krok do przodu i następny,
a dziewczyna przyszykowała się do ataku. Mocniej chwyciła ostrze, które przed
wejściem do magazynu przełożyła do rękawa, czekając na odpowiedni moment, by
zadać cios. Nagle demon rzucił się do przodu, a Dea zaatakowała. Przecięła
powietrze nożem, a Shun odskoczył od niej z okrzykiem bólu. Przez jego ramię
biegło olbrzymie cięcie, z którego obficie spływała krew. Demon zawarczał i
ponownie rzucił się na dziewczynę, tym razem jednak znacznie szybciej, przez co
Dei nie udało się go zaatakować. Demon wytrącił jej sztylet i chwycił za
gardło, po czym podniósł nad ziemię. Drugą ręką przeciągnął pazurami po jej
policzku, pozostawiając długą ranę. W jego oczach płonęły iskierki satysfakcji
i rozbawienia. Ręce Dei zaczęły powoli słabnąć, kiedy nagle uścisk całkowicie
zelżał, a ona znalazła się na podłodze niemal pozbawiona przytomności.
Spojrzała w górę i zobaczyła sapiącego z bólu Shina oraz podnoszącego się
chwiejnym krokiem demona.
- No no… Nie spodziewałem się
tego, braciszku – mruknął Shun z uśmiechem. – Uznajmy, że tym razem jest remis…
Dea podniosła się z ziemi i zaczęła powoli wycofywać, a w ślad za
nią poszedł Shin. Nie było możliwości, aby mogli zabrać stamtąd miecz – jego
klinga lśniła w odległej części magazynu, wzywając do siebie śmiałków na zgubę.
- Shin! – rzucił na koniec demon.
– Przekaż Mephisto, że ona nareszcie się przebudziła … Ariella powstała…
Sonnelion zaśmiał się jeszcze, po czym zniknął w dalszych
częściach magazynu, a Dea i Shin rzucili się biegiem w stronę bramy. Nad ich
głowami wystrzeliły fajerwerki, obwieszczając początek nowego roku…
Dobiegli do wejścia, po czym
wspięli się na siatkę i przeskoczyli na drugą stronę. Blondyn zakołysał się
przy lądowaniu i prawie upadł, jednak w ostatniej chwili podtrzymała go Dea.
- Nie dotykaj mnie! – warknął
Shin na dziewczynę, wyrywając rękę z jej uścisku, po czym jego oczy rozszerzyły
się jakby z niedowierzania. Czy naprawdę
uwierzyłem w tę historię…?, przemknęła przez jego umysł ta myśl.
Dea poczuła jakby coś ostrego przebiło jej serce, jednak nie
próbowała już dotknąć chłopaka. Biegli ramię w ramię, niekiedy robiąc krótkie
przystanki aby złapać oddech, aż ostatecznie dotarli do Akademii. Przed bramą
Dea mruknęła jeszcze do Shina: – Nie wspominaj Mephistophelesowi o mieczu…
Blondyn kiwnął jedynie głowę i nie odezwał się, po czym weszli na
teren szkoły.
Tym razem światło paliło się
tylko w jednym pomieszczeniu – w gabinecie Mephisto. Dea i Shin wspięli się po
schodach i bez pukania wparowali do pomieszczenia, w którym siedzieli chyba
wszyscy ich przyjaciele – Mephi, Ash, Miracle, Gabriel, Rafael i Kei – a każdy
z tą samą posępną miną.
- Shin, Dea! Gdzie żeście byli?!
– pierwszy poderwał się z krzesła Ash i podszedł do dwójki. W świetle lamp ich
rany wyglądały o wiele gorzej niż początkowo sądzili. – Co się stało?
- Spotkanie rodzinne po latach –
rzucił oschle Shin, po czym wyminął przyjaciela i opadł na jedną z kanap. Ash
spojrzał zszokowany na blondyna, po czym podbiegł do biurka Mephistophelesa.
- Wiedziałeś?! Czy wiedziałeś, że
Shun żyje?! – warknął w stronę kota, a ten tylko prychnął.
- Nie miałem pewności, jednak
teraz już mam… – mruknął Mephi niezwykle dyplomatycznie, po czym postukał
pazurkami po blacie, uporczywie zastanawiając się nad czymś. Tym czasem Dea
podeszła do drugiej kanapy i usiadła między Miracle i Rafaelem. Gabriel opierał
się z tyłu nich o ścianę, po czym nagle odbił się i wyszedł. Wrócił po chwili,
niosąc dwa woreczki lodu i mokre szmatki. Jedną parę rzucił Shinowi, który
przyjął je, dziękując kiwnięciem głowy, po czym przyłożył lód do palców z
westchnieniem ulgi. Drugi woreczek Gabriel przytknął do twarzy dziewczyny i
spojrzał jej w oczy z niepokojem, jednak ona odwróciła wzrok speszona
intensywnością jego błękitnych tęczówek.
- Co się stało na festiwalu,
kiedy zniknęliśmy? – mruknęła, wpatrując się w swoje ręce ułożone na brzuchu.
- Cztery Ogary Piekieł pojawiły
się znikąd i zaczęły ryczeć, co wywołało efekt domina – ludzie wrzeszczeli i
uciekali we wszystkich możliwych kierunkach, po drodze taranując i depcząc
innych, którzy wydzierali się tym bardziej. Staraliśmy się jakoś opanować to
całe zamieszanie i odgrodzić Ogary od ludzi, ale nie było to potrzebne,
ponieważ one tylko stały w tym samym miejscu i ryczały. Kiedy wszyscy już
uciekli, bestie wskoczyły na dach i pognały w stronę doków. Myślę, że miały
odwrócić naszą uwagę od was – odpowiedział jej Rafael, spoglądając na
czarnowłosą z niepokojem. – Dobrze się czujesz?
- Tak, jestem tylko zmęczona… –
mruknęła dziewczyna, zamykając oczy. Już po chwili spała, wyczerpana do granic
możliwości.
- O, zasnęła – rzucił Rafael z
uśmiechem. Ta dziewczyna ma niesamowity
dar do zasypiania w najdziwniejszych miejscach, pomyślał rozbawiony archanioł i cicho
zachichotał.
- Zaniosę ją do pokoju –
zaoferował Gabriel i zaczął podnosić nieprzytomną czarnowłosą.
- Ja to zrobię! – warknął Shin i
podszedł do nich. Gabriel spojrzał na niego ze srogą miną, ale nie puścił
dziewczyny.
- Masz powybijane kciuki, ranę na
łbie i podbite oko. Z łaski swojej siądź na dupie i pozwól mi to zrobić –
rzucił poirytowany szatyn, a w pokoju zapadła cisza. Nikt jeszcze nie słyszał,
aby Gabryś się na kogoś zirytował, szczególnie, że ten ktoś był ranny, no ale
zawsze musi być ten pierwszy raz.
- Jak chcesz – mruknął Shin,
poddając się i wycofując. Ponownie opadł na kanapę, a Gabriel podniósł Deę na
ręce i wyniósł z pokoju.
Oczekujące spojrzenia spoczęły na
blondynie, uporczywie wpatrującym się w podłogę. Nie miał zamiaru wyjaśniać im,
o co chodzi z Gabrielem, bo to sprawa tylko między nimi.
- Ash, czy mógłbyś? – mruknął
Shin, podnosząc ręce w stronę demona. – Weź je nastaw.
- A nie wolisz, abym użył mocy? –
spytał się brunet przyjaciela. Chwycił go za ręce i przyjrzał się z bliska
sinym i opuchniętym palcom.
- Nie… Mam dość demonicznych mocy
na najbliższe kilka tygodni…
- Wiesz, że to będzie bolało,
Shin…
- Zrobisz to czy nie?! – warknął
blondyn, spoglądając z wkurwem na demona. – Jakbym chciał, aby ktoś mnie
głaskał po główce, to poszedłbym do Rafaela…
- Dzięki, Shin – rzucił z
przekąsem archanioł, rozsiadłszy się jeszcze wygodniej na kanapie. – Ale jestem
aseksualny i nie pociągają mnie małolaty ze złamanymi serduszkami…
- Ja mogę cię pogłaskać zawsze! –
powiedziała Miri z uśmiechem, a chłopaki tylko spojrzeli na nią z naganą. – No
co? – mruknęła naburmuszona. – To wy możecie rzucać zboczonymi żarcikami, a ja
nie?
- Nie – odpowiedzieli jej
równocześnie, na co dziewczynka fochnęła się jeszcze bardziej. W sumie dzień
jak co dzień…
- Dobra, stary. Jesteś pewny? –
zapytał ostatecznie Ash, a blondyn kiwnął tylko głową potwierdzająco. – No to…
raz kozie śmierć… – mruknął demon i pociągnął.
- Kurwa! – przeklął blondyn,
zagryzając zęby z bólu. – Nie mogłeś pojedynczo?!
- Nie… bo wtedy nie miałbym ubawu
– rzucił demon i uśmiechnął się zadziornie. Shin odpowiedział mu wkurzonym,
uśmiechem, zaciskając zęby od pulsującego bólu i Ash wiedział już, że zła
chwila jego przyjaciela właśnie minęła.
- Skończyliście? – miauknął
Mephiś i obrzucił ich pobłażliwym spojrzeniem. – Jak tak, to powiedz mi, co tam
się wydarzyło. Domyślam się, że Shun stał się demonem…
- I do tego przydupasem Azazela –
dorzucił Ash, przerywając kocurkowi, jak miał to w zwyczaju robić.
- …ale chciałbym się dowiedzieć szczegółów
– dokończył Mephi, spoglądając na bruneta z naganą.
Shin opowiedział im wszystko po
kolei, od momentu, kiedy rozdzielili się na festiwalu aż do tego, w którym Dea
wpadła do magazynu, ukrywając elementy związane z mieczem, a na twarzach
zebranych pojawiały się coraz gorsze emocje.
- Na koniec kazał ci przekazać, że przebudziła się jakaś Ariella –
zakończył Shin i spojrzał na Mephisto. Kot znieruchomiał, pobladł na pyszczku i
położył uszy po sobie. Nagle zeskoczył ze stołka i podbiegł do stojącej w kącie
pokoju komody, tej samej, przy której majstrowała Dea godzinę wcześniej.
Pociągnął za szufladę i wejrzał do jej wnętrza. Po chwili odwrócił się do
reszty z przerażeniem wypisanym na jego drobnej mordce.
- No to jesteśmy w czarnej dupie…
– mruknął bez ogródek.
Później…
Mephisto spojrzał na Rafaela, a
Rafael na kocura. Nagle archanioł podniósł się i podszedł do demona.
- Co żeś zrobił,
Mephistophelesie? – zapytał bez zbędnych dupereli, od razu wyczuwając wiszącą w
powietrzu katastrofę.
- Ja? Nic… Tylko, że… Eh,
Rafaelu, udaj się do Luminosy i powiedz Absolutowi, że Damokles zniknął…
- Ten Damokles?! – rzucił anioł z
niedowierzaniem. – Ty miałeś Damoklesa przez te wszystkie lata?! Wiesz ile
czasu spędziliśmy, poszukując go?!
- Ta ta, wiem. Ale teraz to
nieważne, ponieważ ktoś go ukradł. Więc oszczędź mi strzępienia języka i idź
już – warknął kotuś i przejechał łapką po pyszczku. Archanioł nic nie
odpowiedział, jedynie wybiegł z pokoju w olbrzymim pośpiechu, a Mephiś rozłożył
się na kanapie koło Miracle. Wszyscy w napięciu oczekiwali, aż demon wyjaśni im
kim jest Ariella i o co chodzi z Damoklesem, jednak kotuś nie palił się do tego
zbytnio.
- Yhym – chrząknął znacząco Shin,
a demon spojrzał na niego z mordem w oczach. W końcu, po kimś blondyn musiał to
odziedziczyć. – Czekamy…
- Shin, dziecko drogie, ty mnie
nie denerwuj… – pogroził demon.
- Nie po to wyłamałem sobie
paluchy, abyś teraz cos przede mną ukrywał! – warknął wnerwiony blondyn, a
Mephisto ostatecznie się poddał. Kotek mlasnął z niezadowolenia, ale zaczął
wszystko wyjaśniać po kolei.
- Ariella była jednym z
pierwszych Archaniołów stworzonych przez Absoluta. Należała do tego samego
pokolenia co Samael, Zachariel i inni. W ciągu tych kilku tysiącleci stopień
Archanioła zmieniał się przez wojny, Upadki i Degradacje, aż ostatecznie ma
taki obraz jaki znamy – czyli Mikael, Gabriel, Rafael, Zadkiel, Ouriël, Raziel
i jedyny z pierwotnych archaniołów – Camael... Tak jak już mówiłem, Ariella
była ulubienicą Absoluta, przez co dostała specjalny przydomek: Lwica, a także
specjalne przywileje. Po upadku Samaela bardzo zbliżyła się do ludzi, ponieważ
w przeciwieństwie do niego, człowiek ją fascynował. Szczególnie uwielbiała
przebywać w Lemurii – krainie starszej niż Atlantyda i o wiele bardziej zaawansowanej
technologicznie. Lemuriańscy naukowcy dążyli jednak do stworzenia czegoś
niemożliwego – istot złożonych z anioła i zwierząt – „superżołnierzy”, którzy
podbiliby cały świat. Udało się im przekonać Ariellę, aby oddała część siebie,
która niby miała uratować chore dziecko. Na tym fragmencie ciała archanielicy
wyhodowali swoją upragnioną istotę – pierwszego superżołnierza. Początkowo
chłopiec był jak każde dziecko, a Ariella po pierwszym oburzeniu wywołanym
kłamstwem naukowców, pokochała go jak syna. Anioły, tak jak i demony są
bezpłodne w swoich kręgach, toteż demony w celu zwiększenia swej armii zaczęły
wiązać się z ludźmi, jednak anioły nie miały tego przywileju. Zachowanie
Arielli nie spotkało się z aprobatą innych Archaniołów ani Absoluta, jednak
dopóki chłopiec był nieszkodliwy, nie ingerowali w ich życie. Sielanka jednak
nie trwała długo, bo gdy chłopiec miał zaledwie 19 lat swoim lenistwem i
nieodpowiedzialnością doprowadził do całkowitej destrukcji państwa, odnajdując
przyjemność z rozlewu krwi. Absolut widząc jego niepochamowaną rządzę zadawania
cierpienia, zesłał na Lemurię swój gniew w postaci erupcji wulkanu, która
pochłonęła całą wyspę, jednak nie zgładziła chłopca. Ariella była świadoma, że
to jej ukochany syn z uśmiechem na twarzy spowodował śmierć tysięcy niewinnych
osób, w tym kobiet i dzieci, wobec czego wyznaczyła sobie za cel, aby zgładzić
chłopca. Jednym z przywilejów nadanych jej przez Absoluta było noszenie przy
sobie świętego miecza – Damoklesa – jednego z Tworów; ostrza zdolnego zgładzić
dosłownie wszystko. Właśnie tą klingą Ariella miała zamiar przebić chłopca,
lecz jego zmysły zostały za bardzo pochłonięte przez zwierzęce instynkty, więc
ich walka stawała się coraz dłuższa i cięższa. Ostatecznie po ponad kilku
godzinach, Arielli udało się przebić serce syna, a chłopiec padł na ziemię
martwy, jednak również archanielica poniosła olbrzymie straty – jej rany na
ciele i w sercu były za głębokie aby mogła je wyleczyć, toteż wywołała u siebie
bardzo głęboką śpiączkę, w której pozostawała przez te wszystkie lata. Lemuria
zaginęła w odmętach oceanu, a ciało chłopca wraz z Damoklesem opadło na dno
oceanu… – Mephisto zrobił pauzę, jakby bał się powiedzieć coś jeszcze, coś
bardzo znaczącego.
- Mephisto… – mruknął Shin,
wyczuwając wewnętrzny opór ojca, na co kotek tylko westchnął i dokończył swoją
opowieść.
- Chłopiec trafił do Terry
Rebelem i tam został mianowany siódmym Generałem Armii Piekielnej. Stał się
demonem lenistwa i przybrał imię Mephistopheles… Zadowolony?!
Po ostatniej wypowiedzi demona w
gabinecie zapadła cisza… znowu… Wszyscy siedzieli i gapili się na siebie, jakby
odpowiednie słowa miały im spaść z nieba i wtedy… i nagle… dosłownie i w
przenośni nadleciało UFO!
- Jakiś goły facet tu biegnie… –
mruknął Kei z kamienną twarzą, wyglądając za okno, na co wszyscy poderwali się
z miejsc i dopadli do szyby, przystawiając noski, by jak najlepiej dojrzeć tego
idiotę…
- Ugh… współczuję mu – rzucił
Ash, krzywiąc się i trzęsąc z zimna.
- A to niby czemu? – spytał Shin,
powątpiewająco patrząc na przyjaciela.
- Bo jak pomyślę, jak jego mały
przyjaciel musi cierpieć na tym mrozie, to aż mnie skręca w środku…
Dziwny jegomość zniknął we wnętrzu szkoły i po paru minutkach do
gabinetu wparował zziajany i nagusieńki… Rafael?!
- W pizdu! Nie wracam tam więcej!
– wrzasnął na powitanie i zasiadł przed kominkiem, by choć trochę się ogrzać.
Ash szybko zakrył Miracle oczy, chodź dziewczynka i tak miała archanioła
głęboko w czterech literach. Wyszarpnęła się ojcu, łaskawie pokazały środkowy
palec i okręciła się na pięcie. Założyła słuchawki, po czym rozłożyła na
kanapie, odwracając się dupą do towarzystwa. Chwilę później ona także drzemała
głębokim snem sprawiedliwego.
- Co się stało? – spytał Shin,
choć właściwie nie chciał znać odpowiedzi, no ale trzeba zachowywać pozory
miłego gościa, tak wiec…
- Ouriël mnie dorwał przy
Exodusie i jak się dowiedział, że zgubiliśmy Damoklesa to się wkurzył na maxa i
tak jakby… eksplodował?
- To dlatego nie masz ciuchów?
- Nie… to dlatego, że jak
uciekałem przed tym sadystą wrzeszczącym, że jak nas dorwie, to nam nogi z dupy
powyrywa, to tak jakby wpadłem do wody i aby nie dać się złapać, zrzuciłem
ubrania.
- I tak se latasz po ulicy jak
cię Pan Bóg stworzył, co? – rzucił Ash i zaczął się niekontrolowanie śmiać. –
Stary, jesteś bardziej popierdolony niż ja…
- Powiedz mi coś czego nie wiem,
mrau – odparł Rafael z dwuznacznym uśmieszkiem.
- Dobra, bachory. Pobaraszkujecie
sobie później. Teraz ważniejsze sprawy – warknął Mephisto, niebezpiecznie
szybko machając ogonkiem i poruszając wąsikami, co znaczyło u niego tylko jedną
rzecz – mega wielkie poirytowanie. – Przekazałeś wiadomość?
- Powiedziałem Mikaelowi, a on
powinien powtórzyć to Absolutowi – odparł anioł, szczękając zębami z zimna. –
Weź się futrzak zlituj i daj mi koca!
- A idź mi stąd, tępa kreaturo! –
miauknął wkurzony Mephiś. Zeskoczył ze swojego ulubionego stołeczka i zaczął
dreptać w kołeczku. – Ja mam teraz ważniejsze sprawy na głowie, wiec weźta
zabierzta swe tyłki z mojego gabinetu i won mi lulać do pokojów!
- A co z Deą? – zapytał na
odchodnym Shin, sprawiając że kicia w końcu się zainteresowała otaczającym go
światem.
- Na razie nic jej nie mówcie.
Nie chcę, aby dodatkowo nasza królowa dramatu zaczęła plątać mi się pod nogami…
- Łapami – sprecyzował Ash, za co
zarobił papierową kulką w łeb.
- Na razie trzymajcie dziewczynę
z dala od tej sytuacji – zakończył Mephisto i odwrócił się do nich tyłem,
sygnalizując odpowiednią porę do wyjścia. Ash zabrał grymaszącą przez sen
blondynkę, a Shin oddał swoją bluzę Rafiemu, aby się okrył.
Wszyscy grzecznie wyszli z
gabinetu i zamknęli za sobą drzwi, po czym każdy udał się do swojego pokoju, a
Ash po drodze wparował do pokoju dziewczyn i tam zostawił swoją córkę. Przed
drzwiami do pokoju dziewczyn czekał na demona blondyn, opierając się bokiem o
ścianę.
- Teraz to się zacznie krwawa
jatka – mruknął zmęczony demon, a przyjaciel zlustrował go tajemniczym
spojrzeniem.
- Taaaa… – zgodził się i odbił od
ściany. – W pizdu z taką robotą…
Napisane przez ~Ichimari
OdpowiedzUsuńdnia 11.04.2014 o 18:11
Czyżbym widziała brak komentarzy czy moje kontakty mnie zawodzą? Ale nic, będę pierwsza :)
Notka oczywiście przekomiczna, wymiękam na niektórych momentach :D
Ale jeśli będziesz wrzucać kolejne epki tak często, jak uprzedziłaś w zapowiedzi, to chyba zamienię się w kota merdającego niebezpiecznie szybko ogonem i poruszającego wąsikami (co będzie oznaczać to tyle co w przypadku Maphisia- wkurw xD ). A że nie chcę być nadmiernie owłosiona to wrzuć kolejny szybciej! Pozdrawiam :)
Napisany przez ~CreativeViolet
Usuńdnia 11.04.2014 o 20:21
Haha, dziękuję bardzo za komentarz. Cieszę się, że udało mi się cię rozśmieszyć choć troszkę. :) Odnośnie rozdziałów… to pewnie nadal będą pojawiać się z częstotliwością raz na miesiąc, przynajmniej do czerwca, wtedy to zobaczymy, ale pewnie częściej. Hmm… w sumie, najbliższy rozdział będzie chyba najnudniejszy, bo najbardziej zbliżony do normalności i do zwyczajnego życia w szkole, natomiast w 13 nareszcie pojawią się moje chłopaki spod ciemnej gwiazdy z Haremu, a potem… no, a potem zacznie się krwawa jatka, jak to Ash trafnie określił. Teraz mam za mało czasu aby pisać, ponieważ zbliża się wystawianie ocen i inne duperele, które mnie rozpraszają (jak np. czytanie „Kordiana” – nuuuuuuda!). I tu przydałby się cytat Shina: „w pizdu z taką robotą”. No, więc na chwilkę zwolnię tempo i na spokojnie napiszę rozdział 12 i 13, by potem wynagrodzić to cierpliwym ludzikom. :D
Pozdrawiam i do następnej notki,
CreativeViolet
Napisany przez ~summon creature
OdpowiedzUsuńdnia 12.04.2014 o 11:57
Ja bym się chciała dowiedzieć, co takiego Shun powiedział Shinowi o Dei. Teraz mi się jej tak żal zrobiło… : (
Ogólnie co do Dei, to ona chyba powinna dać sobie radę z Shunem, bo co to dla niej? Przecież jest pomiotem szatana! XD
Ogólnie mi do śmiechu nie było (chociaż może nasz narcyzek, nagiutki Rafałek dodał tutaj trochę śmieszku), bo sprawa jest dość poważna. ; )
Czekam na dwunastkę. :D
Napisany przez ~CreativeViolet
Usuńdnia 12.04.2014 o 12:58
Tak, masz rację, sprawa była dość poważna, no ale żeby nie było za poważnie, musiałam wrzucić coś na rozluźnienie atmosfery, a w tej roli Rafi sprawuje się idealnie. Co do konfrontacji Shuna z Deą, to sama nie wiem, kto by wygrał, ponieważ jest parę spraw, które pozostawiłam do rozwiązania w związku z tymi postaciami. Hm… Rozmowa Shina z bratem niech pozostanie jeszcze trochę tajemnicą, ponieważ na pewno w znacznym stopniu zmieni ich, a w szczególności Deę (taaa, to nie będzie miła rozmowa, eh…). Rozdział 12 postaram się napisać w czasie świąt, albo przynajmniej wrzucić niespodziankę jako prezent dla was. W kwietniu mam olbrzymi konkurs do którego muszę się jeszcze sporo pouczyć, więc dopiero po konkursie będę myślała co dalej z przygodami ferajny.
Pozdrawiam, Creative Violet