„Od gwiazd pochodzimy i ku
gwiazdom zmierzamy.
Życie jest jedynie podróżą w
nieznane.”
~ Walter Moers
Wcześniej…
- Hej, insekcie! – zawołał wkurzony
blondyn. – Ile jeszcze czasu mam być twoim tragarzem?!
- Oj, nie przesadzaj. Zanieś torby
do mojego pokoju i będzie po krzyku – odparła malutka blondynka, szczerząc się
do chłopaka. – Dzięki mnie twoja ukochana Decia powie „kya, jakie to słodkie!
Dziękuję ci Shin!” i rzuci ci się szyję. Noszenie moich toreb to chyba
niewielka zapłatą za taką przysługę...
- Jakbym tego chciał… - mruknął pod
nosem, spoglądając w bok. Nagle coś mu przemknęło przed oczami, znikając na
schodach w tym samym momencie, co Miracle zatrzymała się na środku korytarza,
podnosząc głowę do góry.
- Demon – szepnęła i pognała za
intruzem, a Shin za nią z torbami wciąż trzymanymi w rąsiach. Dopadli na
ostatnie piętro, na którym znajdował się gabinet Mephisto, jednak nikogo tam
nie było, za to ze środka pomieszczenia dochodziły przytłumione głosy.
- Myślisz, że to Azazel przyszedł po
Deę? – szepnął konspiracyjnie Shin, przykładając ucho do drewna, aby cokolwiek
usłyszeć.
- Nie wiem – odszepnęła Miracle,
również przykładając ucho do drzwi.
- Nie możesz tego zrobić! Zakazuję
ci! Odmawiam! – rozległo się wściekłe i przerażone mruczenie kota. – Błagam,
nieeeeeeee!!!
Shin nie
wytrzymał, wpadł do środka, a za nim Miracle i stanęli jak wryci…
- Za co?! Za jakie grzechy?! – darł
się wniebogłosy Mephisto, przykładając łapki do swojej twarzy. Jego ogon latał
szaleńczo, wychodząc spod… różowej, falbaniastej sukienki w złote gwiazdki?!
- Nie gadaj. Pasuje ci. – odparł
stojący obok niego ciemnowłosy facet, uśmiechając się rozbrajająco. – Lusiek
sam ci wybrał ten strój, możesz czuć się zaszczycony, hehehe.
- Taki wstyd! Taki wstyd! –
zamruczał Mephisto pojękując cichutko. – Co ja mu takiego zrobiłem, że tak mnie
nienawidzi!?
- Oj, nie jęcz tak - odparł chłopak
i odwrócił się bokiem, katem oka zauważając stojące w drzwiach dwie zszokowane
do granic możliwości postaci. - O Shinuś. Kopę lat, stary przyjacielu i... – na
jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia i niedowierzania. – Czy to ty?...
Miracle... Moja córeczko!
Blondynka
patrzyła zszokowana na demona, a na jej twarzy momentalnie pojawił się gniew.
- Nie jestem twoją córeczką! Ty
parszywy, zły, zboczony i wredny demonie! Oddaj mojego kochanego tatusia.
- Miracle...
Przepraszam cię... Tak bardzo mi przykro… – demon padł na kolana na czerwony
dywan Mephista, rozlewając colę z puszki, którą trzymał w łapce, na co kocur
prychnął na demona, że to w końcu perski dywan. Shin przyglądał się całej
scenie z niezmiennym szokiem. Pierwszy raz widział przyjaciela z takim wyrazem
na twarzy, zupełnie jakby ktoś mu wyrwał serce prosto z piersi i na jego oczach
dźgał je nożem… – Tak bardzo mi przykro. Przepraszam Miracle, przepraszam…
Dziewczynka,
patrząc na załamanego Asha, zaczynała powoli mięknąć. - Ej. No już. Wszystko
gra, ja tylko żartowałam…
Ash spojrzał
na dziewczynkę i w tym samym momencie na jego twarzy pojawiła się nadzieja. –
Moja córeczko, jak ja za tobą tęskniłem! A teraz chodź do tatusia, bo tatuś
musi cię przytulić!
Ash poszedł
do dziewczynki i przyciągnął ją do siebie, jednak ona okręciła się i wyrwała z
jego uchwytu, by następnie znaleźć się za jego plecami i powalić demona na
ziemię.
- Zboczony perwers, myślisz, że nie
wiem, co robiłeś przez te wszystkie lata?! – warknęła i zaczęła dusić demona, z
którego gardła wyrwał się rozbijający szkło, dziewiczy krzyk, który poniósł się
korytarzem docierając do uszu pewnej czarnowłosej dziewczyny, wyrywając ją spod
prysznica…
Teraz…
Dea wyskoczyła spod strumienia
wrzącej wody, owinęła się ręcznikiem i wybiegła z pokoju, podążając za źródłem
krzyku. Dopadła do gabinetu Mephisto i szarpnięciem ręki otworzyła drzwi,
zastając, nawet jak na ich standardy, doprawdy dziwną scenę. Mianowicie, na
podłodze leżał nie kto inny, jak stary, dobry Ash i wydzierał się wniebogłosy
dziewczęcym piskiem, starając się zrzucić ze swych pleców blondwłosego bachora,
będącego zarazem jego córką, która z szaleńczym uśmiechem dusiła demona.
- Dobra, starczy Miri. Puść go –
rzucił siedzący sobie spokojnie na fotelu Shin, nawet nie zwracając uwagi na
ich walkę. Dziewczynka podniosła głowę i uśmiechnęła się słodko do blondyna.
- Jak sobie życzysz, moje kochanie.
- Kto niby jest twoim „kochaniem”?!
– wrzasnęli równocześnie Shin i Ash, patrząc zbulwersowani na Miracle, która
podniosła się z ciała ojca i zawirowała na podłodze jak baletnica.
- Chodź kochanie odstaw wszystko,
porwie w tańcu nas muzyka disco – zaśpiewała, kręcąc się na palcach. – Choć
kochanie daj mi siebie, a poczujesz się jak w niebie…
- Gdzieś ty
się szlajała, żeś się takich piosenek nauczyła? – odparł Ash, podnosząc się z podłogi,
na co dziewczynka wzruszyła ramionami i mruknęła coś, co zabrzmiało jak
„Polska”. Nagle demon zauważył stojącą w drzwiach z osłupiałą miną Deę jedną
ręką podtrzymującą spadający ręcznik.
- O! Co tam? – zapytał i przeciągnął
się na dywanie, powodując odgłos niemiłego chrzęszczenia kości. – Takie
powitanie to ja rozumiem, a nie… – głową wskazał na blondynkę, usilnie
starającą się usiąść na kolanach Shina, który nie był do tego aż tak chętny.
Wtedy również Shin odwrócił głowę nagle zaciekawiony i zatrzymał spojrzenie na
mokrej skórze dziewczyny i na białym ręczniku owiniętym wokół jej piersi.
Wstał, przewracając krzesło na ziemię i z niezrozumiałego dla wszystkich powodu
(ta, jasne…) podszedł do osłupiałej z zaskoczenia dziewczyny. Chwycił ją za
rękę i pociągnął z powrotem do jej pokoju, nie mówiąc nikomu słowa wyjaśnienia.
Gdy tylko drzwi do sypialnie w
damskim dormitorium zamknęły się za nimi, puścił czarnowłosą i usiadł na łóżku.
Jego ręce drżały, gdy próbował opanować złość i cisnące się na usta słowa.
- Ubierz się – rzucił obojętnie i
odwrócił głowę w stronę okna. Dea nie odezwała się do blondyna, jedynie
przeszła do łazienki i narzuciła na siebie ciuchy, a wciąż mokre włosy zebrała
w koński ogon. Przetarła ręcznikiem lustro, ukazując parę czerwonych ślepi
wpatrzonych w jej odbicie, tych samych, które patrzyły na nią przez ostatnie 17
lat, jednak teraz wydawały się całkiem inne, jakby niosące za sobą coś
mrocznego i brutalnego – demona, który w każdej chwili mógł zaatakować. Chyba
czas przestać udawać normalną dziewczynę, pomyślała odkładając pudełeczko na
soczewki. Wciągnęła powietrze głęboko w płuca i weszła z powrotem do pokoju.
Shin stał odwrócony do niej tyłem, przyglądając się jedynemu zdjęciu stojącemu
na szafce nocnej czarnowłosej – przedstawiającemu ją i grupkę mężczyzn w różnym
wieku, ubranych w habity przed zakonem.
- Czemu nie masz innych zdjęć?
Przyjaciół? Ukochanego? – zapytał jakby od niechcenia, jednak pozostał
odwrócony tyłem, przez co nie mogła zobaczyć jego twarzy. Dea zbliżyła się i
stanęła obok niego, delikatnie dotykając swoim ramieniem jego ramienia.
- Nigdy nie dowiedziałam się, gdzie
się urodziłam ani jak na imię miała moja matka. Ojciec… znaczy brat Zachariasz
nigdy mi tego nie powiedział, a ilekroć go pytałam, wymyślał dziwne historie
albo zmieniał temat rozmowy. Jednak nie przeszkadzało mi to w jakiś szczególny
sposób. Mieszkałam w zakonie razem z kilkunastoma mężczyznami i w miarę upływu
czasu dołączali kolejni, aż ostatecznie zadomowiło się tam piętnastu facetów w
różnym wieku z różnymi zainteresowaniami i charakterami oraz ja, jedna jedyna
dziewczynka, której wszyscy się bali…
Kiedy miałam pięć lat obserwowałam
ludzi z okna, śledząc ich codzienne życie, aż zapragnęłam znaleźć się między
nimi. Brat Zachariasz zgodził się, abym poszła do przedszkola i poznała inne
dzieci. W pierwszym przedszkolu trzymali mnie trzy dni, po czym stwierdzili, że
moje oczy są znakiem diabła, a sama jestem potworem i wyrzucili mnie stamtąd.
Wtedy też mojemu ojcu wpadł do głowy pomysł z soczewkami. Wyobraź to sobie! Jak
nauczyć pięcioletnie dziecko włożenia sobie do oka soczewki? Jednak już od
maleńkości byłam uparta jak osioł i nie poddawałam się, aż w końcu nauczyłam
się tego ruchu, dzięki czemu mogłam iść do innego przedszkola, nie strasząc ludzi,
ale z jakiegoś powodu dzieci nadal mnie unikały, a opiekunki odzywały się do
mnie jedynie w ostateczności. Sama bawiłam się w lalkami, sama grałam w klasy
albo lepiłam babki z piasku, przez co zaczęłam uważać ludzi za niemiłych i
zimnych.
Ratunek pojawił się od osoby
niezupełnie do tego stworzonej, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby,
szczególnie, gdy ten koń próbuje cię cały czas użreć. Mianowicie, była w
przedszkolu dziewczynka, która zawsze chodziła w falbaniastych sukienkach i z
powpinanymi ozdobami w jasnobrązowe włosy. Istne marzenia każdego pedofila –
śliczna, mała, słodka i dziewczęca, jednak wcale nie delikatna czy nieśmiała.
Co to, to nie! Zawsze na każdego patrzyła z góry, jakbyśmy byli jej olbrzymimi
zabawkami. Stanowiliśmy jej prywatny domek dla lalek i pluszaków, a ona była
królową dzierżącą w swych malutkich i wyrachowanych rączkach nożyczki i
zapalniczkę. I z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu podeszła do mnie
któregoś dnia i nakazała abym oddała jej swoje lalki, a ja jak to ja, miałam ją
głęboko gdzieś i poszłam w inny kat, a ona za mną. No i tak to się zaczęło.
Tamta dziewczynka, Ju... Jus... Justian, tak chyba nazywała się Justian,
chciała cały czas ze mną rywalizować, zaśpiewałam piosenkę, ona nauczyła się
grać na fortepianie, nakarmiłam ptaszka, ona zakupiła roczny zapas karmy dla
zwierząt do schroniska. I tak zawsze, naprawdę była uciążliwa, ale ona, jako
jedyna rozmawiała ze mną i w sumie zdarzyłam ja polubić przez te kolejne dwa
lata, ale potem... Opowiadałam ci już, co było potem. Następne lata szkolne
spędziłam w zakonie z braćmi, jako nauczycielami i przyjaciółmi, ponieważ nie
potrafiłam zagrzać miejsca w żadnej placówce edukacyjnej dłużej niż przez
tydzień. Dlatego tak bardzo chciałam być normalną nastolatką, przeżywać to, co
każda z nich i cieszyć się każdym dniem spędzonym z przyjaciółmi, ale teraz
wiem, że to nigdy się nie zdarzy. W końcu jestem Armagedon Lucifer Deis - Córka
Władcy Demonów i następczyni tronu Terry Rebellem. Skończyłam z udawaniem
kogoś, kim nie jestem…
- Dlaczego zachowujesz się tak,
jakbyś właśnie się poddała?! – warknął wkurzony chłopak i obrócił się w stronę
czarnowłosej. – Przecież możesz to wszystko jeszcze zrobić! I jeśli ładnie poprosisz, dotrzymam ci towarzystwa...
- Naprawdę? – zapytała szczerze
zaskoczona. – No to, w takim razie... Ładnie proszę?
Shin
uśmiechnął się do dziewczyny i potargał jej czarne włosy. – Zuch dziewczynka. A
teraz lepiej wracajmy do reszty.
- A właśnie, miałam się ciebie o to
spytać. Dlaczego oni się bili, kiedy weszłam?
- Ah to. Hm... Chyba, dlatego, ze
Ash powiedział Miri, że chce ją przytulić, a ona źle to zinterpretowała, choć
ja na jej miejscu miałbym takie samo odczucie – odparł nonszalancko, prowadząc
czarnowłosą do gabinetu Mephisto.
- To zaskakujące, że zachowują się
jak rodzina, patrząc na ich historię. Myślałam, że raczej będą się nienawidzić,
a tu takie zaskoczenie.
- Nie chcą rozpamiętywać
przeszłości, bo jest dla nich zbyt bolesna. Wolą cieszyć się teraźniejszością..
Dla mnie to nawet lepiej, bo nie musze wysłuchiwać jęków Asha, że ta mała
zaraza go nienawidzi.
- Tak, może masz rację… Dobra,
lepiej chodźmy już, bo będą się zastanawiać, gdzie zniknęliśmy.
- Albo raczej czy już się nie
pieprzymy… Au! Za co to było, kurwa?! – zapytał oburzony, gdy Dea walnęła go z
pięści w ramię.
- Za pstro, kurna, za pstro! I nie
klnij mi tu do cholery jasnej, no!
Kłócili się
jeszcze całą drogę do gabinetu Mephisto, jednak, gdy już tam dotarli, zastali
doprawdy niespotykany widok. Przy biurku rozsiedli się Mephiś, Ash i Miri –
czyli grupka osób, które nigdy nie powinny siedzieć przy jednym stole. Pomiędzy
nimi stała do połowy pusta butelka Jacka Danielsa, pomijając już opróżnioną
buteleczkę Burbonu, i dwie szklaneczki. Miracle popijała soczek pomarańczowy,
siorbiąc ze słomki i przyglądając się rozszerzonymi oczami flaszce z nadąsaną
miną, a Ash co chwile dolewał dyrektorowi więcej alkoholu.
- Lej, synu, lej. Nie żałuj mi tu –
mruknął Mephi, chwiejąc się na łapkach i czkając z lekka. - Ken ju fil de lof tunajt?!
– wydarło się kocisko, podnosząc szklaneczkę do pyszczka i ciągnąc długiego
łyka. Jeszcze bardziej zakołysał się na łapkach i przechylił szklankę,
sprawiając, że kilka złotobrązowych kropel nektaru życia spłynęło na jego
futerko i dywan, na co Miri skoczyła do przodu, by złapać te kropelki, jednak
Ash powstrzymał ją w ostatnim momencie, przez co jeszcze bardziej się nadąsała.
- Łan łej tiket, łan łej tiket, łan
łej tiket tu de bluuuuus! – zawtórował mu Ash powracając do swojego pijackiego
transu.
- Czyś ty ochujał do chuja pana?! –
wrzasnął Shin, wpadając do sali i wyrywając przyjacielowi flaszkę. Podniósł ją
do góry z zamiarem wrzucenia do kominka, ale… po chwili namysłu schował ją pod
bluzę. – Wiesz, co się dzieje, gdy Mephisto się schleje?
- Yyyy… nie? – odparł tępo demon,
próbując wyjąć Shinowi Jacka Danielsa spod bluzki, co wyglądało, jakby chciał
go rozebrać.
- A widziałeś kiedyś film
„Godzilla”? – zapytał, odtrącając pijanego demona i popychając go na krzesło
obok podekscytowanej widokiem Shina blond dziewczynki.
- Chodzi ci o tą wielką jaszczurę,
łażącą po mieście i wrzeszczącą „Łaaaaaaar”?
- Tak, o tą właśnie. A teraz wyobraź
ją sobie z kocimi uszami i ogonem, wrzeszczącą „Gdzie jest moje mleko?!”
Ash
zastanowił się dłuższą chwilę, drapiąc się po główce, bo jego mózg zalany w
trzy dupy alkoholem nie ogarniał tak szybko sytuacji, po czym spojrzał
zamglonymi oczami na blondyna. – Aż tak źle? – Shin pokiwał głową potakująco,
na co demon wyjął z kieszeni z ciężkim westchnieniem kolejną flaszkę tym razem
Bunnahabhain 40YO (ponad 11 000 zł za flaszkę), obracając ją w paluszkach.
- A ja dostałem od Lusia taki fajny
prezent… No i co ja biedny z tym zrobię?
Rozejrzał
się po zebranych osobach, czyli po pijanym i tańczącym na stole kocie,
nadąsanej i spragnionej alkoholu małolacie, nieogarniającej w ogóle sytuacji
cycatej córce Władcy Demonów i mającym „delikatne” problemy z nadużywaniem
wódki facecie pogrążonym w wiecznej żałobie po lasce, która wcale go nie
kochała, zamiast tego chciała go sprowadzić na tamten świat…
- No to ja chyba to przekaże
Gabrysiowi. On będzie wiedział, co z tym zrobić… – mruknął, wstał chwiejnie na
nogach i podszedł do Shina. Narzucił mu ręce na ramiona i przytulił się do
blondyna. – Nie pijemy wódki, nie pijemy wódki, pocałunek był za krótki… – po
czym przykleił swoje gorąca i wspaniale pachnące Jackiem Danielsem wargi do ust
blondyna, by później zarzygać wszystko wokół. – Nie patrz jak ja tańczę. Wino z
siarą zgubi cię… – zamruczał i padł na podłogę całkowicie wykończony.
- Nie dziwię mu się – powiedziała
Dea, a jej twarz stała się zielona jak u Shreka. – Ja też miałam odruch
wymiotny jak mnie pocałowałeś…
Shin
odwrócił się do niej z całkowicie wkurwioną miną. – Lepiej się zamknij, bo
będziesz transportować te zwłoki do łóżka. Choć raz w życiu użyj mózgownicy i
wymyśl jak to posprzątać!
- Czemu jesteś na mnie wściekły?! To
twoja wina, że polazłeś i zostawiłeś ich samych!
- Trzeba było
nie zachowywać się jak jakaś tania zdzira i nie przyłazić tu w ręczniku!
- I kto to mówi?! To ty zawsze
latasz na golasa i wywijasz tyłkiem jak Angelina Jolie! I do tego te twoje
teksty! Zachowujesz się jak niewyżyty Casanova spod biedronki, co na oczy
biustu nie widział!
- No, odezwała się Święta Dziewica
Niepokalanego Poczęcia! Pochwal się, ile razy się z kimś kochałaś, co?
- A co ci do tego, co?! Przynajmniej
nie jestem chodzącym rozpłodnikiem z mózgojebem jak ty!
- Yhym… przepraszam, że przerywam tę
fascynującą wymianę zdań – odezwała się Miracle z krzesła, przyglądając się
rozbawiona tym patafianom. – Ale chyba Mephisto planuje popełnić samobójstwo…
- Co? – zapytali równocześnie Dea i
Shin, odwracając głowy w stronę biurka i niebezpiecznie balansującego na
parapecie kocura. W łapce trzymał zapieprzoną w jakiś dziwny sposób spod bluzy
blondyna flaszkę Jacka Danielsa i pociągał z gwinta.
- Dziwny jest ten świat, gdzie
jeszcze wciąż mieści się wiele psa. I dziwne jest to, że Burbonem gardzi człowiek!!!
Nagle Mephi
zaczął się kręcić i tracić równowagę, wychylając się to do przodu, to do tyłu,
na co Dea i Shin rzucili się na ratunek
demonowi.
- Mephisto! – zawołała Dea,
chwytając kota za różową sukienkę.
- Jack Daniels! – zawołał w tym samym momencie Shin i porwał
flaszkę z rąk Mephisia, przytulając ją do swojego policzka. – Mój skarb… Już
nigdy cię nie zostawię, mój skarbie.
- Te, Gollum zabierz tatusia z mojej
tali! – warknęła Dea, próbując oderwać kota od swojego biustu, w który to Mephi
wsadził swój zimny nosek i wąsiki, którymi gilgał dziewczynę po skórze.
- Jestem w niebie – wymruczał i
podobnie jak Ash, padł na ziemię zmorzony swoim alkoholowym upojeniem…
Ostatecznie, cała trójka wyznająca
zasadę nieodprowadzania zwłok po pijaku, zebrała truposzki i zawlekła je do ich
łóżek, a następnie wzięli się za sprzątanie. Wyczyszczenie tego syfu zajęło im
parę ładnych godzin, więc położyli się dopiero nad ranem, jednak…
(Bardzo) Wcześnie rano…
- Gdzie jest moje mleko?! – odezwało
się strasznie głośne wołanie gdzieś z wnętrza szkoły i huk przerzucanych z
miejsca na miejsce garów. W tym samym momencie do pokoju dziewcząt wpadł
rozradowany Ash i zaczął się wydzierać jeszcze głośniej niż zwykle.
- Dzień dobry, moje słoneczka!!! Nie
spać, nie spać, zwiedzać!!! – wrzeszczał i po kolei ściągał okrycia z łóżek. –
Dea, wstawaj! Rozpoczynamy trening! No, już już, bo ci cycki opadną od tak
długiego leżenia!
- Zamorduję… – mruknęła Dea,
przykładając poduszkę do twarzy.
- …Tego demona – dokończyła Miracle,
przewracając się na drugi bok i próbując ponownie się przykryć.
- Oj, nie zrzędźcie tak! Dziś
Wigilia!
- No właśnie… – odezwał się spokojny
głos od strony drzwi. – A to właśnie wy byłyście tym tak podniecone.
- Shin! – zawołała Miri, momentalnie
zrywając się z łóżka i pędząc w stronę blondyna, luzacko opierającego się o
framugę.
- Dzień dobry, Miracle –
odpowiedział i uśmiechnął się delikatnie do dziewczynki.
Miri zatrzymała się na metr przed
blondasem i spojrzała na niego spode łba. – Kim jesteś i co zrobiłeś z Shinem?
- Nie wygłupiaj się, Miracle –
odpowiedział i wyciągnął rękę, aby potargać dziewczynce włosy. – Raz w roku
mogę być dla ciebie miły. Wesołych Świąt.
- Hm… to dziwne. Jesteś dla mnie
miły… jakoś nie mogę się do tego przyzwyczaić.
- Dziś Wigilia, więc stwierdziłem,
że zrobię dzień dobroci dla zwierząt. Nie przyzwyczajaj się, insekcie. – odparł
powracając do swojego zwyczajowego, wrednego i chamskiego jestestwa i przeszedł
obok Miri, by następnie podejść do łóżka czarnowłosej, nad którą pastwił się
Ash, próbując ją wyciągnąć z olbrzymiego kokonu zrobionego z pościeli. – Dzień
dobry, Dea.
Czarnowłosa uchyliła jedną powiekę,
potem drugą i mruknęła w jego stronę – Hej – po czym jej głowa ponownie opadła
na poduszkę, na co Ash się wkurzył. Chwycił dziewczynę pod boki i podniósł, a
następnie zarzucił sobie na plecy jak worek kartofli i wyniósł do łazienki. –
Masz pięć minut na ubranie się, a potem widzę cię na dole – warknął na
dziewczynę.
- A śniadanie?
Demon rzucił jej mordercze
spojrzenie, po czym zamknął za sobą drzwi i zszedł na dół. Po kilku minutach
dołączyli do niego Shin i Miracle, ale niestety głównej gwiazdy programu nadal
ani widu ani słychu. – Spóźnia się…
- Ash, nie sądziłem, że kiedykolwiek
ci to powiem, ale naprawdę potraktowałeś to poważnie – odezwał się blondyn,
klepiąc przyjaciela po ramieniu i udając, że się wzruszył. – Jestem z ciebie
taki dumny!
- Oh, jeb się – odparł Ash, nerwowo
tupiąc nogą. Jego zachowanie nie wynikało z powagi, tylko ze strachu, bo tatuś
tego cycatego beztalencia nie był zadowolony, że jej trening nie zaczął się
wcześniej, a Ash stanowił główny cel niszczycielskiej siły gniewu Władcy
Demonów. Ostatnio, jak Lusiek się wkurzył, pewien jegomość stał się kotem,
więc… – Mamy mało czasu, aby ją wyszkolić.
- My?
- Tak, MY. Stanowisz idealnego
królika doświadczalnego, ponieważ jesteś jedynym człowiekiem obecnym na sali,
więc Dea poćwiczy sobie na tobie…
- Zgłaszam sprzeciw! – przerwał mu
Shin ze spanikowaną minką.
- Oddalony – rzucił Ash bezlitośnie
i polazł zwlec na dół tego łosia. Przytargał ją wyrywającą się i bijącą demona
po plecach, ale na nic jej się to zdało. Postawił ją na ziemi, rzucił
skonfiskowaną wcześniej kurtkę i zaciągnął ją na zewnątrz, a cała reszta
polazła za nimi, ponieważ niektórzy nie mieli większego wyboru, a inni nie
mieli nic lepszego do roboty…
- Dobra, nie mamy dużo czasu, więc
będę się streszczał – powiedział Ash, spinając włosy w kucyk z tyłu głowy, a
gdy mówił, wokół jego ust tworzyła się para. – Demony posiadają ogółem 11
sztuczek. Są to: Materializacja, Manipulacja, Hipnoza, Iluzja, Mnemonika,
Mentalizm, Eksterioryzacja (OBE), Synestezja, Zanikanie, Wyostrzenie i Wpływ.
Nauczę cię każdej z tych sztuczek, ale będziesz musiała mi zaufać. Jeden błąd,
a zmarnujesz całą swoją energię i zmienisz się w rozszalałego demona
rzucającego się ludziom do gardeł… Okay, po pierwsze, tak jak już wspomniałem,
do wytworzenia sztuczki potrzebujesz energii, którą gromadzisz w swoim ciele
podczas Łaknień. Bez energii nie masz szans na przeżycie, więc będziesz musiała
zaspokajać Łakotki. Po drugie, większość z tych sztuczek dotyczy wyłącznie
ludzi, jednak wyjątkiem jest Lucifer, który potrafi wykorzystać je również na
innych demonach, więc skoro jesteś jego córką, to kto wie? Po trzecie, siła
działania każdej ze sztuczek zależy od demona i jego predyspozycji, więc nie
spinaj się, że coś ci nie wychodzi, jasne?
- Chyba tak – odparła lekko
zdołowana Dea. I tak nic nie skumam z tego jego całego nawijania, więc po co
się tak spina od samego rana?
- No to zaczynamy. Na samym początku
objaśnię ci, czym jest materializacja, a następnie pokażę jak działa –
wyciągnął przed siebie łapki i strzelił palcami. – Materializacja to zdolność
demonów do stworzenia jakiegokolwiek przedmiotu z powietrza oraz pojawiania się
w jakimkolwiek miejscu. Dzisiaj zajmiemy się pierwszą częścią. A teraz patrz! –
wyciągnął przed siebie łapkę i podobnie jak u
Mephisto kiedyś, pojawił się pluszowy misiek. – Widzisz? To proste!
Musisz to sobie wyobrazić, tak więc spróbuj teraz ty…
Ash podał swojej córce miśka z
uśmiechem na ustach, jednak dziewczynka całkowicie go zignorowała i odwróciła
głowę w stronę Shina, na co demon rzucił przyjacielowi mordercze spojrzenie.
- Na mnie nie patrz! – zaczął się
bronić Shin. – Sama się przyczepiła!
Ash
westchnął tylko na jego słowa, rzucił w niego maskotką i ponownie spojrzał na
usilnie starającą się zmaterializować coś Deę. Zastanawiał się, jak to możliwe,
że mając tak olbrzymią energię nie potrafi nawet najprostszej rzeczy, chyba,
że… Nie! To niemożliwe! Mephisto ją sprawdzał i na pewno zrobił to dokładnie,
aby nie narazić się ponownie Luciferowi. Ale, czysto hipotetycznie, jeżeli jego
założenie okazałoby się prawdą, to krótko mówiąc, mają całkowicie
PRZE-JE-BA-NE…
Po kilku godzinach obserwowania
starań czarnowłosej, Shin i Miracle uciekli do środka, aby się ogrzać,
zostawiając Deę z Ashem samych, jednak wreszcie przy którymś tam razie udało
jej się zmaterializować to, czego chciał demon bez pomyłki ani głupiej wpadki.
- Yupi! Udało mi się! – krzyknęła
Dea, skacząc w miejscu ze szczęścia. Po tylu godzinach wreszcie będzie mogła
coś zjeść i ogrzać się, a potem czas na kolację wigilijną! Jej serce biło szybciej
już na samą myśl spędzenia tego niesamowitego dnia z przyjaciółmi. Spojrzała na
Asha z uśmiechem, starając się przekonać tego diabła, żeby ją puścił. – Mogę
już iść? – zapytała słodko, mrugając rzęsami i wypinając piersi do przodu.
- Nie kokietuj mnie, bo ci nie
wychodzi – odparł, odwracając się do niej tyłkiem, a czarnowłosa wpadła w lekką
deprechę. Mój biedny żołądek, pomyślała odczuwając burczenie. – Możesz iść, to
wszystko na dzisiaj – dopowiedział i odszedł w stronę gabinetu Mephistophelesa,
a Dea skoczyła do góry podekscytowana i pognała do akademika. Najpierw zajrzała
do kuchni pogrążonej w całkowitym chaosie z walającymi się po podłodze garami i
rozbitymi talerzami. Nagle dostrzegła czarny ogon wystający zza szafki na
przyprawy, więc ostrożnie mijając szkło podeszła do Mephisto, obok którego
leżała cała sterta butelek po mleku, a kot pociągał właśnie kolejną.
- Mephi, czemu tu jest taki syf? –
zapytała go, nawet się nie witając z demonem.
- Bo tak – odparł krótko kocur i
beknął. – Później posprzątam.
- Ty i sprzątanie? Nie wierzę! –
zaśmiała się dziewczyna.
- Nie obchodzi mnie, w co wierzysz,
a w co nie – warknął Mephisto, spoglądając na nią jak rozjuszony byk na rodeo.
– A teraz wypad, bo przeszkadzasz mi i moim przyjaciołom.
- Jak sobie chcesz, głupi kocie –
odparła i odwróciła się w samą porę, aby nie dostać butelką po mleku w łeb. Ten
jeden jedyny raz musiała przyznać rację Shinowi. Mephisto rzeczywiście
zachowywał się jak Godzilla, kiedy się upijał…
Podeszła do
lodówki, wyciągając z niej uprzednio przyszykowane przez nieznanego jegomościa
kanapeczki. Zastanawiało ją, kto szykuje całe to żarcie, jednak nie miała
ochoty pytać o to Mephisto w stanie, w jakim się obecnie znajdował, zamiast
tego zabrała cały talerz kanapek z szynką i polazła do swojego pokoju, aby się
przygotować na wieczór.
Wyciągnęła spod łóżka zakupione
wcześniej prezenty i położyła je na pościeli. Usadowiła się na krześle
naprzeciwko i wpatrzona w okno, wsadziła sobie cudownie pachnącą kanapkę do
buzi. Dla Shina kupiła nową płytę „Three Days Grace” i opakowanie czekoladek,
dla Asha miała butelkę szkockiej whisky i t-shirt z napisem „Wszystko, czego
potrzebuję od życia, to seks”, a dla Mephisto całe opakowanie kocimiętki i nowy
kapelusik, natomiast Miracle miała otrzymać od niej mp3 z różnymi piosenkami
oraz strój baletnicy. Czarnowłosa miała nadzieję, że spodobają się im prezenty.
Naprawdę, pomimo tego całego zamieszania z demonami i aniołami, zdążyła polubić
tą czwórkę i chciała się im jakoś odwdzięczyć za okazane jej ciepłe uczucia.
Wreszcie po tak długim czasie miała przyjaciół, których bardzo pragnęła,
nieważne, że byli demonami czy aniołami czy jeszcze innymi stworzonkami.
Wciągnęła wszystkie kanapki,
schowała prezenty do torebek i naszykowała sobie strój praktycznie taki sam jak
zazwyczaj, czyli ciemne spodnie i białą bluzkę, i z tym komplecikiem poszła do
łazienki. Pół godziny później, już w pełni orzeźwiona i umalowana, weszła do
pokoju, w którym to na łóżku leżała Miracle, przeglądając jakąś dziwną książkę
z dziewczyną na okładce.
- Hej – rzuciła Dea, odrywając tym
samym dziewczynkę od lektury. – Co czytasz?
- Nie wiem. Znalazłam u chłopaków
pod łóżkiem – odparła Miri, na co Dea wytrąciła „książkę” dziewczynce z rąk,
przerzucając ją w dalsze części pomieszczenia, jednak Miracle zdawała sobie nic
z tego nie robić. – Za godzinę mamy iść do gabinetu Mephistophelesa.
- A chłopaki?
- Oni już tam są i przygotowują
wszystko. Mephisto zmusił ich do tego.
- Heh, tak czułam, że ten leniwy
kocur kogoś wykorzysta – odparła powoli i opadła na łóżko koło dziewczynki. –
Hej, Miracle… Dlaczego zostałaś Jeźdźcem?
- Huh? – zdziwiła się blondynka i
spojrzała na współlokatorkę. – Sama nie wiem, chyba chciałam w jakiś sposób
przyczynić się do sytuacji na świecie. Najgorsze dla mnie w tym całym istnieniu
jako Onyks czy Wędrowiec było patrzenie na losy ludzi i niemożność pomocy im.
Kiedyś zdarzyło mi się obserwować młodą dziewczynę, szaleńczo zakochaną w
niebezpiecznym typie. Widziałam, co robił swoim kobietom i wiedziałam, jak ona
może skończyć, jednak pomimo moich ostrzeżeń w czasie snu, dziewczyna i tak się
z nim spotkała i… została zgwałcona przez niego i jego kumpli, a później
zamordowana w bardzo bestialski sposób. A ja… ja tylko stałam i patrzyłam,
ponieważ w żaden sposób nie mogłam w to zaingerować. Po tym wydarzeniu nie
chciałam już nigdy więcej czuć się w taki sposób – jakbym była bezwolną maszyną
niezdolną do odczuwania jakichkolwiek emocji, całkowicie zależną od swego
stwórcy. A w sumie, nadal jestem taką bezwolną laleczką w Ich rękach.
Początkowo miałam przybyć tu, aby obserwować Mephistophelesa, ponieważ doszły
nas słuchy, że poszukuje bardzo starej i potężnej księgi, która mogłaby
zagrozić ludzkości, gdyby przypadkiem wpadła w niepowołane ręce, jednak z
biegiem czasu naprawdę… polubiłam to miejsce i tych ludzi. Codzienne kłótnie i
przedrzeźnianie się z Shinem, wkurzanie głupiego kocura, rozmowy z tobą i
obserwowanie mojego ojca, jak się zmienia pod wpływem swoich przyjaciół – to
naprawdę cudowne uczucia i jestem szczęśliwa, że mogłam ich doznać.
- Nie rozumiem tego wszystkiego –
odparła Dea, nagle zmieszana i zasmucona. – Nigdy nie chciałam decydować o
losach innych ludzi. Destrukcja lub zbawienie – decydowanie o tym to dla mnie
za dużo. Nie nadaję się do tego! Chciałam… chciałabym po prostu… pozostać sobą,
zwykłym człowiekiem bez supermocy a tym samym bez odpowiedzialności ciążącej na
mnie. Poznawać przyjaciół, chodzić na zakupy, rozmawiać na głupie i durne
tematy z koleżankami, śmiać się i płakać, kochać i nienawidzić – czyli robić to
wszystko, co cechuje ludzkość – po prostu żyć, aby przeżyć swoje życie jak
najlepiej.
- „Lecz kiedyś, w czasach
silniejszych, niż ta zbutwiała, samozwątpiała teraźniejszość, musi nam się
zjawić przecie ten wyzwalający człowiek wielkiej miłości i pogardy, duch
twórczy, którego napór sił własnych ciągle wygania z wszelkich uboczy i
zaświatów, którego samotności tłum nie rozumie, jak gdyby ona była ucieczką
przed rzeczywistością; tymczasem jest ona tylko jego zanurzeniem się,
zagrzebaniem, zagłębieniem w rzeczywistość, by stamtąd kiedyś, gdy znowu wróci
na światło, mógł wyzwolenie przynieść tej rzeczywistości: jej wyzwolenie od
przekleństwa, którem obarczył ją dotychczasowy ideał. Ten człowiek przyszłości,
który nas tak samo od dotychczasowego wyzwoli ideału, jak i od tego, co zeń
wyróść musiało, od wielkiego wstrętu, od woli nicości, od nihilizmu, ten dzwon
bijący południa i wielkiego rozstrzygnięcia, dzwon, który wolę znów wolną
uczyni, który wróci ziemi jej cel, a człowiekowi jego nadzieję, ten antychryst
i antynihilista, ten zwycięzca Boga i nicości – przyjść kiedyś musi” – zacytowała z pełnym przekonaniem
dziewczynka. – Człowiek, który ma predyspozycje, ma możliwości, ma siłę i
chęci, nie powinien pozostawać w cieniu, lecz wyjść na światło i poprowadzić ludzkość
– takie jest przynajmniej moje zdanie, lecz i tak wszystko zależy wyłącznie od
ciebie, Armagedonie Luciferze Deis…
Dea nic na to nie odpowiedziała, a i
Miracle nie kontynuowała przekonywania jej, po prostu obie leżały koło siebie,
pogrążone w własnych niepewnościach i nadziejach, tak bardzo dalekich od
siebie.
Trochę czasu później…
Później, kiedy już chłopaki
przygotowali wszystko i nawrzeszczeli na biednego kotka, spokojnie sobie
siedzącego na krzesełku i siorbiącego mleczko, dziewczyny zapukały do gabinetu
i weszły do oświetlonego lampkami choinkowymi pomieszczenia z wielkim stołem
nakrytym białym obrusem i zastawionym różnymi różnościami – od zup i ryby aż po
butelkę mleka i żołądkowej gorzkiej, czyli prawdziwa domowa zastawa wigilijna.
Właściwie efekt był bardzo ładny, gdyby nie… dziwna konstrukcja z patyków z
zawieszoną na niej różową kiecką oraz powpinanymi małymi buteleczkami różnych
wódek smakowych. Dea skrzyżowała ręce na tułowiu i spojrzała pobłażająco na uwijającego się po
drugiej stronie pokoju Shina.
- Dlaczego zawsze, jak dzieje się
coś głupiego i pozbawionego sensu, to wszyscy patrzą na mnie?
- Może, dlatego, że to zawsze twoja
wina – stwierdziła bardziej niż zapytała Dea.
- No cóż… Tym razem to nie ja!
Dziewczyna
przeniosła spojrzenie na Asha, przyglądającego się ich dotychczasowej rozmowie.
– Naprawdę myślisz, że jakbym miał tyle flaszek, to bawiłbym się w to całe
wieszanie ich na badylach?
No, w sumie racja, pomyślała Dea i
ponownie przeniosła spojrzenie na ostatniego podejrzanego – na Mephisto…
- Mehpi, czy miałeś coś wspólnego z…
z tym czymś, cokolwiek to jest?
Kot spojrzał
na nią olbrzymimi, złocistymi oczyskami, a wąsiki na jego pyszczku poruszyły
się, gdy wypijał ostatnie kropelki mleczka. – To… moja droga Deo, jest…
choinka….
Przez umysł
każdego zebranego w pomieszczeniu przewinęła się ta sama myśl brzmiąca
„WTF?!?!?!?!” odmalowując się również na twarzach, na co Mephisto prychnął
rozdrażniony i zaczął wyjaśniać. – Lucifer nałożył na moje moce ograniczenia i
teraz mogę używać ich wyłącznie w ostateczności, a raczej wątpię, aby któremuś
z was chciało się tu taszczyć iglaka, więc to arcydzieło rzemiosła zrobiłem z
tego, co miałem akurat pod ręką. W końcu musimy mieć gdzie położyć prezenty,
prawda?
- Prezenty!!! – wydarła się Miracle
podbiegając do lipinki… to znaczy do choinki i dopadając do zawiniętych w
ozdobny papier niespodzianek. – Otwórzmy je teraz! Mephi, mogę? Mogę?!
Prooooszę!
- Skoro tak ładnie prosisz, to jak
mógłbym odmówić… – odpowiedziało kocisko, a jego łapka zadrżała z
niewyjaśnionych przyczyn, po czym mruknął pod nosem, starając się, aby
dziewczynka go nie usłyszała – Jakbym miał jakikolwiek wybór Mroczny Jeźdźcze.
Jeszcze wolę trochę pożyć…
- Dzięki ci Mephiś! Jesteś
najlepszym kotem, jakiego znam! – zawołała dziewczynka, po czym rzuciła się na
górę prezentów i zaczęła wszystkim je rozdawać. Dea postawiła koło niej swoje
paczki i usiadła na krześle obok Shina, bawiącego się pustym kieliszkiem.
Blondyn starał się ignorować bliską obecność Dei najdłużej jak mógł, ale po
chwili odstawił kieliszek z trzaskiem na stół i spojrzał w jej czerwone oczy.
Dopiero teraz zauważył, że dziewczyna przestała nosić soczewki wcześniej
ukrywające rubinową barwę tęczówek. Choć poprzedni kolor jej oczu wcale mu nie
przeszkadzał, to o wiele bardziej podobał mu się ten naturalny. Właściwie to,
ten kolor jest całkiem niezwykły i niesamowity, tak samo jak posiadaczka tych
oczu, pomyślał chłopak, zaskoczony tym, że dopiero teraz zawrócił na to uwagę.
- Dea… – zaczął i przerwał. Wziął
głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze przez zęby. – Przepraszam cię…
- Huh? Za co? – zapytała zdziwiona
czarnowłosa. Nie spodziewała się usłyszeć tego słowa z ust Shina, no chyba, że
świat by się palił i walił. Ono całkowicie nie pasowało do jego osobowości;
brzmiało w jego ustach tak… niewinnie.
- Za wszystko, co zrobiłem ci do tej
pory. Bardzo zależy mi na naszej przyjaźni, więc nie chciałbym, abyś uważała
mnie za zboczeńca albo gwałciciela, dlatego od dzisiaj nie zrobię ci nic, czego
być nie chciała…
- Przyjaciele? – zapytała nagle
zasmucona dziewczyna i pomyślała Ah, więc to tak…, jednak na szczęście Shin nie
wychwycił tej zdołowanej nutki w jej głosie. – Dla mnie brzmi znakomicie.
Chłopak
posłał w jej stronę swój rozbrajający śmiech i tylko Bóg raczy wiedzieć, jak
bardzo zranione poczuło się serce dziewczyny w tej chwili. Dea uśmiechnęła się
smutno do Shina i odwróciła głowę w drugą stronę, aby przypadkiem nie dojrzał
na jej twarzy zawodu.
Jak tylko obróciła głowę, podbiegła
do nich Miracle, niosąc pakuneczki. Pierwszy wręczyła zaskoczonemu Shinowi, a
drugi jeszcze bardziej zaskoczonej dziewczynie.
- Żeby było jasne – powiedziała
groźnie blondyneczka, spoglądając srogo na każdego po kolei. – Dea dostała
prezent od Shinusia, a Shinuś od Deci, więc nie bawcie się w „Zgredek dostał
skarpetkę”, jasne?
Oboje
zgodnie kiwnęli główkami i wzięli się za otwieranie niespodzianek, więc aby im
nie przeszkadzać Miri poleciała dalej udawać świętego Mikołaja. Pierwszy
skończył Shin i aż zachłysnął się od cudownego, niemal niebiańskiego blasku
bijącego od nowiusieńkiej płyty jego ulubionego zespołu tj. „Three Days Grace”,
a ostatecznie do rozkoszy doprowadziły chłopaka oryginalne, belgijskie
czekoladki… z Lidla. Na jego śliczną mordkę wypełznął olbrzymi, szeroki uśmiech
i odwrócił się do czarnowłosej, aby jej podziękować, jednak… dziewczyna nie
zwracała najmniejszej wagi na otaczających ją ludzi, jedynie wpatrywała się
szklistymi oczami w biały materiał przetykany srebrną nitką i kilkoma
perełkami. Owy materiał był tak naprawdę prześliczną, delikatną, zwiewną i
zapierającą dech w piersiach sukienką sięgającą dziewczynie za kolano. Dea
gładziła miękki materiał, wyobrażając sobie jego dotyk na skórze i zapragnęła jak najszybciej się w nią
przebrać.
Wstała i po prostu wybiegła z pokoju
do znajdującej się niedaleko łazienki. Wróciła po kilku minutach cała
rozradowana, szokując tym samym wszystkich zebranych, ponieważ sukienka
pasowała idealnie, jednak nie zakrywała w pełni blizn na ciele dziewczyny.
- Nie wiem, co powiedzieć, Shin… –
mruknęła, cały czas się uśmiechając.
- Powtarzaj za mną: „kya” – szepnął
cichy, natarczywy głosik za jej plecami.
- Kya – powtórzyła jak echo
czarnowłosa.
- „Jakie to słodkie. Dziękuję ci,
Shin!”
- Jakie to słodkie. Dziękuję ci,
Shin...
- A teraz rzuć mu się w ramiona.
- A teraz rzuć muuu… zaraz, że co?!
– Dea obróciła się wokół własnej osi, starając się znaleźć tą małą paskudę,
jednak Miri zdążyła już odbiec z szaleńczym uśmiechem na usteczkach, natomiast suknia załopotała wokół nóg
dziewczyny, sprawiając wrażenie unoszenia się w chmurach. I kiedy tak się
obracała, nagle wpadła w jego ramiona…
- Podoba ci się? – zapytał Shin,
zniżając głowę i szepcząc wprost do ucha czarnowłosej.
- Jest… przepiękna – odparła,
rumieniąc się z powodu tak bliskiej obecności chłopaka.
- Wesołych Świąt – powiedział,
uśmiechając się słodko do Dei.
- Wesołych Świąt – odpowiedziała,
spoglądając w jego cudownie zielone, szalone i rozbawione oczy.
Nagle w
pokoju zapanowała chwila ciszy, po czym doleciało ich chrząknięcie gdzieś z
góry. Spojrzeli w tamtym kierunku i dojrzeli… jemiołę.
- Wiecie, co się robi pod jemiołą,
gołąbeczki – mruknął Ash z głupawym uśmieszkiem i ułożył usta w dziubek jak do
„sweetfoci” przed lustrem.
Shin
wzruszył ramionami i nachylił się do dziewczyny, po czym delikatnie cmoknął ją
w policzek. – Mówiłem, że już nic ci nie zrobię.
- Nie, nie, nie! – wydarł się Ash i
w ułamku sekundy znalazł się przy blondynie. – Albo ją porządnie pocałujesz,
albo wygadam wszystkie twoje sekrety – pogroził, machając mu przed nosem
paluszkiem.
- Nie znasz moich sekretów – odparł
Shin, zakładając ręce na piersi i uśmiechając się krzywo do przyjaciela
- Hm… No dobra, sam chciałeś, a
więc, Deo. Jakiś rok temu byliśmy w Belgii i trafiliśmy do takiej zabawnej
dzielnicy, gdzie na wystawach stały…
- No dobra! Wygrałeś! – przerwał mu
Shin, ostatecznie się poddając i spojrzał pytająco na czarnowłosą, a ona
kiwnęła przyzwalająco łebkiem, na co Shin zniżył głowę, zniżył, zniżył i… BUM.
Drzwi do gabinetu otworzyły się z
hukiem, a do pokoju wpadł jakiś dziwny, tajemniczy i zamaskowany chłopaczek.
Wyciągnął zza pleców połyskujący złoto-czerwonym blaskiem sznur i strzelił nim
jak biczem, a iskry spadające z jego
powierzchni utworzyły na ziemi niewielkie kuleczki, które rozpierzchły się po
podłodze w różnych kierunkach.
- Mam cię – powiedział i odsłonił
kaptur ukazując białe włosy, spięte z jednego boku wsuwkami ułożonymi w „x”,
oraz oczy w kolorze lodu. – Jesteś mój, Mephistophelesie.
Kocur po
początkowym szoku zerwał się na równe łapki i próbował podejść do chłopaka,
jednak, gdy zbliżył się do niego, w powietrzu na kształt bariery pojawił się
świetlisty zarys pentagramu, sprawiając, że demon nie mógł się ruszyć w żadną
stronę. Shin i Ash rzucili się na ratunek kotusiowi, jednak tajemniczy
nieznajomy machnął tylko ręką, a chłopaki znieruchomieli w zastygłych pozach.
- Mephistophelesie Havoc Slothie,
zostałeś oskarżony o próbę ingerencji w świat ludzi poprzez uporczywe
poszukiwania Księgi Bram oraz ignorowanie wezwań ze strony Trybunału. Wobec
wyżej wymienionych wykroczeń, zgodnie z decyzją podjętą przez Trybunał
Czterech, zostajesz poddany obserwacji Krwawego Jeźdźca – Kei’a Liang Xu’a, na
czas bliżej nieokreślony. W razie jakichkolwiek wykroczeń z twojej strony, mam
obowiązek przetransportować cię do Trybunału – oznajmił zimnym, mechanicznym
głosem, jakby wyuczył się formułki na pamięć. Jego twarz pozostawała gładka,
zupełnie jakby nosił maskę, a w oczach jawiło się pewnego rodzaju znudzenie.
Przeniósł spojrzenie z wściekłej mordki Mephista i rozejrzał się po wnętrzu,
jakby dopiero teraz zauważył innych zebranych w pokoju. Przesunął lodowymi
oczami po Shinie, Ashu i Miracle, przystając na chwilę przy blondynce i
przyglądając się jej w milczeniu, jednak jego wzrok przesuwał się dalej, na
niezdecydowaną, czarnowłosą dziewczynę.
- Czym jesteś? – zapytał tym samym,
mechanicznym głosem i zlustrował ją od stóp do głów. Jego oczy skanowały
dziewczynę, jakby szukając najmniejszej słabości, by obrócić ją przeciwko
właścicielowi – oczy pełne spokoju, opanowania i kontroli.
- Dea Leacú – przedstawiła się, nie
całkiem pewna czy chce to robić, jednak
nie miała wielu możliwości. Nawet, jeżeli by chciała, nie mogła z nim
walczyć, bo z pewnością skończyłaby jak chłopaki, albo i gorzej.
- CZYM jesteś? – powtórzył z
większym naciskiem.
- Jestem De… Armagedon Lucifer Deis.
- Aha – skomentował tylko, ale jego
twarz pozostała bez zmian. Obrócił się na paluszkach i podszedł do kocurka. –
Od dziś Kei Liang Xu jest nowym uczniem w twojej Akademii, Mephistophelesie.
Jeździec ponownie machnął dłonią, a
chłopaki opadli na ziemię z głośnym westchnieniem, natomiast świetlisty
pentagram zniknął z powietrza. Kei Liang Xu odwrócił się od reszty i skierował
ku wyjściu, jednak po raz kolejny w przeciągu kilkudziesięciu minut nastąpił
olbrzymi wybuch, którego siła odrzuciła zebranych na ściany, a do pomieszczenia
wtłoczyła miliony odłamków szkła z roztrzaskanego w drobny mak okna. Shin
zdążył w ostatniej chwili rzucić się na Deę i przysłonić ją własnym ciałem
przed nadlatującymi, ostrymi odłamkami.
W deszczy migoczących drobinek stała
postać emanująca zabójczą aurą. Jego twarz wykrzywiała furia i żądza krwi, a
pozostałe w oknie kawałki szyby zadygotały, gdy donośnym głosem wrzasnął:
- To twoja wina, Deo Leacú!!!
Napisany przez ~Yanne Night
OdpowiedzUsuńdnia 15.02.2014 o 20:41
Dzisiaj trafiłam przypadkiem na twojego bloga i jestem naprawdę zachwycona! Bardzo fajnie piszesz, od razu przeczytałam wszystkie rozdziały. Będę wpadać tu częściej! Pozdrawiam!
Napisany przez ~CreativeViolet
Usuńdnia 16.02.2014 o 21:07
Hey, witamy na pokładzie! Bardzo się cieszę, że Ci się podoba moja Burza. Mam nadzieję, że nie zawiodę Twoich oczekiwań. Pozdrawiam i do następnej notki :D
Napisany przez ~Thalia
OdpowiedzUsuńdnia 17.02.2014 o 15:23
Dlaczego w takim momencie?! I dziękuje za dedykacje :) pisz szybciutko 9 rozdział. Chciałabym go zobaczyć przedpremierowo! :D
Napisany przez ~CreativeViolet
Usuńdnia 17.02.2014 o 17:51
Thalia, ty i tak wiesz więcej niż inni. Opanuj ciekawość, bo 9 już się pisze i troszkę miesza w historyjce kompani błaznów :D A tak na marginesie, serio to jest ciekawe? Bo sama już nie wiem. W wordzie pokazuje, że to ma aż 78 stron, a historia jak się nie wyjaśniała, tak się nie wyjaśnia przez kilka kolejnych rozdziałów, a dorzucane są następne tajemnice i problemy… :( Tak więc od razu zapowiadam! Strzeżcie się zbliżających rozdziałów, bo zryją wam psychikę! (jeśli wcześniejsze nie zryły :P) Muahahahahaha…
Napisany przez ~summon creature
OdpowiedzUsuńdnia 17.02.2014 o 19:00
Pff. Ale się Shinuś skompromitował troszeczkę.
Przyjaciele?! A to „patafian”. Widać, że Dea liczy na coś więcej.
W ogóle co to za gościu, co tak wpieprzył się do ich pokoju, hę? Pewnie na nowy rozdział trza będzie czekać z miesiąc… A ja tak polubiłam tego Mephisia. :(
Okej, to czekam na dalsze losy bohaterów!
Pozdrawiam.
Napisany przez ~Melissa
OdpowiedzUsuńdnia 21.02.2014 o 09:06
Super blog ;) :) Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału ;)